Kiedy słyszę pełne aplauzu kląskania polskich „dziennikarzy kulturalnych” oznajmiających nam, że tego-a-tego dnia będziemy mogli uczestniczyć w „projekcie artystycznym” to od razu wiem, że ten „projekt” to zwyczajne uczenie dziadostwa młodych ludzi, którzy chcąc wydoić jakąś kasę z publicznej skarbonki nie mają nawet śmiałości nazwać swoich zamierzeń po imieniu.
Wyczulcie ucho na padające z mediów słowo: "projekt"! I sprawdźcie, czy aby nie w kółko ci sami "artyści", w kółko i w kółko żadnej sztuki pokazać nie chcą, a wyłącznie - "projekty".
„Projekt artystyczny” polegać może na przykład na tym, że łazi się w Warszawie po obcych mieszkaniach i myszkuje w szufladach szukając schowanych pieniędzy (naprawdę był taki projekt!), a potem ci od „projektu” wypowiadają się nad interakcjami zachodzącymi podczas myszkowania.
„Projekt” jest słowem niesłychanie w Polsce modnym: wystarczy, że w koperty zapakujesz kozie bobki i wyślesz bez znaczka na sto adresów i już masz „projekt”. Wystarczy, że komórką nagrasz film o życiu lęgnącym się między własnym wielkim paluchem u stopy, a jego sąsiadem – jest „projekt”.
W zasadzie nie ma obecnie żadnej płaszczyzny działalności człowieka (łącznie z fizjologią), by nie można jej uznać za „projekt”. I przy założeniu, że jakaś ciotka z telewizji czy z radia – publicznego oczywiście - piastująca stanowisko „redaktor kulturalnej” okaże się doszczętnie zdurniała i ów „projekt” łyknie, to wtedy już można się nie martwić o nagłośnienie sprawy.
Womit mną targa kiedy słyszę w mediach: „projekt”.
Targnie mną jeszcze bardziej tej niedzieli, jeśli okaże się, że wygra w wyborach prezydenckich „projekt”.


Komentarze
Pokaż komentarze (13)