- Proszę bardzo, demokracja dwa i pół kila, siedemnaście pińdziesiąt za kilo, wychodzi sześćdziesiąt trzy... - podała sumę ekspedientka. Dziadek zapłacił, zakręcił się, wyszedł ze sklepu demokratycznego, ale zawrócił i powiedział, że na kalkulatorku mu wyszło, że 2,5 x 17,50 równa się 43.75. - Paszoł won, bez kolejki nie obsługujemy – powiedziała ekspedientka i dla podkreślenia powagi pierdalnęła dziadka mrożonymi we folii tolerancjami w sosie własnym.
- Co my tu mamy... - z żywym zaciekawieniem odezwała się babcia już w bloku, bo dziadek łykając gorycz dotarł do mieszkania, o którym nigdy nie pozwolił sobie pomyśleć, że to „dom”. I w kuchni na stół babcia wysypała te dziadkowe zakupy.
Dziadek chciał iść mecz zobaczyć w telewizorze, ale babcia go zawróciła.
- Tylko to było w sklepie? I tyle kosztowało – mówiła analizując rachunek. (Tu dziadek skurczył się w sobie, by nie kazała już w tej chwili oddać reszty ze stówy). - Miałeś na kartce, żeby kupić równość, wolność i braterstwo, a co ty mi tu za ochłap przydźwigałeś?!
Dziadek sięgnął zrezygnowany do portfela w zanadrzu, ale pokazał babci tylko jakąś starą, niewykupioną receptę, zatoczył się i oddał ducha. Padł jak kawka.
Babcia na jego widok ruszyła z reanimacją, ale nie dotarła, bo szlag ją trafił.
Demokratycznie.
A wnuki z radością zapłaciły podatek siedemnaście pińdziesiąt za metr od czterokrotnie zapłaconego wcześniej przez dziadków podatku od mieszkania, którego nikt w tej rodzinie nie nazywał „domem”.
- Demokracja... - pokrzykiwały do siebie.
Te wnuki.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)