Maradona wielkim piłkarzem był. Próba zaprzeczania tej prawdzie naraża próbującego na wszelkie możliwe kontry. Ja napiszę, że Maradona wielkim piłkarzem był, ale to nie jest cała prawda.
Nie jest moim zamiarem roztrząsanie możliwych praprzyczyn pewnych epizodów i w ogóle całokształtu dokonań Argentyńczyka. Pozwolę sobie jednak przypomnieć kilka spraw, które nieco odbrązawiają cokół pomnika, który postawiono mu już za życia. I nie koniecznie są to pomniki wirtualne, stawiane w pamięci kibiców.
Maradona dorastał w wewnętrznym przekonaniu o swojej wielkości. Co więcej utwierdzała go w tym przekonaniu cała piłkarska Argentyna. Potem dołączyli również „upewniacze” z innych krajów. Miało to autentyczne podstawy w osiągnięciach Diego, ale jednocześnie stanowiło może o jego dalszych losach.
Jak na piłkarza wybitnego dość często popadał w konflikty z trenerami. Łapał też głupie kartki. Grał bosko, ale nie zawsze pamiętał o tym, że wielkość to nie tylko odpowiednia liczba strzelonych goli.
Aż nastąpił rok 1986 i słynny mecz z Anglią. Moja subiektywna ocena jest taka, że wtedy Maradona przekroczył rubikon. Ostatecznie uwierzył w swoją nadprzyrodzoność. Każdemu piłkarzowi, nawet tym wybitnym, może się przydarzyć nieuczciwie strzelona bramka. Ale trzeba było być Maradoną, żeby z pełnym tupetem orzec, że była to „ręka Boga”. Powiedzieć, a nawet w to uwierzyć. Nie chodzi o to, że piłkarzowi zabrakło pokory i samokrytyki, tylko o to, że Maradona poszedł niestety znacznie dalej.
Rok 1986 był cezurą, po której Maradona staczał się jako piłkarz i jako człowiek. Jeszcze starczyło mu talentu na parę lat dobrego grania, ale ujawniać się zaczęły demony z przeszłości. Kokaina i doping. Druga wpadka dopingowa, w atmosferze mundialowego skandalu, oznaczała koniec jego kariery. Niespodziewanie dobra gra w USA okazała się zwykłym oszustwem i mistyfikacją. Wisiało to w powietrzu, bo każdy kto oglądał jak podstarzały, groteskowy grubas biega po boisku z gracją łani, podejrzewał, że coś jest nie tak. Boskość Diego przesłoniła wszakże na chwilę te domysły. Boski Diego bał się chyba własnego upadku. Szedł konsekwentnie w kłamstwa i miraże. Wtedy jeszcze nie był nawet zdolny do przyznania się do swojej nieuczciwości w Meksyku. Zrobił to dopiero po aferze dopingowej. Po blisko dekadzie! Wtedy mit Maradony zaczął się sypać, przynajmniej dla niektórych.
I tutaj pojawia się coś czego pojąć nie potrafię. Być może żeby to pojąć trzeba być po prostu Argentyńczykiem, lub co najmniej Latynosem. Potrafię zrozumieć, że kibice mający ogromny sentyment wiele wybaczają. Mogą niektórych rzeczy nie pamiętać, lub nie chcieć pamiętać. Maradona w swoim kraju były gloryfikowany bez względu na błędy, które popełniał. Nałogi, romans z Castro (to akurat mogło mu fanów jeszcze napędzić), źle pojęta ekstrawagancja. No ale dobrze – to kibice.
Ale dlaczego do jasnej cholery związek piłkarski zdecydował się powierzyć mu kierowanie reprezentacją Argentyny? Też byli zaślepieni? Czy tak trudno dostrzec, że rzadko który wybitny piłkarz może być wybitnym trenerem, a już Maradona był ku temu zdecydowanie anty-uzdolniony?
Słabość charakteru, impulsywność, zerowe zdolności przywódcze (nie tzw. charyzma, tylko autentycznie zdolności zarządzania ludźmi), absolutny brak przygotowania merytorycznego. Żadnych plusów poza jednym – mitem nieomylności i boskości.
Argentyna przegrała mundial zanim go zaczęła. Niewielu chciało pamiętać, że przez eliminacje przebrnęli w ogromnych mękach. Wyprzedzili ich nawet niektórzy południowoamerykańscy średniacy. Zero wniosków. Choć może wnioski już były, ale nie dało rady robić nic innego, niż tylko iść w zaparte.
Mauro Cantoro raczył stwierdzić, że klęska z Niemcami to nie wina Maradony, ale piłkarzy. Litości! To właśnie trener, menedżer, lider jest od tego, żeby zespół w odpowiednim momencie odpowiednio poukładać. Kogo trzeba opieprzyć, kogo trzeba pochwalić, jeszcze innego postraszyć. Ludzie są różni, a tylko dobry menedżer potrafi do różnych ludzi dotrzeć w sposób elastyczny. Maradona tego najwyraźniej nie potrafił.
Cantoro jest tylko przykładem myślenia magicznego powszechnego zapewne wśród Argentyńczyków. Mogło zawieść wszystko, ale nie Maradona. Przecież on jest boski.
Nikt nie wie jak wyglądał rozmowa w szatni, w przerwie meczu z Niemcami. Sądzę jednak, że poza paroma wyświechtanymi farmazonami Maradona nie powiedział swoim niczego, co mogło by dla nich być jakąś wskazówką, drogowskazem. Piłkarze potrzebują opinii z boku. Muszą dowiedzieć się co robić, żeby wykorzystać optymalnie swój potencjał. Muszą dostać jakiś plan, który mogli by zacząć realizować. Nie mówiąc już o tym, że niezbędne (i możliwe!) były zmiany personalne, czego Diego zaniechał, albo w ogóle mu to nie przyszło do głowy. Od tego jest właśnie trener, panie Cantoro!
Tymczasem Maradona albo w szatni nie powiedział niczego konstruktywnego, albo zrobił to nieskutecznie. Tak czy inaczej, to jego wina, że Argentyna została zmieciona z powierzchni murawy. I nie jest najważniejsze to, że Niemcy zagrali znów genialnie, ale to, że Argentyńczycy się po prostu poddali. Zespół tej klasy nie powinien się poddawać. Nigdy i nikomu.
W tym spotkaniu kibicowałem Niemcom, ale Argentyny zrobiło mi się zwyczajnie żal. Z góry było wiadomo, że jedna z wielkich drużyn nie zagra o medal, ale nie takiego meczu spodziewałem.
Argentyna zasługuje na trenera prawdziwego. Takiego, który wypełni swoją rolę. Lepiej lub gorzej, ale w ogóle podejmie ten trud. Ale żeby tak było, to trzeba najpierw samemu przestać żyć mitami, a zacząć wizją przyszłości. Czego Argentynie życzę, bo tylko z nią w dobrej formie mistrzostwa świata są ciekawe.


Komentarze
Pokaż komentarze (17)