Żaden z dotychczasowych rezultatów nie pozwala dostrzegać w obecnym mundialu jakichś rewolucyjnych przetasowań w światowym futbolu. Oczywiście, niespodzianki są, ale one były zawsze i to w podobnych proporcjach.
W zasadzie – ale to tylko drobna dygresja – jedyną zauważalną zmianą jest postępująca coraz szybciej de-nacjonalizacja drużyn narodowych. W istocie powinniśmy teraz używać nazwy „reprezentacje krajowe” lub „państwowe”, a nie narodowe. Niegdyś przypadki np. czarnoskórych Szwedów bywały wyjątkowymi ciekawostkami, a dziś nie dziwi to nikogo. Tak czy siak ta zmiana i tak w żaden sposób nie naruszyła futbolowego status quo.
Mamy zatem nadal cztery wieczne potęgi (alfabetycznie): Argentyna, Brazylia, Niemcy, Włochy. Zdarzały się im wpadki, ale faworytami były zawsze. Mają na kontach po min. dwa tytuły i po parę medali różnych kolorów.
Mamy też jedną potęgę podupadłą, czyli Urugwaj. To przypadek wyjątkowy, bo to jedyny kraj będący dość długo bardzo mocny, a potem zdegradowany do roli średniaka. Nie jest to nawet wieczny pretendent.
Mamy również grono wiecznych pretendentów. Wśród nich są nawet dwaj mistrzowie: Anglia i Francja. Ale obie reprezentacje potrafiły wygrać mundial tylko raz, i to na własnych boiskach. Obok ex-mistrzów można postawić również (alfabetycznie) Hiszpanię, Holandię, Portugalię. Te reprezentacje jeszcze tytułu nie zdobyły, ale nie jest to wykluczone. Nawet tym razem.
Mamy w końcu grono krajów, które w różnych czasach miały swoje pięć minut. Czechy, Jugosławia (i jej części składowe), Węgry, Szwecja, Polska. Nawet Bułgaria, choć w jej przypadku było to pięć minut bardzo krótkie.
Mamy również efemerydy. Reprezentacje, które mimo że nigdy nie dorobiły się jakiegoś szczególnie wybitnego pokolenia, swoje medale potrafiły zdobyć. Belgia, Korea, USA, Turcja… O, Turcja i USA są przykładami ciekawymi, bo to kraje działające systemowo i celowo. Zdaje się, że mają on szansę na stałe zagoszczenie w gronie wiecznych pretendentów. Ale to może za dopiero za kilka-kilkanaście lat, a nie dziś.
Mamy oczywiście całą resztę. Z tej reszty, niewykluczone, może się wyłonić jakaś kolejna efemeryda. Ale to będzie wyłącznie przypadek i niespodzianka.
Moim zdaniem absolutną niemożliwością jest, aby ktoś spoza grona wiecznych faworytów i, co najwyżej, wiecznych pretendentów zdobył kiedykolwiek tytuł. Przynajmniej w perspektywie dającej się ogarnąć rozumem. Byłaby to sensacja wprost niewyobrażalna.
Nie będę się tutaj rozwodził dlaczego te status quo utrzymuje się już niemal sto lat i nie widać możliwości na jego złamanie. Ale fakty świadczą, że niewątpliwie ono istnieje.
Mogę się zatem spodziewać niespodzianki (ale w granicach rozsądku), że tytuł zdobędzie tym razem ktoś trójki Holandia, Hiszpania, Portugalia. Może Nawet Anglia. Gdyby Anglia jakimś sposobem dała radę pobić po drodze Niemcy, Argentynę i zapewne Brazylię, podniosła by swój status do rangi wiecznego faworyta. Zdobyła by bowiem drugi tytuł (pierwszy na obcym terenie), a ma na koncie też jeden brąz.
Ale niemal na pewno będzie to ktoś z pozostałej na placu boju wielkie trójki, czyli Argentyna, Brazylia lub Niemcy.
Rewolucji nie będzie.


Komentarze
Pokaż komentarze (15)