Wieczorem przy herbacie z prądem i trzaskającym wesoło kominku padła na Ornaku propozycja, by jutro przejść się na Czerwone Wierchy. - Na Krzesanicę! - rzucił ktoś, ktoś inny coś mruknął z dezaprobatą, spojrzeli na mnie, a ja „wzruszyłem ramiony twarz oblekając w nonszalancji woalkę”. - Możemy iść, ale żebyśmy na wieczór wrócili do schroniska, boć Sylwestra jutro... - powiedziałem. Poszliśmy spać.
Rano było względnie. Pizgało wprawdzie śniegiem i zawiewało, ale bez specjalnych złośliwości. Nasza szóstka ruszyła więc pod górkę, która to droga miała zakończyć się gdzieś na Krzesańcu czy Krzesanicy, bo pojęcia nie miałem wtedy, co to te całe Wierchy. I jeszcze: Czerwone. Liczyłem na to, że gdzieś tak za trzy-cztery godzinki, po spacerku i cyknięciu fotek wrócimy pod Ornak, wykąpiemy się przed sylwestrową zabawą i wszystko potoczy się tak jak powinno.
Tym, którzy nie znają zimowych szlaków w Tatrach powiem tylko, żeby nigdy, ale to przenigdy nie popełniali jednego błędu: wyjść zimą w góry można w każdą trasę, ale w grupie musi być ktoś, kto potrafi ocenić sytuację i powiedzieć: „wracamy”. Nasza grupa takiego ważniaka była pozbawiona, parliśmy więc do przodu przez całą tę obłędną zadymkę; dziewczyny nie chciały pękać, a faceci chcieli być twardzi. No i w tej liczbie ja; neofita w misteriach, nowicjusz w górach chcący być zarazem twardym i nie chcący pękać, co wychodzi zresztą – na jedno.
Powiem tylko, że doszliśmy i powiem, że wróciliśmy jakoś po 12-tu godzinach. Od 9-tej do 9-tej. Zabawy Sylwestrowej nie pamiętam, bo padłem przy kominku po pierwszej „na rozgrzanie” herbacie. Albo nawet przed nią. Tak to było.
I jeszcze w minionym tygodniu wspomnienie tej sylwestrowej wyprawy było dla mnie stroboskopowo wręcz wyraźnym symbolem absolutnego zmarznięcia i znużenia mojego organizmu; alarmowo wariującą czerwoną lampką oznaczającą nieprzekraczalne ekstremum, które przeżyłem. Jednakże...
Jednakże minionej środy, pierwszego grudnia, wybrałem się na mecz Lecha z Juventusem i wspomnienie to zbladło. W Poznaniu, na pięknym zresztą stadionie, już druga połowa meczu zastała mnie zmartwiałego. Do szpiku – jak to mówią – kości skrystalizowanego, obróconego w skatanioną mrozem bryłę, zakleszczonego między jakimiś nieodgadnionymi instynktami, z których ten: przeżycia nieśmiało zmagał się z tym: kibicowania.
Było mi tak zimno, że ani razu nie skorzystałem z ćwierćłyka choćby – niby to przezornie przemyconej - mieszaniny coli z wódką pół na pół. Mróz był tak wilkołaczy, że w nic nawet nie było już mi zimno; po prostu dusza na sinym sznurku (bez większego zresztą zacięcia) wisiała mi nad głową jak balon wypełniony ciekłym helem. Nawet postanowiłem sprawdzić czy w ogóle serce mi bije, ale nie udało się dłonią opancerzoną przez warstwy przekopać, więc uznałem, że bez sensu. W stanie skupienia właściwym syberyjskim zombiakom przypomniałem sobie wtedy te Czerwone Wierchy i natychmiast je zdetronizowałem.
Dziś oglądam ten filmik. Trochę jakby cieplej. Ale na mecz do Salzburga 16 grudnia już nie pojadę. Zaraz potem musiałbym dać się zamknąć w domu wariatów. Nie jest to wykluczone, że tak się zresztą kiedyś stanie, ale niech już będzie jakiś sensowny powód. Choć z drugiej strony wśród Napoleonów, Hitlerów czy Stalinów może i brakuje – ku kierowaniu rozmów na nowe tory podbojów świata – jakiegoś białoskórego Arboledy?!


Komentarze
Pokaż komentarze (7)