Jestem jednym z tych wyborców, ktorzy wciąż są przywiązani do idei, niespełnionej, POPiS-u. Ta debata miała być dla mnie rozstrzygająca: za którą sierotą niedoszłej koalicji opowiedzieć się 21 października. I była. Zdecydowanie na korzyść Kaczyńskiego.
Wybaczcie, nie jestem w stanie przytoczyć tu i zaanalizować obszernych fragmentów debaty, każdy będzie mógł sięgnąć do nagrań w sieci. Zdaję sobie sprawę z tego, że sondaże i "gorące" analizy już wskazują, i będą wskazywać w przeważającej części, na Tuska jako zwycięzcę. Jednak dla mnie zwyciezcą jest Jarosław Kaczyński.
Pierwszą część debaty wygrał bezapelacyjnie Tusk. To był ten onetowy, jakże skuteczny styl bycia na luzie i "jechania po bandzie" z krytyką rządzących. Tryskający optymizm, zresztą do końca pojedynku, przysporzy Tuskowi poparcia wśród najmłodszej grupy wiekowej wyborców.
W części drugiej - polityka zagraniczna - był moim zdaniem remis. Zwraca tu uwagę bardzo rozsądna wypowiedź Kaczyńskiego o obecności naszych wojsk w Iraku. Idę o każdy zakład, że gdyby PO wygrała wybory w 2005 r., nasi żołnierze wciąż służyliby w Iraku, tak jak teraz.
Trzecia runda to techniczne zwycięstwo Kaczyńskiego. Jego deklaracja, dlaczego kocha Polskę, brzmiała wiarygodniej. Zdaje się, że zaczął się rozkręcać, a tu - koniec.
Dlaczego zatem wygrana Kaczyńskiego, choć wygląda na remis w świetle powyższych rozważań? Bo przez dwie, może trzy chwile, zobaczyliśmy Tuska bez tej maski entuzjasty bliżej nieokreślonego cudu gospodarczego, lidera światłych, choć jak się okazało, rozwrzeszczanych, wyborców. To człowiek, którego zżera ambicja. I to jest, niestety, osoba niezrównoważona. O tym świadczy wypowiedź o ślązakach, którzy mieliby zlinczować premiera. Świadczy o tym także wyciągnięcie jakiejś dziwnej historii o pistolecie w windzie. Moim zdaniem, tym pistoletem Tusk wymierzył we własną głowę.


Komentarze
Pokaż komentarze