Ja wiem, że to nie jest dobre. To znaczy nie wiem, bo zaledwie przypuszczam, ale raczej niezbyt skuteczne "to", skoro wszyscy wierzymy w demona marketingu, notowań i tym podobnych niezależnie od obszaru, w jakim miałby lokować swoją aktywność. Wszystko jest polityką, choć nie każdy to polityk. Wielu politykami się czuje, ja, jak skonstatowałam właśnie, również.
Bo w innym wypadku co mogłoby mnie obchodzić na dobrą sprawę, jak przedstawią się notowania w tej samozwańczej, efemerycznej armii pozostając walczącej o ... nazwijmy to: o prawdę.
Słyszę: Smoleńsk i płaczę. - Ma to sens? - Ależ nie ma, nie ma. - Egzaltacja ... udawanie! - Ale przed kim?
- No dobrze - powiedzą ci tak zwani "oni" - ktoś tam rozpacza, ale to kobiece takie, czułostkowe, moze i rzeczywiście, ale co z tego. - Ależ nic.
Nic z tego, bo przecież wiem, ze teraz, właśnie obecnie, w dzisiejszych okolicznościach Polska jest wolna i niepodległa. Nawet, jeśli na "naszą" dziką, wschodnią modłę. Bo wiadomo, użalili się, ze Żelazna Kurtyna, ze Jałta itd., ale liczy się polityka faktów dokonanych, a nikt nie zastanawia się, kim wcześniej był żebrak i z czyjej winy żebrakiem stał się.
Żebrakowi można dopomóc, można umożliwić mu nieco poprawy losu, ale przeciez nikt przy zdrowych zmysłach nie pomyśli o działaniach służących zrównaniu jego statusu ze statusem dobroczyńcy!
Można było oddać Polaków Stalinowi, czyli pamietajmy o swoim miejscu i cieszmy się, skoro teraz pozwalają nam emigrować i skoro gwarantują swobody obywatelskie.
Lech Kaczyński całkowicie zaskakująco był politykiem "nie stąd", choć niewątpliwie stąd zarazem. To był człowiek, którego nie olśniewał tak zwany wielki świat. Nie wiadomo, czy to erudycja to sprawiała, czy ułatwiała od zarania związana z choćby handlem zagranicznym - również w Zachodniej Europie - żona. Kaczyński nie miał kompleksu "Polaczka". Kiedy coś mu nie odpowiadało, mówił to niezależnie od audytorium. Denerwował się po równo na francuskiego dziennikarza i polskiego tzw. "emeryta", jeśli go zaczepił. Nie widział problemu w skrzyknięciu w kilka godzin przywódców kilku krajów na pomoc jednemu z nich - państwu postkomuny nie zwracając uwagi na opinię głów innych - "wiodących" w Europie - państw.
Szok? Może i szok, ale to prawda. To niejaki Tusk Donald wyuczył się na pamięć tekstu po angielsku aby wygłosić go przed sekretarz Rice. Kaczyński w reakcji na deklamację padł ze śmiechu, co było moze i niekulturalne, ale bez najmniejszych kompleksów czy lęku przed "resztą".
Ale czy ja chcę go monumentalizować? Skąd. Piszę zwyczajnie, że zwyczajnie podchodził do każdego, kim by nie był. Nie zwracał uwagi na krytyki, choć kiedy coś go już zirytowało, mówił o tym natychmiast. Nie udawał.
Obca mu była małostkowość, to dlatego ubierał się, jak zadbała żona. To dlatego jego równie bezkompromisowa towarzyszka potrafiła zabrać ze sobą kanapki w plastikowej torebce. Choć jeśli o to chodzi, powiedzmy sobie szczerze: nie nosi się kanapek w torbach od Prady. "Za to" żaden z gości tej pary nie miał raczej powodu poczuć się zlekceważonym.
Ta para była bardzo brytyjska, choć tam, na Dworze obowiązuje przecież ścisła etykieta. ... przecież to ekipa, "ludzie" Lecha właśnie włączyli się w organizację torysowskiej frakcji Europarlamentu. Wraz z Czechami, których prezydent - Vaclav Klaus wyraźnie mówił, jak wielką stratą również dla narodu czeskiego stała się śmierć Lecha Kaczyńskiego.
Zginął polityk holenderski, który cieszył się dużym poparciem. Bo Holendrzy wcale nie są entuzjastycznie nastawieni do narkotyków czy eutanazji - bynajmniej, większość ludności stanowią hodowcy, rolnicy żyjący prosto i przyznający się szybciej do przysłowiowych drewnianych chodaków, niż czerwonych latarń czy zagłębia pedofilii. To byli jego wyborcy.
Zginął, choć Holandia nie miała wiele do czynienia z Rosją. Równie popularnego, jak on naśladowcy nie znalazł, co zdaje się znamienne nawet bardziej, niż, jak można założyć, przypadkowa śmierć tego polityka.





Komentarze
Pokaż komentarze