0 obserwujących
170 notek
165k odsłon
  265   0

MSZ na manowcach klientelizmu

Książka Piotra Zychowicza „Pakt Ribbentrop-Beck” wywołuje wiele emocji. Niewątpliwie wpływa na to fakt, iż książka nie ogranicza się wyłącznie do krytycznej analizy przyjęcia brytyjskich gwarancji, a buduje całą historię aż do końca wojny. Niemniejsze emocje powoduje także z powodu wywołania dyskusji dotyczącej współczesnej polskiej polityki zagranicznej. Właśnie w tym kontekście głos postanowił zabrać pan Jarosław Bratkiewicz z Ministerstwa Spraw Zagranicznych swym tekstem „Bez Ribbentropa, ale z UE i Republiką federalną”.[i]
 
Dyrektor Polityczny MSZ zgadza się z tezami Zychowicza (żeby była jasność, ja też się z nimi zgadzam) i nawet cytuje go obficie, niemniej mam wrażenie, że odnosząc się do współczesności nie wszystko zrozumiał. Mam wręcz poczucie, że próbuje on wykorzystać fakt, iż w potocznej świadomości książka „Pakt Ribbentrop-Beck” jest proniemiecka i jednocześnie uzasadniać działalność MSZ. Jego analiza, pełna zadufania i samozadowolenia, opiera się na dwóch w mojej ocenie bardzo wątpliwych fundamentach. Po pierwsze na przekonaniu o niemożności utrzymania się Polski, jako państwa podmiotowego, a po drugie na poglądzie, iż główną przesłanką modernizującą państwo jest współdziałanie z Niemcami.
 
Rezygnacja z podmiotowości
 
Zacznijmy od podmiotowości. Państwo suwerenne, podmiotowe czy mocarstwowe, niezależnie jakiego określenia użyjemy, to – powtarzając za dr Przemysławem Żurawskim vel Grajewskim – państwo, które nie jest niczyim klientem.[ii] Wydaje się, że punktem wyjścia analizy Zychowicza jest cytat z Jerzego Łojka: „W sytuacji europejskiej 1939 roku Rzeczpospolita Polska nie mogła już utrzymać się, jako państwo całkowicie suwerenne i musiała się związać z jednym z sąsiadów w taki sposób, który doraźnie pozbawiłby ją części terytoriów i ograniczył znacznie jej niepodległość”. Trudno się z tą opinią nie zgodzić. W 1939 roku mogliśmy w zasadzie tylko przebierać w „patronach”. Efekty wyboru Brytyjczyków skłaniają do tezy, że wybraliśmy złego. Niemniej warto zapytać, czy rok 1939 i 2012 jest naprawdę tak do siebie podobny? Jestem ciekaw gdzie pan Bratkiewicz widzi podobieństwo, skoro Republika Federalna to już nie jest III Rzesza. Dlaczego więc mamy rezygnować z podmiotowości? A jeżeli nie musimy szukać patrona, to skąd porównanie do 1939 roku?
 
Co ciekawe fakt rezygnacji z podmiotowości, w przemyśleniach Dyrektora Politycznego MSZ okraszony jest jednocześnie głęboką pogardą do polskiej tradycji. „Sanacja”, „Sarmacja”, „polityka jagiellońska” w wypowiedziach autora brzmią jak obelgi. Aż chciałoby się zapytać, czy aby przypadkiem, poprzez pracę w MSZ, nie reprezentuje on dziedzictwa Jagiellonów, Sarmatów i Sanatorów? Życie z takim bagażem musi być niezwykle ciężkie…
 
Nie przypadkiem jest jednak, że rezygnacja z podmiotowości wiąże się jednocześnie z krytyką tzw. „polityki jagiellońskiej”, czyli aktywnej polityki Polski w Europie Środkowej ze szczególnym zaangażowaniem pro-ukraińskim. Wynika ona z prostego wniosku, że Polska jest wstanie przeciwstawić się Rosji jedynie razem z całą Europą Środkową. Sami jesteśmy na straconej pozycji, a już szczególnie w sytuacji gdy Ukraina staje się klientem Rosji. Dlatego polityka jagiellońska czy może po prostu polityka strategicznego sojuszu polsko-ukraińskiego jest przekonaniem, że Ukraina ma dla Polski znaczenie fundamentalne i czy się to komuś podoba czy nie, w przypadku kryzysu, Polska powinna wystąpić w jej obronie, ponieważ jest to jednocześnie obrona własnej suwerenności, podmiotowości, mocarstwowości.[iii]
 
Niemiecka modernizacja
 
Drugim fundamentem myśli pana dyrektora jest przekonanie o niezbędnej modernizacji z zewnątrz. Pogląd ten zyskał już na prawicy miano modernizacyjnej kserokopiarki.[iv] Niemniej, aby obalić tezy autora spróbuję zastanowić się nad tym, czym modernizacja jest w istocie.
 
Już od czasów Platona porównywano państwo do człowieka, dlatego i ja skorzystam z tego schematu, aby objaśnić, o co chodzi. Można więc modernizacje porównać do wychodzenia z alkoholizmu, czy rzucania palenia. Nikt z zewnątrz tego nie zrobi. Trzeba się z tym zmierzyć samemu. Józef Bocheński pisał, że człowiek może się stać dobry tylko przez samowychowanie[v], podobnie i modernizacja państwa musi być wewnętrzna. Jej istotą jest doskonalenie rzeczywistości, w której żyjemy my, a nie oni. Modernizacja więc, ze swej istoty, nie może pochodzić z zewnątrz i konieczna jest „automodernizacja”. Modernizacja z Niemiec będzie się dokonywać bardzo wolno i jednocześnie nakładać na nas niemiecką tożsamość. Skutki będą mizerne. Zresztą już są: zostawmy Niemcy, zajmijmy się Platformą Obywatelską (to nie synonimy?).
 
Modernizacja państwa w wykonaniu rządu Donalda Tuska jest przykładem „antymodernizacji”, jest przykładem samozadowolenia i braku woli przeprowadzenia jakichkolwiek zmian.[vi] Aby mieć się czym „pochwalić” rząd mianem reformy określa już m.in. poniesienie wieku emerytalnego o dwa lata[vii], a przecież zmiana ta tylko przedłuża działanie niewydolnego systemu, a niemal w ogóle nie dotyka jego fundamentów. Platformersko-niemiecka modernizacja zaowocowała także tym, że prof. Leszek Balcerowicz postawił w centrum Warszawy licznik długu publicznego, a ekonomiści tacy jak Krzysztof Rybiński czy Stanisław Gomułka niemal nie przestają krytykować działalności rządu. A przecież oprócz niewydolnej gospodarki najpoważniejszym problemem współczesnej polski jest – żeby użyć klasycznego tytułu broszury Stanisława Koźmiana – bezkarność, a co za tym idzie faktyczne bezprawie, którego władza nie tylko nie stara się zwalczać, a w nim bezczelnie – jak pokazuje choćby afera hazardowa czy sprawa Amber Gold – uczestniczy. Za Tuskiem stoją już chyba tylko Ci, którzy uwierzyli, że „jak PiS dojdzie do władzy, to Macierewicz w skórzanym płaszczu będzie urzędował na Szucha”[viii].
 
Rzeczywista modernizacja państwa potrzebuje ludzi, którzy są tym państwem zainteresowani, potrzebuje ludzi gotowych do poświęceń. Mówiąc krotko modernizacja potrzebuje narodu. Modernizacji Polski nie zrobią Niemcy, nie zrobią jej też zakompleksieni wobec nich „politycy z Gdańska”. Rzeczywistą modernizację państwa mogą zrobić jedynie dumni ze swej tożsamości Wolni Polacy.
 
Realizm postkolonialny
 
Mam wrażenie, że tym, co może podsumować, jakże charakterystyczny sposób myślenia pana dyrektora Bartkiewicza, jest przypomnienie, że Polska to kraj postkolonialny. Niechęć do polskiej tradycji, upatrywanie Zachodu jako jedynego możliwego zbawienia – przecież to wszystko idealnie wkomponowuje się w Ziemkiewiczowską narrację.[ix] To właśnie klientelizm w sposób jaskrawy uwidacznia rzeczywisty charakter postkolonialnego kreola, który, co ciekawe, ciągle powołuje się na realizm. A czyż platformersko-niemiecki realizm nie sprowadza się przypadkiem do znanego skądinąd wezwania: „z bolszewikami nie walczyć”? Wydaje się, że właśnie do tego. Dokładnie ten okrzyk, w przestrachu i panice, wydali z siebie 10 kwietnia 2010 roku nasi postkolonialni realiści.
Lubię to! Skomentuj2 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale