Wychowywano mnie na ciężkiego frajera: mam prawie sto lat, więc do niedawna wierzyłem w bociany, Mikołaja i uczciwość polityków.
Wierzyłem, że zło zostanie ukarane, a pan zbój otrzyma pedagogiczny cios w buraczany nos. Przy czym przez całą bajkę ohydny pan zbój wkurza, kogo się da, ma się bombowo, jest mu fajowo, korzysta z dobrodziejstw swojego łajdactwa, przebywa na totalnym luziku, robi wszystkim szydercze pa pa i zyg zyg, pławi się w luksusach, nie mówiąc o basenie z szampanem, i odgrywa faceta spoko, a dopiero na dwie sekundy przed końcem bajki, wydobywa się z niego coś w rodzaju cierpienia.
I te dwie sekundy mają mnie przekonać że istnieje sprawiedliwość. Proporcje są tu takie: centymetr kiełbasy na dwa metry gówna.
ps.
Wiara ta powstała skutkiem wbijania mi do mózgownicy, że naokoło mamy tylko plusy, że świat składa się z samych różowości, a jeżeli zdarza się syf i robactwo defiluje przez środek telewizora, gdy kamera rejestruje uczciwych szubrawców podczas modlitwy, to nie mamy do czynienia z rzeczywistością, ale z czymś na kształt snu.
Komentarze
Pokaż komentarze (1)