Jeśli ktoś myśli, że w Salonie24 poza Coryllusem kolegów nie mam, to jest w dużym błędzie. Wprawdzie błąd ten nie jest duży w wymiarze ilościowym, natomiast jakościowym jak najbardziej. A na imię mu Szczurbiurowy. Człowieka o nicku Szczurbiurowy bowiem znam jeszcze sprzed lat, i to znam tak, że raz nawet mieliśmy się okazję spotkać kulturalnie na herbatce. Co Szczurabiurowego czyni moim kolegą bardziej, niż na przykład Cezarego Krysztopę, z którym również mam stosunki bardzo przyjacielskie, jednak pechowo nie mieliśmy się okazji spotkać osobiście.
Przez to że Szczurbiurowy jest moim kolegą, czytam jego bloga, i w ten sposób, naturalnie zupełnie, przeczytałem jego ostatni, potwornie długi i gęsty – tak gęsty, że w pewnym momencie poczułem zawroty głowy – tekst o polskiej szkole. Ponieważ ten mój dzisiejszy tekst, choć publikowany i tu w Salonie24, nie jest w pierwszym rzędzie przeznaczony dla czytelników Salonu24, lecz jego intencja jest skierowana bardziej na mój blog osobisty, myślę, że czytelnikom należy się parę słów wyjaśnień. Tak więc przeczytałem <a href="http://szczurbiurowy.salon24.pl/402604,33-532-znakow-na-temat-szkolnictwa-w-kontekscie-glodowki"'>tekst</a>
Szczurabiurowego o polskiej szkole, i dostałem cholery jasnej i ciężkiej, z takiego oto jednego powodu, że w pewnym momencie znalazłem w tym – jak mówię, gęstym i obfitym – tekście takie mianowicie zdanie:
„Otóż zarobki nauczycielskie dla nauczyciela wiejskiego są relatywnie wysokie w stosunku do kosztów utrzymania, a co więcej – są to zarobki pewne, niezależne od tego czy w okolicy ‘jest praca’. Jeśli mamy do czynienia z małżeństwem nauczycieli mianowanych, o stażu np. 15 lat, w szkole gminnej, gdzie jest pełna obsada oddziałowa (współcześnie np. 6 klas po trzy oddziały na poziomie) to małżeństwo takie ma do dyspozycji około 7-9 tysięcy złotych miesięcznie”.
Moja cholera wzięła się stąd, że otóżzarobki nauczycielskie, nie tylko dla nauczyciela wiejskiego, ale każdego nauczyciela, są relatywnie wysokie wyłącznie wtedy, gdy mąż owego nauczyciela zarabia tyle, by temu nauczycielowi kupić samochód, w taki sposób, by nauczyciel ten mógł sobie raz lub dwa razy w miesiącu zrobić wypad i za te swoją pensję zrobić ładne zakupy. I to jest fakt znany świetnie wszystkim nauczycielom, nawet tym z mężami i samochodami. Pani Toyahowa na przykład jest nauczycielką od zawsze i jej zawodowa pozycja jest na tyle mocna, że ona wspomnianym nauczycielem mianowanym była już bardzo dawno temu, natomiast dziś jest nauczycielem dyplomowanym, a więc kimś stojącym najwyżej w owej hierarchii. Jest więc owym nauczycielem dyplomowanym, i jeśli jej się zdarzy dostać 3 tys. żłotych, to wszyscy się cieszymy, że mieliśmy dobry bardzo miesiąc.
Ale ja wiem, skąd Szczurowibiurowemu przyszły do głowie te grube tysiące. On, jak słyszę były nauczyciel, dziś ze szkołą najzwyczajniej w świecie ma kontakt taki tylko, na jaki mu pozwala minister Szumilas, a wcześniej Hall, kiedy przez zaprzyjaźnioną prasę poinformuje obywateli, że oto właśnie polski nauczyciel, pracując 18 godzin tygodniowo przez 8 miesięcy w roku, dostaje o 400 zł. więcej niż rok temu, a za rok będzie dostawał jeszcze dodatkowe 400 zł. Ja te komunikaty słyszę kilka razy w roku i nauczyłem się je przyjmować z kamienną twarzą. Wygląda na to, że Szczurbiurowy je łyknął jak należy. W postawie niemal na baczność.
Czemu mnie kwestia tych pieniędzy tak bardzo obchodzi? Otóż wcale nie dlatego, że ja i moja żona wciąż chodzimy jak struci, bo ona zbyt mało zarabia. My wbrew pozorom już naprawdę nie oczekujemy niczego. Polska szkoła dziś to jest taki kosmos, że gdybyśmy mieli się nad nią zastanawiać w taki sposób, w jaki ona na to zasługuje, nie wyszlibyśmy z tego tematu do końca życia. Oczywiście, napisaliśmy niedawno wspólnie pewien tekst stanowiący pewną bardzo cząstkową diagnozę sytuacji, ale wiadomo przecież, że tego wszystkiego nie da się załatwić jednym, dwoma, czy nawet dziesięcioma tekstami. Więcej. Tego w ogóle nie da się załatwić jakimkolwiek tekstem. To trzeba zobaczyć na własne oczy. I spróbować to autentycznie poczuć. A pieniądze? Co za bzdura!
A więc nie chodzi wcale o to, że Szczurbiurowy posłusznie przyjął menowską propagandę i puścił ją w obieg, ani też w ogóle nie chodzi o to, co on akurat sądzi o polskiej szkole, a sądzi ogólnie rzecz biorąc jak najsłuszniej przecież. Powodem dla którego przyszło mi dziś do głowy znów pisać o szkole jest pewien inny jeszcze fragment wspomnianego tekstu, a mianowicie ten, w którym Szczurbiurowy pisze o szkole jako o skansenie. Nie jako o nowym znaku nowych czasów, ale o skansenie. I ten właśnie fragment mnie odpowiednio zainspirował. Posłuchajmy:
„To co miało być nagrodą dla nauczycieli w szkole komunistycznej (bo komuniści wiedzieli, że żaden masowy bunt nauczycieli im nie grozi) czyli nieusuwalność, stało się przeszkodą do zbudowania wysokiej jakości kadry nauczycielskiej – wtedy, na początku lat 90. Sam tego próbowałem, więc wiem o czym piszę. Byłem dyrektorem państwowej szkoły podstawowej i próbowałem pozbyć się nauczycielek, które ewidentnie szkodziły dzieciom i były dla nich fizycznym zagrożeniem (bicie, znęcanie się psychiczne itd.) – bez skutku. Karta Nauczyciela to uniemożliwiła. Za długo by o tych doświadczeniach pisać w tym miejscu, ale to wtedy właśnie, na początku lat 90 zrozumiałem, że jakakolwiek sensowna reforma szkolnictwa nie jest możliwa bez oparcia się na młodych kadrach, nie mających doświadczenia nauczycielskiego w szkole peerelowskiej, przy równoczesnym zniesieniu Karty Nauczyciela, a przynajmniej zapisów o nieusuwalności.
Stało się wręcz odwrotnie. W okresie rządów SLD/PSL ten patologiczny stan został utrwalony, z tego względu, że jednym z istotnych elementów ówczesnego systemu władzy był Związek Nauczycielstwa Polskiego, będący reprezentantem interesów grupowych biurokracji oświatowej i starszych nauczycieli. A młodzi nauczyciele przychodzący do zawodu zostali „zassani” przez patologiczny system. Negatywne wzorce zamiast zniknąć – utrwaliły się”.
Przyznać muszę, że chyba nigdy dotąd nie spotkałem się z sytuacją, kiedy to ktoś kto wedle wszelkich danych jest szczerze zatroskany upadkiem polskiej edukacji, tę swoją troskę opiera na diagnozie, której przyjęcie może wyłącznie ten upadek pogłębić, a następnie ostatecznie odfajkować. Bo oto, jak wszystko na to wskazuje, polska szkoła tonie głównie dlatego, że trafiła w ręce tak zwanych młodych – tych wszystkich, którzy w latach 90-tych ukończyli studia i zostali nauczycielami. Wystarczy zajrzeć do pierwszego lepszego pokoju nauczycielskiego, żeby z przerażeniem – właśnie z przerażeniem – zauważyć, że tam dzieli i rządzi element, który podejrzliwie patrzy już nawet na tych, co przyszło im studiować pod koniec PRL-u. Jako na starych pierników, którzy nie dość że nie mają o niczym pojęcia, to uważają, że mogą bezkarnie zabierać głos. Wystarczy zajrzeć do pierwszego lepszego pokoju nauczycielskiego, by zobaczyć, że to ci młodzi właśnie tworzą podstawę tego to co się nazywa polską szkołą. I niech Szczurobiurowy nie sądzi, że ja go chciałem pocieszyć. Że to właśnie jest to pokolenie, które „wyssie” szkołę z wspomnianego „sytemu patologicznego”. Mowy o tym nie ma z tego prostego powodu, że to właśnie oni nam demonstrują, czym jest prawdziwa patologia. I to zupełnie niezależnie od tego co oni sądzą o Związku Nauczycielstwa Polskiego i jakie mają z nim relacje.
Młode kadry, o których z taką nadzieją marzył Szczurobiurowy na początku lat 90-tych, a dziś ich tak żałuje, że jakoby zostali wessani przez starych, to w ogromnej większości banda bezideowych i durnych jak worek z kartoflami cwaniaków, którzy do tej pracy nadają się dokładnie tak samo jak do każdej innej, czyli w ogóle, a satysfakcji z niej mają tylko tyle, że mogą z uczennicami chodzić do pubu i je tam bezkarnie najpierw upalić, a potem obmacywać, lub na wycieczkach szkolnych chodzić do łóżka z co przystojniejszymi uczniami. Jesli oczywiście pojadą na jakąkolwiek wycieczkę – o ile to nie jest akurat wycieczka do Paryża, czy Londynu. I należy się tylko dziwić, że Szczurobiurowy, a za nim, jak, wnioskując z entuzjastycznych komentarzy zamieszczonych pod jego notką, na smutno się domyślam, znaczna część innych, tak zwanych naszych, są tu tak okropnie niezorientowani.
Miałem w swoim dorosłym życiu kontakt z kilkoma szkołami, i powiem szczerze, że wręcz regułą było to, że jeśli chciało się mieć pewność, że nauczyciel jest choćby w miarę kompetentny i że mu choćby w minimalnym stopniu zależy na tym, żeby z tych dzieci cokolwiek jeszcze było, to powinien być możliwie stary. I, podkreślę to jeszcze raz, zupełnie niezależnie od tego, co on dziś sądzi o Związku Nauczycielstwa Polskiego i w jaki sposób w PRL-u realizował przepisy dotyczące obowiązku przestrzegania postaw moralnych, które tak bardzo nie pasują Szczurobiurowemu. Jak można w ogóle patrzeć na to co z polską szkołą zrobili wcale nie spadkobiercy schyłkowego Peerelu – a więc Leszek Miller i Krystyna Łybacka – ale jak najbardziej nasi bohaterowie solidarnościowego zwycięstwa, i nie widzieć, jak jest? Ci co byli przed Łybacka i jak najbardziej, po niej. Co się stało Szczurobiurowemu, że nagle uznał, że to rząd SLD/PSL dobija dziś na naszych oczach polską edukację, a z tych co będą za nas ciągnąć ten wózek robi brukselskich parobków?
Oczywiście recepty na przynajmniej powstrzymanie tego strasznego procesu są proste i wciąż, przynajmniej teoretycznie, jeszcze możliwe do realizacji. Należy przede wszystkim zlikwidować gimnazja, stworzyć kompletnie nowy program nauczania i wychowania i kształcenia dzieci i młodzieży… i liczyć na cud. Oczywiście, znaczna część z tego co proponuje Szczurobiurowy jest słuszna i w ogóle nie do dyskusji, jak choćby cała część dotycząca biurokracji i formalnej organizacji całego systemu. Ale, przepraszam bardzo, póki co niech się młodzi trzymają się od tej roboty jak najdalej. Przynajmniej do czasu aż będziemy mieli gwarancje, że nie są oni najwyższej jakości produktem pochodzącym z tego kombinatu, który planujemy spalić, zrównać z ziemią, a następnie zaorać i zasadzić tam cokolwiek. Mogą być nawet kartofle.


Komentarze
Pokaż komentarze (20)