A gdyby dziesiątego kwietnia 2010 nic się nie stało? Gdyby po transmisji wyboru szczególnie niewyraźnie wypowiedzianych fragmentów wystapienia Lecha Kaczyńskiego czas popłynął dalej, to jakie - czy jakiekolwiek? - znaczenie miałoby to osobiście dla mnie?
Co by to dla mnie zmieniło? Przecież ich nie znałam. Nie byli bliskimi mi osobami, rodziną, znajomymi. Pewnie nie wpłynęliby znacząco na sytuację kraju, a choćby nawet mogło im sie udać, to nie można mieć co do tego pewności teraz, kiedy nie dokonały się fakty.
Może teraz już by nastąpiło ich przesunięcie do tylnego szeregu; o wielu z nich nie usłyszałabym nawet przy okazji rocznicy zbrodni katyńskiej, może nie poznałabym ich nazwisk nigdy w ich czy moim życiu.
Cóż mi to zmienia, ze zgineli akurat oni, skoro tylu ludzi ginie codziennie na drogach, staje się ofiarami kataklizmów...
Tak?
Nie. Bo właśnie zmienia. Może dlatego, że oni jechali, aby złożyć hołd. Oraz dlatego, że JEDNAK stanowili starannie i długo selekcjonowaną grupę najwyższych przedstawicieli Państwa Polskiego z Prezydentem - pierwszym, o którym mogłam powiedzieć, że jest moim przedstawicielem. Ale to nie jest jedyny powód, choć niewątpliwie główny. Zgineli akurat oni, nie jakieś inne osoby, ale personalnie ci, i tylko ci; każdy, każda z osobna z zapisem własnej historii.
Zatem czy ich śmierć jest dla mnie ważna dlatego, że było ich tak wielu i dlatego, że śledztwo w sprawie ich śmierci nie pozwala już ani przez chwilę wierzyć w prawdziwość optymistycznych i uspokajających obrazków serwowanych przez agencje reklamowe Rosjan i polskich obecnych władz?
Trudno to pisać, sprawia przykrość takie zwyczajne, pewne konstatowanie, że żyje się w kraju, którego władze nie potrafiły zadbać o uczciwość śledztwa w sprawie śmierci Prezydenta. Stawia to – chcę, czy nie – moją … ojczyznę w jednym szeregu z państewkami na terenie Afryki rządzonymi przez junty albo z krainami z przeszłosci, w których jak najszybsze przejmowanie schedy po tragicznie zmarłym poprzedniku było na porządku dziennym. Wprawdzie wówczas żadne z obywateli nie wątpił, czego skutkiem była śmierć w kwiecie wieku przeszłego, a nie pasującego do czyjejś koncepcji władcy.
Dlatego i teraz, wobec analogii w opieszałości śledztwa i lekceważeniu dowodów, nie sposób ominąć przekonania, że śmierć ta była pozostałej władzy „na rękę” nieprzypadkowo – i to niezależnie od tego, jak bardzo ta wiedza jest mi przykra i jak bardzo wolałoby się, aby było inaczej.
To kwestia uczciwości wobec samej siebie, bo nie potrafię nie zauważać. Zauważywszy, mogę jednak zawsze powstrzymać się od mówienia o tym ustawicznie. Jednak od samego niemówienia rzecz nie stanie się niebyłą. Już na zawsze pozostanie obok zaistnienia dramatu, drugi dramat śledztwa – oba niezwykle przykre dla żyjących. Bo o ile tragedia pierwsza mogła być nieszczęsliwym splotem okoliczności, to drugiej nie można uznać za przypadek, bo zbyt wiele było okazji, aby zmienić kształt umowy międzynarodowej, uaktywnić się, wziąć odpowiedzialność za czynności śledcze zamiast sfingowania badań.
Również obecne władze należy uznać za zależne, wręcz wasalcze wobec kraju komisji śledczej, która dopiero po prawie roku przyznała, że tak załoga, jak pasazerowie bynajmniej nie zamierzali lądować w kluczowej fazie lotu, a także i to, że wciąż podawano zbyt optymistyczne opisy pogody, a „naciski” rzeczywiście wystąpiły, ale ze strony „Moskwy” wobec smoleńskich kontrolerów z wieży...




Komentarze
Pokaż komentarze