Są rzeczy na polskiej ziemi, o których nie śniło się filozofom, bo uznaliby, że mają zbyt absurdalne sny. Rok w rok tysiące przesyłek zagranicznych trafia do Polski i zostaje poddanych odprawie celnej. Setki razy powtarza się odyseja tysięcy pakunków, więzionych na współczesnej Ogygii. Oto opowieść o skorumpowanym u samych fundamentów urzędzie państwowym, który powinien z racji swojej ważności fukcjonować wzorowo, a jest istnym królestwem usankcjanowanego chaosu. Oto historia odysei jednej paczki. Dedykuję ją wszystkim zdesperowanym i wątpiącym, którzy przechodzą lub przeszli swoją małą odyseję celną.
* * *
Osiem i pół tysiąca kilometrów w dwa dni
Do sklepu Asahi w Japonii wysłałem 12 lipca mejla z zamówieniem dziesięciu rękawic sportowych do treningu kyudo, tradycyjnego japońskiego łucznictwa. Są to specjalne rękawice, wykonane ze skóry jelenia, z utwardzonym kciukiem i nadgarstkiem. Opórcz mnie i mojej żony, odbiorcami tych rękawic było kolejnych ośmiu członków Wrocławskiego Stowarzyszenia Kyudo.
Przesyłka została nadana w Japonii 12 sierpnia, o godzinie 15:29. Jeszcze tego samego dnia, o godzinie 23:33, została skierowana na lot i już 14 sierpnia o godzinie 18:11 została zarejestrowana w Warszawie w urzędzie wymiany. Dwie i pół godziny później, dokładnie o 20:43 urząd wymiany w Warszawie skierował ją do kolejnego urzędu w celu odprawy celnej. Pakunek przebył dystans ośmiu i pół tysiąca kilometrów w dwa dni.
Sześćdziesiąt dwa dni w areszcie
Początkowo nie wiedziałem o tym, że losy paczki można śledzić za pomocą systemu trackingowego na stronie internetowej Pocztexu. Dlatego czekałem na przesyłkę, przeświadczony o tym, że wciąż przemierza te tysiące kilometrów, podczas gdy ona już od dawna była w Bytomiu, w Dziale Obrotu Zagranicznego w Centrum Poczty WER Zabrze na ul. K. Miarki 6, gdzie została zarejestrowana 16 sierpnia. Następne sześćdziesiąt dwa dni trwał areszt. Jak łatwo obliczyć, to dziewięć dziesiątych całej podróży. Lepiej, niż w przypadku Odyseusza, który spędził w erotycznej niewoli u nimfy Kalipso cztery piąte drogi powrotnej do Itaki.
Bytomskie centrum pocztowe zdobyło się na wysłanie zawiadomienia o nadesłaniu przesyłki 10 września. Gdy otrzymałem to pismo w połowie września, dowiedziałem się, jaki numer księgi magazynowej otrzymała paczka. Poza tą jedną, konkretną informacją, reszta listu była wielce enigmatyczna. Znalazły się tak zagadkowe zdania, jak to: Każdy towar, który ma zostać objęty procedurą celną powinien zostać zgłoszony do tej procedury oraz to: Odbiorcy przesyłek po otrzymaniu niniejszego zawiadomienia moga dokonać zgloszenia celnego poprzez nadesłanie zgłoszenia celnego wraz z niezbędnym kompletem dokumentów do tutejszego Urzędu Celnego. Stykamy się tu z prawdziwą wiedzą tajemną, bo w całym piśmie nie ma informacji, co „niezbędny komplet dokumentów" miałby w sobie zawierać!
Przekroczony czas oczekiwania
Na tym etapie, wraz z pierwszym wybraniem numeru 032 2818280 w telefonie, zaczyna się nowy rozdział dla każdego, kto walczy o swoją przesyłkę więzioną w Bytomiu. Ufny w to, że za chwilę wszystkie moje wątpliwości zostaną rozwiane, wybrałem ten numer. Zajęte... Próbuję raz jeszcze. Zajęte. Jeszcze raz, drugi, trzeci, piąty, dziesiąty - ciągle zajęte. Drugi numer: 032 2818289 - to samo! Wciąż zajęte. W końcu za którymś razem: miły dla ucha dzwięk ciągły. Czekam, telefon dzwoni, przed chwilą było zajęte, więc jeśli teraz jest wolne, to znaczy, że ktoś kto skończył przed chwilą rozmowę w Bytomiu i zaraz odbierze. Mija pół minuty, minuta, dwie minuty i następuje automatyczne rozłączenie. Cicho klnąc pod nosem wybieram znów ten sam numer. Zajęte... Po wielu próbach udaje mi się dodzwonić i dowiaduję się, że wymagane dokumenty to potwierdzenie o dokonaniu zamówienia i potwierdzenie zapłaty (na przykład skan wyciągu z konta bankowego). Potwierdzenie płatności mogę wykazać dopiero 24 września i tego też dnia natychmiast je wysyłam. Teraz wszystko wydaje się zmierzać do szybkiego happy endu i po cichu liczę na to, że już pod koniec miesiąca będę mierzyć nowiutką rękawicę.
Od tej chwili dzień po dniu dzwonię do Bytomia, najpierw żeby dowiedzieć się, czy doszło potwierdzenie, potem żeby uzyskać informacje, kiedy zostanie wysłana paczka. Staje się to rodzajem loterii: zajęte - nie zajęte; odbiorą - nie odbiorą. Ile razy przekraczałem czas oczekiwania na połączenie? Nie liczyłem, ale ileś -dziesiąt na pewno. W końcu,30 września, dowiaduję się, że na następny dzień przesyłka trafi do celników, którzy naliczą należności i tego samego dnia zostanie wysłana. I tak mija pięćdziesiąty dzień japońsko-bytomsko-wrocławskiej odysei.
Nazajutrz oczywiście znowu dzwonię, lecz tym razem na numer 032 2823080, do Oddziału Celnego. Jest jeszcze gorzej: numer jest niemal zawsze zajęty, a jak nie jest, to nie odbierają w ogóle. Dopiero późnym popołudniem, po kilkunastu próbach, ktoś w końcu odebrał. Nie było mi łatwo uwierzyć w to, co usłyszałem:
- Niestety, pańska przesyłka została cofnięta - oświadczyła jakaś pani urzędniczym tonem.
- Dlaczego? - jęknąłem.
- Bo adresowana jest na firmę, a pan jest osobą prywatną. Zostało do pana wysłane ponowne zawiadomienie.
- Na firmę? Na jaką firmę?!
- No, na „Kyudo Association".
Ktoś uznał, że Wrocławskie Stowarzyszenie Kyudo, którego jestem członkiem, to firma. Choć mój telefon kontaktowy był podany, wobec czego można było łatwo uniknąć nieporozumienia, to przecież to ja mam obowiązek dzwonić na ten jeden numer w Bytomiu, na który dzwoni cała Polska, prawda?
Po omacku szukam drogi, czyli im więcej dzwonisz, tym mniej wiesz
Czekałem na ponowne zawiadomienie, o którym była mowa w rozmowie telefonicznej, bo chciałem wiedzieć, do czego mam tak naprawdę się odnieść. Minęły dwa tygodnie. W końcu straciłem cierpliwość i napisałem 12 października mejla do poczty w Bytomiu tłumacząc, że jestem osobą prywatną, że "kyudo" to znaczy "łucznictwo", a "Association" to angielskie słówko oznaczające "stowarzyszenie", jednak nie doczekałem się odpowiedzi. Owo „powtórne zawiadomienie" do dziś do mnie nie doszło, a ja sam po dwóch miesiącach odysei wiedziałem o swojej przesyłce mniej, niż na początku. Za każdym razem powtarzał się ten sam rytuał:
- Dzień dobry, dzwonię, żeby się dowiedzieć, jaki jest obecnie status mojej przesyłki - mówię, nie dowierzając, że udało się połączyć.
- Proszę podać numer księgi magazynowej - mówi pani dyżurująca. Recytuję numer z pamięci.
- Dziękuję, proszę poczekać.
Stukając obcasami, pani dyżurująca idzie gdzieś-tam do jakiś-tam magazynów, żeby sprawdzić, co z przesyłką. Po kilku minutach walenie obcasami staje się znów głośniejsze i w końcu pani aktualnie dyżurująca wraca do telefonu. To chwila prawdziwego napięcia, bo człowiek nigdy nie wie, co tym razem usłyszy. Ja na przykład, po opisanych wyżej perturbacjach usłyszałem, że wszystko jest w porządku i paczka jest już od ponad miesiąca gotowa do wysłania. Innym razem usłyszałem, że paczka już została wysłana, bo „u nas jej nie ma", a akurat to, że nie było to zgodne ze stanem faktycznym wiedziałem na pewno.
Paru rzeczy musiałem się jednak dowiedzieć i to na sto procent. Zaczynałem się czuć nieswojo, miałem w końcu w domu sporą kasę zebraną od członków stowarzyszenia po szacunkowym określeniu spodziewanych opłat. Ponieważ panie dyżurujące pod telelefonem w Oddziale Celnym w Bytomiu nie były w stanie określić wysokości cła, dopóki nie doszło do odprawy, mogliśmy tylko domyślać się jakie będa opłaty i mieć nadzieję, że nie pomyliliśmy się, bo całą sumę uiszcza się przy odbiorze paczki dostarczonej przez kuriera. W połowie października wiedziałem już na pewno, że: po pierwsze, paczka nie została jeszcze wysłana; po drugie, nie została oclona.
Wejście na szczyty urzędniczego absurdu
Rozwiązanie okazało się całkiem proste, ale z pewnością nie powstydziłby się takiego clou sam Bareja. Oto mamy środę, 15 października, sześćdziesiąty piąty dzień małej celnej odysei. Od samego rana dzwonię jak wściekła centrala do celników. Non stop powtarza się to samo: wybierz ponownie - zajęte - wybierz ponownie - ciągły sygnał - przekroczony czas oczekiwania - wybierz ponownie - zajęte - wybierz ponownie - prze... nie! Jest! Ktoś odebrał. Opisuję całą sprawę. W końcu mówię:
- Urząd Pocztowy mówi, że wszystko jest w porządku i paczkę można wysyłać. Proszę mi więc powiedzieć, co jeszcze mam zrobić, żeby ta paczka została w końcu wysłana?
- A czy do tego zawiadomienia, które pan otrzymał, był dołączony jakiś załącznik? - pyta pani dyzurująca po drugiej stronie.
- Tak - odpowiadam - było wyszczególnienie produktów na fakturze, invoice.
- To proszę to zeskanować i nam przesłać wraz z deklaracją, że wyrażenie "Kyudo Association" zostało użyte wyłącznie do celów korespondencyjnych.
To nie pomyłka. Skanuję i wysyłam 16 października do Urzędu Celnego w Bytomiu przy ul. Miarki 6 dokument, który został wysłany do mnie z Urzędu Pocztowego w Bytomiu przy ul. Miarki 6 ponad miesiąc wcześniej! Ten dzień to czwartek, w piątek jak wiadomo urzędy nie są w stanie nic zrobić, więc mijają jeszcze sobota, niedziela...
W końcu jednak nadchodzi ten moment, na który czeka dziesięć osób. W poniedziałek, 20 października, Urząd Celny nalicza opłaty celne. We wtorek paczka zostaje wysłana do Wrocławia i w środę, 22 października, po 72 dniach od nadania, w tym 62 w uwięzieniu - dociera do swojej Itaki.
Powitanie aktem wiary
Gdy czekałem z niecierpliwością na kuriera z Pocztexu, opanowały mnie wątpliwości. Co zrobię, jeśli w paczce nie będzie wszystkich rękawic? Jak wytłumaczę się innym członkom stowarzyszenia, od których przecież dostałem pieniądze? Te obawy wynikały przede wszystkim z tego, że kiedyś sprawdzałem w internecie, czy inni miewali podobne problemy. Okazało się, że w polskiej Sieci jest aż gęsto od opisów kłopotów, na które ludzie natykali się w związku z koniecznością oclenia swoich przesyłek. Nie sposób, rzecz jasna, stwierdzić, czy te komentarze to prawda, a jeśli tak, to czy wina leży po stronie urzędników, czy nieuczciwego sprzedawcy lub poczty. Nie miałoby to zresztą większego znaczenia, gdyby najczarniejszy scenariusz okazał się rzeczywistością. Dlatego wraz z oczekiwaniem na kuriera rosło napięcie.
W końcu dzwonek do drzwi! Jest kurier. Niesie pod pachą długą, wąską i mocno sfatygowaną paczkę. Oglądam ją z każdej strony. Wygląda na to, że jest w porządku, ale czy aby na pewno wszystko jest w środku? Lepiej będzie się upewnić, dlatego mówię do kuriera:
- Zanim zapłacę, chciałbym zobaczyć zawartość tej paczki.
- Świetnie pana rozumiem - odpowiada kurier - ale niestety nie jest to możliwe. Może pan obejrzeć zawartość paczki dopiero po uiszczeniu należnej sumy.
- Jak to? - pytam się zdumiony. - Nie mogę zobaczyć, co jest w środku?!
- Niech pan poczeka - facet wyjmuje komórkę - zadzwonię do urzędu pocztowego przy ulicy Powstańców Śląskich. - Cześć - wita się przez telefon - słuchaj, klient chciał sprawdzić zawartość przesyłki z Japonii. Czy może u was, na poczcie ją komisyjnie otworzyć? Przez chwilę kurier słucha i kiwa głową. - Niestety - mówi po rozłączeniu - ale również na poczcie nie może pan sprawdzić zawartości, dopóki nie uiści pan opłaty. W razie jakiś niezgodności lub ubytków może pan próbować składać skargę.
Ściskam w ręku zwitek banknotów. Przede mną leży paczka, na którą czekałem siedemdziesiąt dwa dni. Przebyła osiem i pół tysiąca kilometrów w dwa dni. Leżała w Urzędzie Celnym w Bytomiu dwa miesiące. Jakie mam gwarancje, że wszystko jest w porządku? Żadnych, oprócz tej, że waga oznaczona przez Japończyków zgadza się z wagą oznaczoną przez firmę kurierską. Jakie mam ewentualne podstawy i możliwości dochodzenia swoich praw do swojego (i, co gorsza, cudzego) mienia? Bardzo wątpliwe. Jaki mam wybór? Żadnego. Muszę po prostu uwierzyć, że paczka jest w porządku. Płacę.
Są, mój Boże, są! Jest wszystkie dziesięć rękawic! Jeszcze tego samego dnia jadę w strugach deszczu na drugi koniec miasta, do Leśnicy, żeby ludziom zebranym na treningu przekazać to, na co tak długo czekali!
* * *
W XXI wieku, w kraju położonym w sercu Europy, należącym od czterech lat do Unii Europejskiej przesyłki z odległych krajów, na równi Pakistanu i Japonii, Kolumbii i USA, przechodzą najpierw przez urząd wymiany w Warszawie, żeby następnie trafić do Oddziału Celnego w Bytomiu. Codziennie idzie na wygnanie setka albo i więcej paczek. Tam garstka osób pracująca do 15, z przerwami na kawę, przejmuje pełną, niczym nie skrępowaną władzę nad cudzą własnością. Dzwoniący non stop telefon nie robi na nikim wrażenia. Nic dziwnego, skoro jest jeden numer na czterdziestomilinowy naród! W jednym z ważniejszych urzędów w Rzeczpospolitej Polskiej, podlegającym bezpośrednio Ministrowi Finansów, panuje niebywały bałagan, opóźnienia odpraw sięgają kilkunastu tygodni, urzędnicy nie są w stanie udzielić podstawowych informacji. Mając na względzie liczbę agencji celnych w samym Bytomiu - jest ich lekko licząc dziesięć - można się zastanawiać, komu może zależeć na utrzymaniu obecnej, chorej, zdegenerowanej i korupcjogennej sytuacji. Niestety, ci którym najbardziej zależy na zmianie - zwykli obywatele - nie są brani pod uwagę. Zapewne kolejni ministrowie finansów wolą udawać, że na ich podwórku jest wszystko w idealnym porządku.


Komentarze
Pokaż komentarze (8)