Co takiego ma w sobie Pierwszy Łowczy, hrabia Marszałek Komorowski, żeby przekonać nas, że warto oddać na niego swój głos? Czy chodzi o tę charyzmę, którą dostrzegł Wielki Architekt Stanu Wojennego, Naczelny Kreator Wojny Domowej, gen. Jaruzelski? Kiedyś byłby to pocałunek śmierci dla kandydata z opozycyjną kartą w życiorysie. Dzisiaj już nie zabija?
Pytanie takie wynika z obserwacji różnych wypowiedzi internetowych, także na tym portalu. Odnoszę wrażenie, że wiele osób darzy bezgranicznym zaufaniem marszałka, p. o. prezydenta i kandynata na prezydenta w jednym: Bronisława Komorowskiego. Przyznam, że niezwykle trudno zrozumieć mi tę ślępą fascynację, kiedy słucham wypowiedzi pana marszałka. Co jedna, to gorsza. Przyznam, że na samą myśl, że mógłbym oddać swój głos na kandydata popieranego przez człowieka, który namawiał władze ZSRR, żeby go wyręczyły w walce z opozycją we własnym kraju, robi mi się jakoś niewyraźnie.
Warto chyba wrócić pamięcią do 2005 r. Program "Co z tą Polską". Prowadzący: Tomasz Lis. Wówczas zarabiający kilkanaście razy mniej, ale wielokrotnie bardziej interesujący jako dziennikarz. Wyobraźmy sobie, że jest u Lisa kandydat na prezydenta, który swoją pozycję buduje na poparciu komunistycznego betonu. Trudno mi to sobie wyobrazić, bo wówczas był wielki entuzjazm:po czarnej nocy rządów postkomunistów do władzy wracała prawica. Wówczas wydawało się, że to, czy będzie to PO, czy PiS, czy POPiS, nie będzie najważniejsze. Najważniejsze będzie, że wraca formacja postsolidarnościowa. Dlatego Lis powtarzał w swoim programie przed wyborami prezydenckimi: ważne, że - niezależnie od tego, czy wygra Tusk, czy Kaczyński - rządzić będzie człowiek uczciwy.
Sam pamiętam, że jeszcze w lecie 2005 r. miałem zamiar głosować na Tuska. W październiku poszedłem do lokalu wyborczego i oddałem swój głos w obu turach na Kaczyńskiego. Potem wiele razy głosowałem w różnych wyborach na kandydatów zarówno z PiS, jak i PO. Do 10 kwietnia 2010 r. byłem, chyba można tak powiedzieć, wciąż jeszcze przywiązany do idei POPiS-u. Już nie jestem.
Nie jestem, bo przekounuje mnie argumentacja Jarosława Kaczyńskiego, że chodzi o wartość nadrzędną: państwo polskie. Trudno się dziwić, przecież to jest wielka sprawa: odzyskać niepodległość po blisko pół wieku okupacji. Niestety, zobaczyliśmy i dalej widzimy niemoc tego państwa, tak drastycznie obnażoną po katastrofie smoleńskiej. Widać, że rząd oduczył się myślenia w kategoriach polskiej racji stanu. Cóż, jeśli przez bite trzy lata myślało się tylko w kategoriach tego, jak być anty-PiS-em, to nie ma się czemu dziwić. Kaczyński dostrzegł chyba z całą mocą, że nasza sytuacja dziś jest zupełnie inna, niż jeszcze rok temu. W Rosji rozbija się samolot z prezydentem na pokładzie, a po miesiącu dziennikarze znajdują na miejscu katastrofy nie tylko dokumenty ofiar, ale i ludzkie szczątki. Na taką okoliczność Komorowski wzrusza ramionami.
Dlatego pytam się zwolenników Komorowskiego: jaką wizję prezydentury ma wasz kandydat? Wiadomo, jaką miał wizję prezydentury Lecha Kaczyńskiego. Nic lepiej nie podsumowuje jej, niż cytat, który będzie przywoływany chyba do końca świata: "Jaka wizyta, taki zamach". Czy człowiek, który żywi tak głęboką pogardę do innych, powinien być prezydentem?
Kandydat Kaczyński wyciąga rękę w geście pojednania, choć po stracie najbliższych mu osób był porównywany do nekrofila, pedofila i Mao Tse-Tunga. Co zrobił kandydat Komorowski, żeby puste frazesy o wzajemnym pojednaniu napełnić treścią?
28
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (4)