2 obserwujących
14 notek
13k odsłon
  371   1

Opowieści okołomorskie 5

fot. Marek Malcher
fot. Marek Malcher

Kolejny fragment książki "Przepustka  na ląd", która ukaże się w grudniu (wyd. "Sorus"). Poprzednia notka o Afryce dość ponura. Tutaj- trochę pogodniej.


Banjul, Gambia, rok 1977

Gambia to najmniejsze państwo kontynentalnej Afryki. Jego powierzchnia to około jednej trzeciej Wielkopolski. To państwo, które rozłożyło się po obu brzegach ujścia rzeki Gambii, sięgającej 1000km w głąb, czarnego, najczarniejszego Lądu. Idealny punkt do penetrowania wnętrza Afryki. Idealne miejsce do wywozu niewolników. Później i do teraz, znakomite miejsce do importu surowców. Nic więc dziwnego, że kraj ten, jako kolonia przechodził z rąk do rąk. Przez krótką 10- letnią chwilę w swojej historii, pośrednio podlegał nam Polakom, jako że był kolonią Księstwa Kurlandii, lennika I Rzeczpospolitej w latach 1651-1661.

Stolicą i głównym portem kraju, do którego zawinęliśmy statkiem Polskich Linii Oceanicznym był Banjul.

Już podejście do kei w porcie dostarczyło trochę emocji. W trakcie cumowania do nabrzeża, załoga pokładowa wykonuje instrukcje z mostku w dwu grupach: na dziobie i na rufie. Na dziobie rzuciliśmy kotwicę- tak się czasem cumuje statek. Następnie podaliśmy cumę dziobową. Teraz grupka trzech marynarzy pracująca na tym stanowisku manewrowym, musiała zejść z pokładu dziobowego jakieś trzy metry niżej na śródokręcie, aby podać z tej części statku następną linę, tak zwany szpring dziobowy. Przez chwilę, może kilka minut nikogo na pokładzie dziobowym nie było. I ta chwila wystarczyło, aby sprawne, czarne chłopaki, obywatele tego pięknego afrykańskiego kraju, z drugiej, opustoszałej burty statku wspięli się błyskawicznie na pokład. Po czym bezzwłocznie zaczęli wyrzucać na swoją łódź przygotowana do podania na ląd drugą linę cumowniczą. Kiedy zostali spostrzeżeni, zdążyli jeszcze odciąć to co spuścili za burtę. I oczywiście wzięli nogi za pas, efektownie skacząc z burty statku do rzeki.

Rozładunek statku także był niecodzienny, przypłynęliśmy bowiem z dość niezwykłym towarem. Całe dwie ładownie, a także ich pokrywy, dosyć wysoko, bo aż po bulaje (okna) mesy oficerskiej, załadowane były paletami holenderskiego piwa. Do tej pory nie mogę zrozumieć jak to się stało, że został podpisany kontrakt zezwalający na przewóz tak łakomego ładunku bezpośrednio na pokładzie. Trudno byłoby to dzisiaj wyjaśnić. Niemniej oczywiste było, że tak jak w drodze do Afryki zdarzało się nam otworzyć okno mesy i prosto od stołu sięgnąć po piwko do obiadu, tak i robotnicy portowi ( było ich chyba trzy razy więcej niż normalnie) nie odmawiali sobie poczęstunku.

W tej milej, przypominającej bawarski Octoberfest atmosferze, pojawił się jednak zgrzyt, który omalże nie doprowadził do poważnego międzynarodowego konfliktu.

Całą scenę, której skutków miałem doświadczyć, przypadkowo zaobserwowałem z mostku.

Nasz drugi mechanik pojawił się na pokładzie, najpewniej, aby przypatrzyć się wesołemu rozładunkowi. Stał sobie przy krawędzi ładowni, może z puszką piwa, może bez. Na pewno puszki nie było na widoku, bo kapitan picia ładunku nie tolerował.

Nagle, ale bez jakiegoś nienaturalnego pośpiechu, podszedł do niego z tyłu jeden z czarnych robotników. Złapał go za ramiona, nieco poniżej łokcia, całkowicie unieruchamiając mu ręce. W tym samym momencie, drugi robotnik, który pojawił się jakby znikąd przed naszym mechanikiem, wprawnie zdarł mu zegarek z ręki. Po czym obaj pośpiesznie się oddalili zbiegając po trapie na ląd. Cale zdarzenie trwało może 5 sekund.

Drugi mechanik postanowił, że tego nie odpuści i że będzie walczył. Zaalarmował kapitana, ten agenta, który poradził nam udać się na policję. Drugi mechanik mówił słabo po angielsku, poprosił więc mnie, żebym poszedł wraz z nim. Bardzo niechętnie się zgodziłem, pomny wcześniejszych doświadczeń z afrykańską policją.

Posterunek znajdował się niedaleko, bo miasteczko, choć stolica, było niewielkie i wszędzie było blisko. Policjanci widzieli statek z okien posterunku.

Przyszliśmy, siedliśmy na twardych siedzeniach i czekaliśmy na audiencje u komendanta. Policyjna komenda przypominała poczekalnię dworcową w małym miasteczku.

Wreszcie zostaliśmy poproszeni do środka, do biura komendanta. I tu przeżyłem szok. Niewielkie pomieszczenie wypełniał sobą olbrzymi, wysoki i równie szeroki Komendant. Nie sposób pisać o Nim małą literą. Jego posturę dodatkowo wzmacniał mundur. Wspaniały uniform- coś pomiędzy galowym mundurem generała a liberią boya z najlepszego hotelu. Imponujący widok dopełniała hebanowa cera i śnieżnobiałe zęby. No i bardzo sympatyczny, wcale nie policyjny uśmiech, choć mieliśmy przed sobą głównego policjanta miasta Bandzul i państwa Gambia.

Równie szokujące były przesłuchania w sprawie zaginionego zegarka. Bowiem, tak prawdę mówiąc, nie tyle były to przesłuchania, co negocjacje. Od początku bowiem wszyscy przyjęliśmy założenie, że zegarek został zabrany na ląd i że się znajdzie.

No i rzeczywiście. Do Komendanta wezwany został jakiś robotnik. Powiedział, że nie ma ze sprawą nic wspólnego, ale gdyby drugi mechanik zapłacił 50 dolarów to on zegarek dostarczy.

Drugi mechanik odparł, że już raz zapłacił za ten zegarek 50 dolarów w sklepie i kategorycznie odmówił.

 Potem pojawił się jeszcze jakiś inny robotnik i zażądał mniej. Cena systematycznie spadała, ale wszystko to dość długo trwało i w końcu komendant się zeźlił na kolejnego oferenta. Uderzając otwartą dłonią w stół stanowczo zapowiedział, że nie będzie tolerował korupcji w państwie Gambia i nakazał zwrot zegarka, co się stało faktem w ciągu następnych 5 minut. Ten sam oferent dostał polecenie przyniesienia Komendantowi ze statku dziesięciu desek, bo Komendant buduje dom. My, po uroczystym pożegnaniu, udaliśmy się na statek, gdzie wydaliśmy posłańcowi rzeczone dziesięć desek (z drewna używanego do mocowania ładunku, które ówczesne statki zwykłe byłe wozić).

Międzynarodowy incydent został zażegnany.


Lubię to! Skomentuj5 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości