Dzisiejszy marsz przeciwników rządowego planu cięć wydatków i podwyżek podatków zorganizowany przez związki zawodowe liczyć miał 50 tys. uczestników, ale telewizornia podała, że było ich 25 tys. Miałem nawet się wybrać, ale zima mnie zaskoczyła, więc napaliłem w piecu i protestuję spod pierzyny. Marsz był grzeczny: "nie jest to protest czysto przeciw, ale raczej apel do naszych polityków: weźcie się do roboty" - taką wypowiedź uczestnika puściła rządowa RTE1.

Myślę, że żadne protesty nie pomogą; nawet nie dlatego, że jaj brakuje ludziom, ale po prostu Irlandczycy mają świadomość, że minione 10 lat to była zabawa na kredyt. Zresztą, co oni mogą, no - co my możemy? Rządy dogadują się nad głowami i nad głowami wprowadzają podatki, by w papierach się zgadziło. Woda w kranie ma być płatna w Irlandii, jak to?! Ano - tak to, ma być. Będą jeszcze radzić i głosować nad tym jawnym bandytyzmem.
Sam nie wiem w którą stronę mój kij popłynie. Im rzekomo biedniejsza Irlandia tym bardziej mi się podoba. Mniej jakby krawaciarze cwaniakują na ulicach, klimacik inny, turystów przetrzebiło, śniegi nawet spadły. Grajków na ulicach też więcej, krok mniej rączy u przechodniów, dłużej w portfelu szuka się należności za guinnessa. Nie to co kiedyś; pach dychę i fertig. W bibliotekach jakby też nieco tłoczniej.
Zdaje się, że w proteście, który wlaśnie się skończył nie wybito żadnej szyby ani nikomu but z nogi nie zleciał. Opona żadna nie spłonęła i nie grzechotały łańcuchy. Będzie jak ma być; święta idą, dzwonki dzwonią, prezentów nakupić trzeba, zobaczymy po Nowym Roku co to będzie. A na razie: Sheamus, Twoje zdrowie, bo zdrowie najważniejsze i w ogóle; God bless Ya bro!
(fot z ajriszindependentury)


Komentarze
Pokaż komentarze (8)