- A co tam u X.? - zapytałem i się dowiedziałem, że X. ma się świetnie, mieszka i pracuje w Warszawie i na dodatek posłał swoje dziecko do prywatnego, żydowskiego gimnazjum. - Wiesz, żeby dziecko w tych normalnych polskich szkołach nie musiało się z głupotami męczyć – rzekł mi ten, co mi to mówił.
Ten, co mi to mówił, był święcie przekonany o słuszności ruchu edukacyjnego naszego wspólnego kolegi X. Ten, co to mi powiedział uznawał, że to znakomity pomysł, by uchronić dziecko przed indoktrynacją religijną, powszechną podobno w normalnych, polskich szkołach. Obruszył się też na moje: - Posłał do żydowskiej szkoły, bo sam pewnie Żyd.
Ten, co mi to mówił naskoczył od razu na mnie, że co za żyd, co za Żyd, wcale nie Żyd, a tylko nie chciał do katolskiej szkoły. I że on to rozumie, bo dziecko będzie wychowywane bez niepotrzebnych balastów, bo za takie, zapytany, uznał w trakcie dalszej rozmowy – organizowane w szkołach jasełka, choinki i inne kościelne bzdury! A tak w ogóle, to on się wstydzi nawet tu, w Irlandii, tych wszystkich babć na Krakowskim Przedmieściu.
Ja tego nie wymyślam. Taka rozmowa się odbyła i dodam od razu, że zupełnie para ze mnie zeszła, że nie zdobyłem się na żaden werbalny fechtunek, choć przecież łatwo byłoby przywołać żydowskie święta, które przecież w jakiejś formie w tej szkole objawiać się muszą.
Tacy ludzie chodzą między nami po ulicach. Podobno jest ich większość. Co do samego X. i jego dzieci, to nie mam niczego przeciwko, by chodziły do takiej szkoły jaką X. im wybierze.


Komentarze
Pokaż komentarze (17)