Niektórzy typują ten film do Oscara, wśród nich jest niejaki Kaczmarek, zawodowo m.in. członek przyznającej Oscary Amerykańskiej Akademii Filmowej. Twierdzi, że "Amerykanie uwielbiają oglądać walkę z własnymi słabościami zakończoną happy endem". Niewątpliwie ma rację, bo każdy widział "na pęczki" karier sfilmowanych przez amerykańskie wytwórnie, zupełnie innych, niż nasza rodzima Nikodema Dyzmy.
Zwykle opowieści o karierach są kierowane do młodego widza, chyba najwięcej obrazów nakręcono na temat: nielubiana dziewczynka staje się gwiazdą szkoły. Chyba najlepszy z tego cyklu był film o uzdolnionym humanistycznie chłopcu z Bronxu, któremu "apoteoz" Sallingera dopomógł w nowym college'u. Ale było i o tancerzu, o dziennikarce oraz ... o całej masie dziewcząt i chłopców walczących z rówieśnikami i wygrywających.
Nie wiem, czy "Jak zostać krolem" rzeczywiście spełnia marzenie standardowego (istnieje taki?) Amerykanina o sukcesie zawodowym i towarzyskim, choć rzeczywiście jeden z pretendentów do tronu Anglii po Jerzym V jąkający się straszliwie i przez to niezdatny do służby publicznej koniec końców zasiada na owym tronie, zresztą czyniąc to jako pierwszy za życia poprzednika - własnego brata, który po objęciu "chwilowo" tronu decyduje się na abdykację.
Jerzy VI, bo to imię przyjmuje ostatecznie bohater, zjawia się u szczytu władzy bezpośrednio po wybuchu II Wojny Światowej i choć motywem przewodnim filmu jest quasi-medyczny problem jakąnia się, a jako sukces zostaje przedstawione wygłoszenie płynnie przemówienia wyemitowanego przez radio ku pokrzepieniu serce Brytyjczyków, to w filmie dzieje się znacznie więcej. Owszem, postać australijskiego byłego aktora, który "trenował" księcia Yorku ( później otrzyma tytuł szlachecki za zasługi dla Monarchii), opisy ćwiczeń, zmagań, przeróżne gagi zapełniają w dużym stopniu fabułę. Ale pojawia się również brytyjski Parlament, postaci Baldwina i Churchilla; toczą się rozmowy na temat prawdopodobieństwa wojny, jest pokazany Hitler ("ten to umie przemawiać"), później premier Baldwin zdaje urząd przyznając, ze nie docenił zagrożenia faszyzmem.
Tło historyczne jest przedstawione doskonale, choć nie potrafię ocenić, na ile wiernie epoce: wystroje pomieszczeń, ubiory, fryzury kobiet... za scenografię film ma Oscara praktycznie w kieszeni. Ale nie tylko za to. Tak aktor odgrywający księcia Yorku, jak i ten, który przyjął rolę jego trenera stworzyli fascynujące kreacje. Również ustepujący Jerzy V nawiązując w ukazanych ostatnich dniach życia do postaci Jerzego III splątaniem.
Klimat ploteczek, w jakim rozgrywa się akcja, skandal pałacowy w wykonaniu starszego brata, który wobec braku zgodny parlamentu na ślub z narzeczoną zrzeka się tronu, niuansy etykiety ... a w tym wszystkim przewijający się "piar"; w obrazie opisującym zdarzenia sprzed prawie wieku otwarcie omawiane są zagadnienia marketingu politycznego, to przede wszystkim o nim jest ten film.
To nie samo wstapienie na tron jest triumfem, książe Yorku wręcz dość niechętnie podejmuje tę decyzję zmuszony raczej okolicznościami, koniecznością, racją stanu. Sukces to ... wygłoszenie płynnie przemówienia. Stres przed koronacją, ćwiczenia z "trenerem" aby płynnie wypowiedziec słowa zgody, przejęcie od biskupa katedry na cztery godziny przez księcia w celu ćwiczeń przed przedstawieniem. Przed uroczystościami koronacyjnymi.
Ciągnące się przez cały czas trwania produkcji zmagania z własną dykcją - znajdujące zresztą pełne zrozumienie u wszystkich zainteresowanych współczesnych - mają przeciwwagę w krótkiej wypowiedzi Churchilla. Ten mianowicie oświadcza kiedyś, że sam również miał z tym problem, jednak przemógł sie siłą woli.
I rzeczywiście to Churchill dał się zapamiętać z czasów II Wojny Światowej, to on uosabiał władzę w Wielkiej Brytanii. Nie w rzeczywistości fasadowy król Jerzy VI, który dla wyzszego celu - bo nie dla władzy - wykazał się jednak prywatnym męstwem w walce z własnym ograniczeniem i wypełnił swą rolę: wspierał naród i swoich żołnierzy za pomocą licznych przemówień wygłoszonych drogą radiową podczas wojny. Choć, co również zostało wyraźnie powiedziane, nie on je pisał.
http://www.tvn24.pl/0,1694179,0,1,kaczmarek-stawia-na-jakajacego-sie-krola,wiadomosc.html
PS. Natomiast nasz "Czarny Czwartek" nie miał okazji wstapić w szranki. Czy nakręcono go za późno, aby go zgłosić do tegorocznej edycji? Jakością od powyżej opisywanego filmu może i wcale nie odstaje; wydaje się, że jego szanse na nagrodę byłyby duże.




Komentarze
Pokaż komentarze (10)