0 obserwujących
27 notek
35k odsłon
  125   0

R. von Weizsäcker: O wojnie i pojednaniu

Dzień po wspólnym oświadczeniu polskich i niemieckich biskupów publikujemy rozmowę z Richardem von Weizsäckerem, Prezydentem Republiki Federalnej Niemiec w latach 1984-1994.

Jak Pan Prezydent ocenia stosunki polsko - niemieckie po II wojnie światowej?
 
Stosunki między Polską a Niemcami po II Wojnie Światowej odgrywały dla nas Niemców rolę ważną, a jednocześnie - w sposób zrozumiały - trudną. Żaden inny kraj nie cierpiał z powodu wojny tak strasznie jak Polska. To oddziaływało na stosunki w sposób szczególnie obciążający - jak można było znaleźć drogę do jako takich normalnych stosunków? Kolejną trudnością był podział państwa niemieckiego – istniały wówczas dwa niemieckie państwa. Z jednej strony NRD, będąca sąsiadem Polski. Tam nawiązanie ponownych stosunków z Polską były niejako nakazane z centrali sowieckiej, ale nie do końca realizowane przez ludzi. Niemcy Zachodnie, dawna RFN, musiały natomiast ze swojej strony znaleźć własną drogę do Polski – i ta droga była szczególnie trudna. Ponieważ byliśmy obciążeni nie tylko rozpoczęciem wojny przeciwko Polsce, nie tylko licznymi przestępstwami związanymi z wojną, ale też musieliśmy ponieść kary z powodu wojny. Z naszymi zachodnimi przeciwnikami wojennymi, przede wszystkim z Francją, pogodziliśmy się stosunkowo szybko. Wynikało to z tego, że na zachód od Niemiec konsekwencje jakie spotkały naród niemiecki za wywołanie II wojny światowej nie były tak silnie odczuwalne.  Poza tym tuż po wojnie Francja chciała wraz z Niemiecką Republiką Federalną, to znaczy wewnątrz Paktu Atlantyckiego, przyjąć wspólne stanowisko wobec zimnej wojny. Zupełnie inaczej było w przypadku Polski. Polska została zajęta przez ZSRR i niejako przesunięta na zachód. I  Niemcy zostały przesunięte na zachód. Miliony ludzi, po polskiej jak i niemieckiej stronie, musiało uporać się z osobistym i prywatnym cierpieniem, które było z tym związane. Zajmowało nas to przez dziesiątki lat.
 
Jakie jest zdaniem Pana Prezydenta znaczenie Kościoła  w normalizacji stosunków polsko-niemieckich?
 
Mówię tu w imieniu Niemiec Zachodnich. Byliśmy normalną republiką demokratyczną. I nie było łatwo wytłumaczyć wyborcom, dlaczego i w jaki sposób nawiązanie stosunków z Polską miało dla nas tak decydujące znaczenie. Zanim partie polityczne rzeczywiście wystąpiły z programem dotyczącym tego obszaru, to właśnie Kościół był w głównej mierze tym, który szukał kontaktu [z Polską – red.], ten kontakt tworzył, a także przedstawiał opinii publicznej w Republice Federalnej Niemiec pierwszy poważny koncept dyskusyjny. I starał się wyjaśniać Niemcom, dlaczego jest  to tak potrzebne i możliwe.Główna trudność leżała w mylnym przekonaniu milionów ludzi, którzy stracili swoją ojczyznę, że może pojawi się możliwość powrotu do dawnej ojczyzny, zarówno dla Niemców jak i Polaków. To było błędne przekonanie. I publiczne kwestionowanie tego typu myślenia stanowiło zadanie, które postrzegaliśmy w Kościele chrześcijańskim za szczególnie ważne. Należało definitywne zatwierdzić nową zachodnią granicę Polski, granicę na Odrze i Nysie i na tej podstawie szukać kontaktu z Polską. Należy zwrócić się tutaj z wdzięcznością zarówno do polskich katolików, jak również do drugiej strony: u nas inicjatywy szukaliśmy najpierw po stronie protestantów, po stronie Kościoła Ewangelickiego i - mam nadzieję - znaleźliśmy ją. Przez niektórych katolików byliśmy może postrzegani jako heretycy. Ale to nie zmienia faktu, że razem opierając się na wierze chrześcijańskiej można było szukać dróg porozumienia.Nam, protestantom nie było wcale łatwo znaleźć w Polscepartnera do rozmowy. Miałem osobiście kontakt z kardynałem Wyszyńskim. Ale będąc protestantem nie było łatwo zostać zaakceptowanym przez kardynała jako wiarygodny partner do rozmowy. Ale myśmy w naszych działaniach przede wszystkim kierowali się do obywateli własnego kraju. Apelowaliśmy zwłaszcza do naszych partii politycznych. One musiały uczynić owe kwestie podstawą swoich programów. Musiały uczynić ten trudny krok, nawet jeśli  w danym momencie nie było to popularne w Niemczech Zachodnich:  uznać granicę na Odrze i Nysie. To był warunek, by w ogóle móc mówić o podjęciu stosunków dyplomatycznych z Polską. W tym celu 5 lat przed podpisaniem układu w Warszawie w 1970 r. napisaliśmy jako Kościół Ewangelicki Memorandum i za jego sprawą wywołaliśmy u nas w kraju żywą dyskusję. I uważam, że to pomogło w decydujący sposób.
 
Skąd zatem idea tzw. Memorandum Wschodniego Kościoła Ewangelickiego Niemiec?
 
Jako przedstawiciele Kościoła byliśmy zobowiązani do tego, by szukać dróg do pokoju i porozumienia. Nie mieliśmy mandatu politycznego, nie przysługiwały nam według konstytucji żadne uprawnienia wykonawcze; ale udział w dyskusji publicznej był pod wieloma względami łatwiejszy dla przedstawicieli Kościoła niż dla ludzi posiadających  mandat polityczny. Ale nie chodzi tylko o to, że było łatwiej, to był nasz obowiązek. To jest także zadanie chrześcijanina, tak katolika jak i protestanta. Utrata dawnej ojczyzny była trudna do zaakceptowania zarówno dla Polaków, jak i Niemców. Zwykły człowiek nie czuł się jako osoba odpowiedzialny za przestępstwa, które zostały popełnione przez rząd czy w obozach koncentracyjnych. On niewiele o tym wiedział. Myślę, że partie polityczne były koniec końców zadowolone i wdzięczne za to, że dyskusja na ten temat rozpoczęła się od strony nie-politycznej. I że wywodziła się z przekonania głęboko związanego z wiarą chrześcijańską, jej obowiązkami i możliwościami.
 
Jak ocenia Pan Prezydent reakcję społeczeństwa polskiego na Memorandum?
 
Nie mogę oddać tego szczegółowo z własnego doświadczenia. Poprzez nasze Memorandum – jak już mówiłem – kierowaliśmy się  głownie do naszego społeczeństwa. Potem nawiązaliśmy kontakt z Centrum Ewangelickim w Warszawie. Nie było to zbyt łatwe, ponieważ chrześcijanie ewangeliccy są w Polsce zanikającą mniejszością. Reakcja w Polsce nie była z początku  entuzjastyczna. Politycy nie byli dla nas partnerami do rozmowy, a w przypadku Kościoła katolickiego trzeba było usprawiedliwić się najpierw, że było się protestantem, a nie katolikiem. Ale mówię to raz jeszcze – głównym adresatem było nasze społeczeństwo. Chodziło o to, by przygotować grunt ku temu, by nasze polityczne instancje, nasz parlament, nasz rząd mogły zrobić krok w kierunku Polski. Im częściej do tego dochodziło, tym bardziej pozytywna była reakcja polskiej strony. Ja sam byłem w Warszawie dopiero w roku 1970, zostałem tam zaproszony, ponieważ pracowałem na rzecz przyjęcia układu PRL-RFN. Robiłem to nie tylko jako chrześcijanin ewangelicki, ale też jako deputowany Bundestagu. I już wówczas można było zauważyć bardzo wyraźnie, że inicjatywa Zachodnich Niemiec była [w Polsce – red.] przyjęta z wdzięcznością i mądrze.
 
Jaką rolę w uregulowaniu stosunków polsko-niemieckich odegrał biskup Bolesław Kominek?
 
Nie poznałem go osobiście, ale odbieram jego inicjatywę jako coś o rozstrzygającym znaczeniu. To był czas II Soboru Watykańskiego. Byliśmy dobrze poinformowani o dyskusji jaka tam się toczyła i byliśmy szczęśliwi widząc, w jakim kierunku podążali ówczesny papież oraz uczestnicy soboru. Na II Soborze Watykańskim odczuwalna była również pewnego rodzaju miłość do chrześcijan na całym świecie. Uwypuklił się charakter ekumeniczny, który jawił nam się jako bardzo ważny. A potem była inicjatywa biskupa Kominka – inicjatywa Orędzia, którą polscy biskupi wystosowali do ich niemieckich współbraci na koniec Soboru. To była prawdziwie szczęśliwa chwila. Wy wiecie lepiej ode mnie, że było to wyjątkowo odważne, kiedy biskupi polscy powiedzieli: „przebaczamy i prosimy o przebaczenie”. Polscy biskupi musieli z tego powodu przyjąć u siebie w kraju coś więcej niż tylko krytykę ze strony politycznej. Jak to? Za co my, Polacy mamy przepraszać? Czy naprawdę  mamy przebaczyć? To, co biskupi wypowiedzieli, było decydujące dla całego procesu porozumienia, który doprowadził do roku 1970 i potem do konferencji w Helsinkach w 1975 r. Jesteśmy i pozostajemy pełni szacunku i wdzięczności dla tej inicjatywy.

Dlaczego doszło do normalizacji stosunków dopiero w 1970 r.?
 
Muszę jeszcze raz przypomnieć, że Niemcy Zachodnie, RFN nie były sąsiadem Polski. Postrzegaliśmy Polskę jako część Układu Warszawskiego. Jak sądzę, Polska należała wprawdzie do zwycięzców II wojny światowej, ale to była naturalnie krytyczna sytuacja, należeć do zwycięzców, jeśli zostało się jednocześnie uzależnionym od Moskwy. To, że stosunki między Rosją a Polską w czasie długoletniej historii nie były wcale łatwiejsze niż stosunki między Polską a Niemcami, wiemy wszyscy. Jako Niemcy Zachodnie, będące członkiem powstającej Wspólnoty Europejskiej, jak również członkiem Paktu Transatlantyckiego, braliśmy udział w zimnej wojnie. Tam chodziło przede wszystkim o kwestie bezpieczeństwa, kwestie relacji pomiędzy ZSRR a Zachodem. Poza tym istniały również specyficzne czysto ludzkie – i jako ludzkie zrozumiale trudne - obciążenia, które musiało przeboleć tak wielu Niemców jak i Polaków, którzy utracili swoją ojczyznę. Miliony ludzi były dotknięte tym poprzez swój osobisty los. To nie dotyczyło żadnego innego kraju, który w czasie II wojny światowej również był przedmiotem niemieckich ataków . Trwało to długo, ale w końcu doszło - jak sądzę -  do mądrego i uczciwego rozwiązania tego problemu. Byłem ostatnio nad Nysą, na polsko-niemieckiej granicy. Tam prowadzi przez rzekę - Nysę mały most. Razem z moją żoną i burmistrzem małego miasteczka po zachodniej stronie Nysy [Zgorzelca – red.] przeszliśmy przez ten most i zostaliśmy przyjęci przez burmistrza polskiego miasteczka. Pochodził z Ukrainy [dawnych Kresów Wschodnich – red.], a jego niemiecki kolega ze Śląska. Oboje wiedzieli, co to oznacza dla ich rodzin. Wiedzieli też i czuli, co to oznacza dla nich jako burmistrzów owych miasteczek. I stąd też było im łatwiej znaleźć porozumienie. Kiedy jakiś człowiek spotyka drugiego człowieka, który przeżył w swoim życiu coś podobnego, coś trudnego – z kimś takim łatwiej jest się porozumieć. To był naprawdę wspaniały człowiek, ten, który nas ugościł. Powiedział jeszcze: „kiedy przyjmujemy tak piękne odwiedziny z Niemiec, nie zamawiamy ciasta u piekarza, tylko pieczemy je sami w domu”.
 
Jakie wrażenie zrobiło na Panu Prezydencie zdanie „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”?
 
Orędzie, które polscy biskupi z inicjatywy Kardynała Kominka skierowali do nas na koniec II Soboru Watykańskiego, było nowym otwarciem. Umożliwiło w końcu instancjom odpowiedzialnym politycznie pójście o krok dalej i oparcie się na tym, że ma się nie tylko obowiązek i głębokie pragnienie porozumienia, ale też, że znajdzie się po polskiej stronie pozytywny odzew. Dlatego jesteśmy mu całe życie wdzięczni.
W Niemczech Zachodnich  czekaliśmy z uwagą na to, co odpowiedzą niemieccy biskupi. To nastąpiło, trochę to trwało, ale nastąpiło. I z należytym respektem wyrażono wdzięczność za te słowa polskich biskupów z końca II Soboru Watykańskiego.
 
Co skłoniło Pana Prezydenta do zaangażowania się w politykę?
 
W roku 1939 miałem 18 lat. Miałem właśnie do odbycia służbę wojskową.1 września 1939 roku byłem normalnym niemieckim rekrutem i zostałem wysłany na wojnę. Przybyliśmy w pewną okolicę, do wsi Klonowo – pamiętam to dobrze, ponieważ w drugim dniu wojny, 2 września 1939 r., straciłem tam mojego brata. Poległ tam. Sam go pochowałem. W drugim dniu wojny. I to zadecydowało naturalnie o całym moim życiu. Moja siostra wyszła za mąż w okolicy Kaliningradu, Königsbergu, w miejscu dzisiejszej granicy między Rosją a Polską. Brat mojego ojca był profesorem we Wrocławiu, mieszkał tam wraz z rodziną. Jednym słowem: cała moja rodzina była żywo dotknięta wojną przeciwko Polsce. Tym bardziej po zakończeniu II Wojny Światowej – po tym, jak dzięki szczęśliwym zbiegom okoliczności mogłem wrócić do domu - odczuwałem potrzebę przyczynienia się do tego, aby tak straszne czyny nie powtórzyły się już nigdy. Uważałem to za zadanie mojego pokolenia. Młodzi ludzie byli wówczas powoływani na wojnę i tak przerażająco mało wiedzieli cokolwiek o polskiej historii, polskiej kulturze. Oczywiście – muzyka, literatura... Ale o polskiej historii wiedziano tak mało. To jest zadziwiająca sprawa: Polacy zawsze wiedzieli więcej o niemieckiej historii niż odwrotnie, a Niemcy wiedzieli więcej o francuskiej historii niż odwrotnie. To była zadziwiająca wschodnio-zachodnia dysproporcja. To należy przezwyciężyć i zrozumieć polską historię i na tej bazie rozpocząć historię nową, nie skierowaną przeciwko komukolwiek, nie tak, by na przykład łączyć się z Polską przeciwko Rosjanom. Chcemy uczyć się z polskiego doświadczenia, z polskiej historii w Unii Europejskiej czy Pakcie Atlantyckim.
 
Z Richardem von Weizsäckerem rozmawiali Joanna Giel i Wojciech Kucharski
Pełna wersja rozmowy została opublikowana w kwartalniku "Pamięć i Przyszłość" nr 1/2009 
 
Lubię to! Skomentuj10 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura