Wlewasz martini, sporo, do tego sok ananasowy. Mieszasz. Możesz dodać odrobinę lodu, możesz dodać trochę wódki żołądkowej de luxe. Likieru z limonki? Przesada.
Do tego orzeszki ziemne smażone, Columbo sezon II, kanapa skóra ciemny brąz nieco tylko podrapana przez kota imieniem spontanicznym Dureń, usilnie wdrażanym Klara. Kryminał USA wersja kieszonkowa, wanna z pianą Pollena Eva razem z solą morską z Morza Martwego - jeśli już nie ma pudru magnoliowego Organica, bo może trochę zapomnianego zostało.
Nagle drugi z kotów drapie w drzwi od razu tak, jakby walczył o życie powodując ogłuszającą kakofonię, ja wspominam ochydny likier z limonki, produkcji włoskiej. Nie cierpię suszonych, a następnie marynowanych pomidorów i likieru z limonki. Pierwszych zjadać nie muszę, lato dopiero wystartowało, niedługo będą świeże i lepsze od nich melony – te uwielbiam, mogę jeść na okrągło, na słodko i słono. I nieprawda, ze jestem bardzo gruba. Mam świetną figurę, zachwycam się nią codziennie przez piętnaście minut – co najmniej, przy ubieraniu, rozbieraniu, kolejnym ubieraniu wieczorem...
To dlatego, ze nie objadam się słodyczami i nie pijam słodkich likierów; ten stał dość długo, zanim został otwarty w desperacji rozpaczy, która dopadła o północy. Był zamiast wycieczki do całodobowego sklepu, pobliskiego hotelu albo stacji benzynowej. Jednak z nim rozpacz straciła na jakości; nie nadawał się nawet do tego, aby się nim szybko upić zatkawszy nos i narzucając sobie myśli o czymś zupełnie innym. Nie radziło zmrożenie, w dodatku jedna z kostek lodu okazała się tak twarda, że ząb zatrzeszczał niebezpiecznie, nagle wypluta potoczyła się po długowłosym, płowym dywanie, a schwytana w celu wywarcia zemsty oparła się obcasowi drewniaka, framudzie drzwi wcześniej zwycięskiej w bojach z włoskimi i laskowymi orzechami, a nawet starym kombinerkom.
- Co to, kurwa, jest, pieprzona skała?! - zastanowiłam się głośno mówiąc do siebie, zresztą nie po raz pierwszy. Czasem pewne słowa muszą zostać wypowiedziene, niezależnie od obecności czy braku słuchaczy. Zaskoczenie, kiedy coś nie mieści się w głowie jest jedną z takich sytuacji.
Skała po wyłowieniu wydała się kawałkiem szkła, po próbach zgniecenia coraz bardziej przypominającym brylant czy diament. Szyby na wypróbowanie, czy rysuje było szkoda, a likier, jaki by nie był, nieco odurzył i choć powód rozpaczy nieco skrył się za przygodą z potencjalnym milionem w kawałku cholernej skały, to dalsze dociekania musiały ustapić nagłej, a przemożnej potrzebie snu – i tak dobrze, że tylko na tym się skończyło!
Kolejnego dnia cholerny diamentobrylant lezał i czekał na dalszy ciąg, niestety nie było czasu, dzień po dniu tydzień cały zleciał, wreszcie trafiło się swobodniejsze popołudnie i … gdzie się udać? Już nie było jublilerów. Galerie handlowe wystawiały produkty fabryczek jubilerskich, sprzedawały młode dziewczyny, które potrafiły przeczytać ceny z metek i powiedzieć, czy w wisiorku ładnie, czy niekoniecznie. Jasne, pewnie, że myślałam ostro, skąd kawałek twardy jak diabli wylądował w butelce z likierem. O ile zmysły stępione rozpaczą mnie nie zwiodły, banderola była cała, choć fakt, akcyzy rządowej na butelce nie umieszczono. Jakby przywędrowała samolotem prosto z Italii albo chociaż ze strefy wolnocłowej. Kto ją jednak podarował?
Skądś się wzięła. Podobnie, jak znacznie bardziej prozaiczny lód, który jednak, jak się okazało po konfrontacji z paniami sklepowymi, nadjezdzał z drugiego końca kraju w specjalnych lodówkach transportowych. I jakoś dziwnie razem z tą myslą zjawiła się pewnosć, ze nie szlakiem bursztynowym, razem z limonką, w walizce, zdradziecko porwany starożytnemu Rzymowi – Mekce zaczątków dróg, w tym trasy z choćby Sycylii – ale zwyczajnie, ciężarówką trajową, wśród takich samych kostek, jak z tym „gdzie schowasz ziarno piasku? Na plaży”. A brylant wśród kostek lodu. Ciekawe, ile brylantów zostałoby się, gdyby cały ładunek rozpuścić.
W zamrażalniku leżało jeszcze kilka kostek z tamtego woreczka, bo cały tydzień upłynął przykładnie w prohibicji i na ciężkiej pracy poza domem z popijaniem napojów bezalkoholowych aby nie tracić płynów w upały. Woreczek miał nadruk z adresem, Szczecin, Stargard Szczeciński. Potentat w mrozeniu wody, miejmy nadzieję, że przynajmniej niesłonej, ha, ha.
Ale co to tłumaczy? Marynarz ukradł brylant w egzotycznym kraju albo egzotycznemu obywatelowi świata, czyli USA, zdązył tylko włamać się do fabryki w Stargardzie Szczecińskim i natychmiast po opuszczeniu jej murów zginął zamordowany przez niewiadomokogo? Trzyma się kupy, pod warunkiem, że marynarz miał długą przepustkę i był głupszy, niż przewidywały nawet starsze ustawy. Jedno było pewne: go raczej nie był przypadek, ktoś celowo podłożył brylant właśnie tu licząc, żę brak woli i umiejętności działania i tym razem zablokuje dowolną aktywność, a tymczasem złodziej spokojnie odbierze swoją własność. Jednak napaśc na fabrykę byłą równie mało prawdopodobna, jak akcja pracownika włoskiej firmy wytwarzającej likiery, zwłaszcza, ze rozlewała je do butelek na miejscu.
Trudno było przypomnieć sobie, kiedy został otwarty woreczek na lód, czy stało się to przed dniem popijawy, czy był otwierany świeżo. Dlatego nie mogła zostać wykluczona ewentualnosć, ze ktoś – kto? - podłożył kawałek minerału z pominięciem dalekich tras, bezpośrednio do lodówki.
Ale co za przeraźliwe nudziarstwo! Nic wspólnego z amorami Kubusia, a nawet z ich brakiem. Minerał leżał wśród bałaganu na biurku. A może to odprysk plastiku zawieruszony podczas procesu produkcyjnego? Może wysłać go paczką do Stargardu, a oni w zamian doślą promocyjny kontener kostek świeżo mrożonych. Przygoda!
Za ten brylant byłaby wycieczka albo kilka wycieczek, może nowe meble. Lato nie w mieście, ale wśród palmowych domków, całymi dniami w bikini woda i plaża i tylko świeże owoce na śniadanie, obiad i kolację.



Komentarze
Pokaż komentarze