Po raz kolejny zabieram się do oglądania filmu "Wiatr buszujący w jęczmieniu". Dopiero teraz uświadomiłem sobie, jak głęboko nie zrozumiałem fabuły i sensu tego filmu. Ostatni raz, widziałem go w roku 2014, więc warto by odświeżyć sobie pamięć.
Ten film, jest czymś głęboko propagandowym, opowiada historię którą wszyscy Irlandczycy chcieliby usłyszeć. Dzielni, młodzi chłopcy, walczą przeciw tyranii Imperium. Potem, jeden idzie w kierunku ugodowym, a drugi chce walczyć do samego końca. Można od razu przyrównać tych dwóch chłopaków do AKowców. Walczą w podziemiu przeciw okupantom. Kiedy po wielu starciach i walkach, nadchodzi dzień, gdy jest szansa osiągnąć porozumienie z okupantem. Porozumienie zostaje osiągnięte, a 21 hrabstw odzyskuje autonomię. Pełną niepodległość kraj odzyskuje dopiero w 1937 roku, czyli kawał czasu po filmowych wydarzeniach.
Poziom przedstawiony w tym dość ciekawym, choć pretensjonalnym filmie, przypomina to co pokazywano w naszym "Czasie honoru". Buduje się w widzu nienawiść do okupanta, prowadzi to do tego że od razu sympatyzuje on z radykalnym skrzydłem. Wszelkie ugody od razu są bezsensowne, trzeba palnąć w ten głupi brytyjski łeb tak mocno aby eksplodował na milion kawałków. Za jednym zamachem pokazano też poważny konflikt pomiędzy samymi Irlandczykami, którzy nie mogli się zdecydować czy walczyć dalej czy nie. Tej głębi nie ma oczywiście "Czas honoru", gdzie żadnego czaru kolaboracji nie ukazano. Ktoś powie, że nie ma co porównywać eleganckich Anglików ze wstrętnymi Sowietami. Niestety różnica jest tylko iluzoryczna, bo Anglicy zachowywali się w Irlandii jak czerwonoarmiści, tyle że służyli Koronie.
Nie będę się jednak wyzłośliwiać na polską kinematografię, a szczególnie "Czas honoru", bo serial to dobry i w porównaniu z takimi gniotami jak "Wojna i miłość" to arcydzieło. Opowiem wam o Michaelu Collinsie, terroryście i człowieku który zostałby dyktatorem tego kraju gdyby nie został zamordowany przez tych, którzy widzieli Irlandię jako strefę ciągłej wojny. Tym samym zresztą, którzy potem finansowali reaktywację IRA i jeśli będzie trzeba podgrzeją znowu sprawę Ulsteru.
Lepszy Piłsudzki
Spośród przywódców irlandzkiej walki o niepodległość, człowiekiem najbardziej aktywnym i niebezpiecznym, był Michael Collins. Po klęsce powstania Wielkanocnego, został jednym z liczących się dowódców podziemia. Podczas powstania, udało mu się przeżyć dlatego że uznany został nie za prowodyra i przywódcę, ale lokalnego dowódcę, który realizował rozkazy sztabu powstania. Jako żywy mógł zdziałać o wiele więcej niż jako trup. Co zrobił Michael aby jego naród odzyskał niepodległość? Nie pisał odezw, nie tworzył patriotycznej poezji - a jeśli to robił, to jako przykrywka dla prawdziwej działalności. Organizował swój własny wywiad i kontrwywiad, werbował i rozbudowywał bojówki. Miał sporo wtyk i informatorów, a chcąc zyskać przewagę nad okupantem, wziął się za najważniejszą w takiej sytuacji sprawę - eksterminację agentów i kapusiów wroga. Był rycerski (a może to też pragmatyczna decyzja?) bo przed ostatecznym wydaniem wyroku śmierci, wysyłał pismo z nakazem zaprzestania wrogiej działalności. Jego działania nieźle wkurzyły okupantów. Brytyjczycy wysłali najlepszą grupę kontrwywiadowczą w Imperium, coś w rodzaju brytyjskiego Smierszu. Imperium zwiększało też ilość swoich zbrojnych bojówek, które miały trzymać za pysk społeczeństwo wyspy.
Dzięki wtykom w wywiadzie brytyjskim (Edward „Ned” Broy, Nancy O’Brien), udało mu się zlokalizować miejsce przebywania "Gangu Kairskiego" czyli tej rzekomo super-tajnej grupy kontrwywiadowczej. W szybkiej i brutalnej akcji, zabito 12 brytyjskich agentów, oraz 2 współpracowników. Michał Collins trzeźwo ocenił swój czyn: „Ta szajka szpiegów i informatorów popełniła wielkie zbrodnie i najpierw się o tym upewniłem. Mam czyste sumienie. W czasie wojny zlikwidowanie szpiega i donosiciela nie jest przestępstwem. Oni zwalczają nas bez sądów i procesów. Ja odpłaciłem im tym samym".
Brytyjczycy, po takim ciosie odpowiedzieli wybuchem bezsensownej przemocy, która mogła tylko nakręcić jeszcze bardziej spiralę nienawiści. Dokonali ataku na kibiców meczu, mordując 14 osób. Brytyjczycy otworzyli ogień do tłumu, choć wcześniej otrzymali tylko rozkaz otoczenia stadionu i rewizji osób tam przebywających. Trudno ocenić czy do ataku doszło spontanicznie (co jest mało prawdopodobne, atak miał miejsce tego samego dnia i bojówkarze Black and Tants nie wiedzieli na pewno o tym że chwilę wcześniej wybito kilkunastu ludzi Korony, którzy przecież byli zakonspirowani) czy była to celowa zemsta. Cięższym ciosem dla IRA niż rozwałka kibiców, było aresztowanie i "zabicie podczas ucieczki" dwóch członków IRA, w tym Dicka McKee, bliskiego współpracownika Collinsa.
Czas zająć się jednak ważną sprawą, która dla osoby która nie zna zbytnio historii Irlandii musi być szokująca. Prezydent Irlandii - człowiek który nawet nie był Irlandczykiem z pochodzenia niejaki Simon de Valera, powrócił właśnie z tournée po świecie. To postać bardzo szemrana, zaistniał w czasie powstania Wielkanocnego, potem zniknął na długi czas jak kamfora. Jako prezydent Irlandii jeździł tu i ówdzie aby "reprezentować Irlandię". Podczas gdy Collins ryzykował życie zabijając Brytyjczyków i ich pachołków, de Valera wędrował sobie po dworach i pałacach, rozmawiając z nie wiadomo kim, o nie wiadomo czym. Po najskuteczniejszej akcji wymierzonej w kontrwywiad angielski wrócił nagle.
Jak przystało na prowokatora i agenta obcych wywiadów, de Valera zachęcał do natychmiastowego powstania i jawnej walki z Brytyjczykami. Naczelny dowódca armii, szef wywiadu, szef kontrwywiadu i ogólnie rzecz ujmując - naczelnik świętej irlandzkiej sprawy widział tą sprawę inaczej. Oceniał swoje siły - 3 tysiące ludzi, na zbyt marne aby myśleć o czymś więcej niż wojna terrorystyczna. De Valera jakoś przeforsował plan powstania.
Brytyjczycy z rządzącej wtedy Partii Pracy, byli jednak niechętni dalszej wojnie. Część armii na pewno również tego nie chciała - oceniała siły IRA na 100 tysięcy. Siły w rzeczywistości liczyły 3 tysiące. Czy wywiad wojskowy mógł tak bardzo się pomylić? Można pomylić się o tysiąc czy pięć. Nie można jednak oceniać sił wroga na 33-krotnie większe niż w rzeczywistości. Jestem pewien że rozsądne elementy w armii - która właśnie wyszła z Wielkiej Wojny, wiedziały że nie ma co się pchać w długą wojnę z partyzantami. W lipcu 1921 Lloyd George zaproponował negocjacje.
De Valera zachował się niezwykle cwanie - wysłał Collinsa na rozmowy. Sam, choć przecież lubił spotykać się z głowami innych państw i służb, wolał nie wystawiać się pod nóż. Collins został wystawiony, to była czysta prowokacja. Collinsa wysłano z listą absurdalnych żądań - mimo tego że wojna nie została wygrana przez Irlandczyków, warunki pokoju były dla Brytyjczyków miażdżące. Cała Irlandia miała być zjednoczoną, niezależną od nikogo i wolną republiką. Imperialni politycy nie mogli zgodzić się na taki krok. Postawili ultimatum - Irlandia bez północnej części, z ograniczoną suwerennością, albo dalsza wojna. Collins wiedział że jego kraj nie wytrzyma ciężaru wojny, więc zgodził się na ten wyważony pokój. Powstało Wolne Państwo Irlandzkie – brytyjskie dominium, którego głową był brytyjski monarcha. Traktat przewidywał, że rząd i parlament nowego państwa będzie składał przysięgę wierności postanowieniom Traktatu.
Wrócił do kraju, gdzie czekała na niego druga część prowokacji. Zaczął przeciw niemu ujadać de Valera i inni ludzie którzy wcześniej tak ochoczo wypychali go do Londynu. Deprecjonowano jego rolę w odzyskaniu wolności dla Irlandii, choć było to absurdem, zważywszy że sprawował wręcz dyktatorką władzę nad ruchem powstańczym. Mimo ciężkiej sytuacji i kampanii nienawiści udało mu się wygrać stosunkiem głosów 64 do 57 akceptację Traktatu.
Prowokator de Valera nie poddawał się. Podważał zasadniczość i legalność Traktatu, a w czasie kampanii wyborczej, nawoływał do upuszczenia krwi członkom rządu. Oczywiście chodziło o jego politycznego rywala. W Irlandii wygrał jednak rozsądek i w wyborach sukces odniósł Michael Collins i jego frakcja. De Valera, dążąc do zapowiadanego przez siebie w czasie kampanii rozlewu krwi, po raz kolejny nie uznał wyników głosowania. Ogłosił, że on i jego zwolennicy nie zajmą miejsc w nowym parlamencie i nie uznał władz Wolnego Państwa Irlandii za legalne. Kraj stanął na krawędzi wojny domowej.
Wojna, mimo ugodowości Collinsa i tak wybuchła. De Valera i jego ludzie rozpoczęli ją, atakując na gmach Czterech Sądów. Collins, nie nakazał natychmiastowego zmiażdżenia buntu, chciał bowiem uniknąć rozlewu krwi. De Valera nie był tak szlachetny i wydał rozkaz zamordowania byłego brytyjskiego szefa sztabu Henry’ego Wilsona. Wściekły Lloyd George zażądał od Collinsa natychmiastowej likwidacji sztabu IRA w gmachu Czterech Sądów grożąc, że jeśli nie zrobi tego Armia Narodowa, to zrobią to Brytyjczycy. To była oferta nie do odrzucenia, bo oznaczałaby ponowne użycie regularnych sił brytyjskich w sercu Irlandii i zrobiłoby z Collinsa na zawsze pachołka Korony. Collins w końcu zlikwidował gniazdo oporu. Tłumienie buntu prowokatorów szło dość sprawnie, ale de Valera czy raczej jego mocodawcy nie ustawali w trudzie. Otruli - bo jak inaczej nazwać śmierć Arthura Griffitha, prezydenta Rady Wykonawczej (rządu) Wolnego Państwa, który 12 sierpnia "doznał wylewu krwi do mózgu" i zmarł.
Collins, wokół którego zacieśniała się spirala śmierci, udał się do swojej rodzinnej okolicy, gdzie zginął, zabity przez ludzi de Valery. Czego szukał w tamtej okolicy? Zapewne chciał dogadać się z dawnymi towarzyszami, a dziś buntownikami w celu zawarcia ugody. Niestety, nie zrozumiał że ma przeciw sobie płatnych agentów obcego wywiadu, a w najlepszym razie ludzi głupich i zaślepionych. Został zastrzelony.



Komentarze
Pokaż komentarze