Bez względu na to, czy były naciski polskiego MSZ-u na Andżelikę Borys, aby ustąpiła ze swojego stanowiska po to, aby polepszyć stosunki z białoruskim reżimem, czy ich nie było, przewodnicząca Związku Polaków na Białorusi z całej sytuacji wychodzi w niezbyt korzystnym świetle. Dlaczego?
Na Białorusi działają dwa polskie związki – jednemu przewodniczy Andżelika Borys (nie jest on uznawany przez Białoruś), a drugiemu Józef Łucznik (ten z kolei nie jest uznawany przez Polskę). Ostatnie lekkie ocieplenie w stosunkach z naszym wschodnim sąsiadem pokazuje, że co najmniej po jednej stronie jest wola do tego, aby związki połączyć. To wydaje się być bardzo logiczne. Wszak chodzi o Polaków, których żyje tam ok. 400 tysięcy (tak przy okazji – w ZPB skupionych jest ledwie 20.000). Taki zunifikowany związek, który ma akceptację Polski i Białorusi mógłby naprawdę pożytecznie i skutecznie działać na rzecz Polonii.
Jednak wypowiedziane wczoraj słowa Andżeliki Borys o tym, że w żadnym wypadku nie może dojść do zjednoczenia ze „sterowalnym przez władze białoruskie ZPB” nie zabrzmiały dobrze. Można w nich usłyszeć – „nie obchodzi mnie tamten związek, liczy się tylko mój i ja jako jego prezes”. Trochę to chyba za buńczuczne. Przecież w tym drugim też działają zwykli Polacy, którym akurat polityka nie w głowie. Najrozsądniejsze wydaje się więc w tej trudnej sytuacji połączenie obu związków, wybranie akceptowalnego przez obie strony prezesa i działalność dla i na rzecz Polski i Polaków.
Andżelika Borys sprawia jednak wrażenie, że woli uprawiać politykę na pięknych salonach. Z sobą w roli głównej.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)