W tym tygodniu obserwowanie życia politycznego w naszym kraju nakłada się w moim przypadku na kolejne odcinki serialu "Ekipa", dołączonego swego czasu do - jak głosi reklama na początku każdej płyty - największej opiniotwórczej gazety w Polsce.
Serial uważam za niezwykle dobrze zrobiony, reżyserkom - Agnieszce Holland, Magdalenie Łazarkiewicz i Katarzynie Adamik udało się nie przegiąć w żadną stronę. Owszem, polska prawica, ta bardziej na prawo, jest pokazana jako formacja ideologiczna, która charakteryzuje się dużą hipokryzją. A zagrożenie rodzimym terroryzmem ma tkwić w środowiskach skrajnie nacjonalistycznych, choć równie dobrze można by wskazać na skrajnie lewackie, anarchistyczne, alterglobalistyczne grupy jako potencjalnych terrorystów. Przecież pamiętamy, jak za rządów PiS-u sypnęło wizjami literackimi mordowania Kaczyńskich. Serial zdaje się w tym kontekście wskazywać widzom potrzebę powstania silnego ugrupowania centrowego w polskiej polityce. Być może właśnie takie ugrupowanie miałoby największe szanse zmieniania Polski, mogąc zrobić krok zarówno w stronę lewicy (lub jeśli ktoś woli - tak zwanej lewicy), jak i prawicy (jak wyżej).
Zastanawiam się, czy widzowie identyfikują premiera Turskiego z premierem Tuskiem. Jak widać, jest pewna zbieżność nazwiska. Otóż nie ma ku temu żadnych podstaw, bo Turski nie jest zakładnikiem partyjnych interesów. Musi je mieć na względzie, ale nie wiążą mu one rąk. Po drugie, wprowadzanie radykalnych reform stara się, dzięki dobremu zapleczu pijarowemu, przekuć na propagandowy bicz na opozycję. Co, nie poprzecie reform?! Nie poprzecie ustaw, które mają zagwarantować większą rolę samorządom? Nie poprzecie projektów wspierających budowanie społeczeństwa obywatelskiego? To oczywiście tylko hasła, ale ich wykorzystanie umożliwia gabinetowi profesora ekonomii z Zamościa nabranie niezłego impetu reformatorskiego.
Tymaczasem gabinet Tuska przypominał Ekipę tylko wtedy, kiedy usłyszeliśmy o sztabie kryzysowym i Biurze Bezpieczeństwa Narodowego przy okazji doniesień o zagrożeniu upadkiem satelity amerykańskiego na terytorium Rzeczypospolitej. Jednak w filmie zagrożenie stanowiły podziemne próby atomowe na terytorium Białorusi, prowadzone za zgodą i z inicjatywy Rosjan. W tym kontekście zamieszanie z satelitą też wypada, niestety, słabo. Zamiast porządnego, krwistego political action mamy irlandzką telenowelę.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)