Trochę to zajęło, bo dość, że się rozchorowałem, za mało śliwkiJ, to jeszcze nie wiedziałem jak się do tego zabrać. Przyznam, że namieszał mi najbardziej Adaś@Tezek. Miałem grzecznie, w formie podziękowań, a tu A@T zachęcił do ciemnej strony księżyca. Gniewko dorzucił „jaja jak arbuzy”, Yankee podpuścił „łagodny i miły chłopak”. Do tego przeczytałem wpis Azraela dotyczący imprezy i „ślag trafił babcyne gęsi” - popaliły mi się kontrolki. No to ładnie nie będzie. Znaczy będzie ale nie wszystko, bo nie mam zamiaru w cycki się szczypać jeśli ktoś dał ciała i unika zdemaskowania tylko dzięki uprzejmości i klasie reszty obecnych na spotkaniu. Nie może być tak, że takt i opanowanie ludzi czasem poszkodowanych (np. oblanych alkoholem z rozbitej flaszki) powoduje, iż czerwienieją krzycząc wewnętrznie (jak kot Tom z przytrzaśniętą, przez złośliwą mysz, łapą 2 minuta 15 sekunda filmu), uciekając jednocześnie z miejsca zdarzenia zamiast zbierać szkło (którego sprawca wydawał się nawet nie zauważać), żeby nie sprawić kłopotu gospodarzowi i nie ukręcić łba przy samej dupie sprawcy. (przepraszam serdecznie i z góry Xsiężną, bo choć obiecałem „ekologicznie” to walka z przyzwyczajeniem wymaga okresu przejściowego, ochronnego, i o taki jednocześnie wnoszę) .Krótko mówiąc tytuł vice redneck’a zobowiązuje – odrzucam polityczną poprawność i jedziemy wg zasług. Kolejność opisów jest przypadkowa lub zgodna z czasem spotkania.
Gniewko – jak napisał, spotkanie nasz miało miejsce w Krakowie na parkingu. Siedział, a raczej drzemał. Podchodząc cichutko byłem pewien jego zaskoczenia moją obecnością – świadczył o tym naruszony karton soku pomidorowego u stóp. Nawet przeszło mi przez myśl, że w pierwszych słowach zażądam okazania dokumentu tożsamości – jak policjant. Sądząc po jego stanie miałem spore szanse na sukces. Pozostałem jednak przy taktownym – „nie śpij bo Cię ukradną”. Gniewko, że tak powiem, okazał się dokładnie taki jak sobie go wyobrażałem... taka prawda. J))) To znaczy raz mnie zaskoczył. Raz spodziewałem się po nim zupełnie czegoś innego niż zaprezentował J)) He He. Dwoma słowami – śfarny chop.
Marta W. – w aucie trochę milcząca, delikatną drzemką okazywała mi zaufanie jako kierowcy. Wszyscy ożywili się znacznie po postoju nad brzegiem uroczego jeziorka w Sielpi Wielkiej (świętokrzyskie). Zatrzymaliśmy się na papierosa. Chwila rozmowy o numerze 112 (hobby Gniewka) i jak wspominał Gniewko odnaleziony panel do radia, dała nam nowe siły do dyskusji. Mieliśmy jeszcze na postoju incydent: już pakowaliśmy się do auta, kiedy w naszą stronę zaczął biec jakiś miejscowy. Sobota, koło 12 – pomyślałem, że stopowicz. Facet okazał się być kompletnie pijany, z dużymi przekrwionymi gałazami. - „macie mohhe słotuffke”. Znany z grzeczności odburknąłem, „a na co?” – „na kafee”. Moja odpowiedź, godna vice redneck’a, nie nadaje się na salon....ale, ale wracając do Marty - dzięki niej do końca życia pamiętał będę jak pisać „by” z czasownikami. Dziękuję jej również za otwartość i miłe przemilczenie moich „ niezbyt ekologicznych” wyrażeń.
Follow, Jull – każdemu blogerowi z osobna można poświęcić osobny post. Spotkałem ich w tym samym czasie, zawiedziony ku nim przez Gniewka i Martę – nawiasem mówiąc to dzięki tej dwójce „łagodniej wszedłem w klimaty i ekipę”. Follow i Jull zaprosili nas do swojego mieszkania, poczęstowali Internetem, pyszną, ręcznie zdaje się mieloną, kawą oraz cukrem z przepięknej srebrnej cukiernicy - przepięknej. Kawiarenka internetowa zyskała nową definicję J Kawa ....hmm... dzięki cukiernicy rzekłbym nawet z duszą J Mieszkanie wypełnione książkami, pięknymi zdjęciami i dwa koty od razu daje do zrozumienia, że jego właściciele to bogate i nieprzeciętne osobowości. Śliczne portretowe zdjęcia Jull to jasny przekaz Follow’a. Fantastyczni ludzie. Mało tego – mnie vice redecka – odchamili znacząco kulinarnie, zabierając do naleśnikarni. Tam, ja, bidny prowincjusz, doświadczyłem naleśnika z boczkiem i sosem czosnkowym. Dla mnie naleśniki kończyły się na serze i konfiturach :) a tu taki wypas... nawet „Czarny Cygan” (składu nie pamiętam) znalazł się w menu, co zresztą dało przyczynek do ciekawej rozmowy – o tym później ...
Pijany Inkwizytor - to nick, który swoją przewrotnością wywołał u mnie szczery uśmiech. Facet ciągle uśmiechnięty i zdaje się nawet na necie daje temu wyraz komentując niektóre posty czystym i wymownym „;)” . Obśmialiśmy się strasznie przy naleśnikach. Zwłaszcza z wynalazku dla kobiet, o którym poinformował nas Tatarstan. Za to obśmianie muszę przeprosić Follow’a – którego dręczyłem śmiechem, pomimo jego próśb „ugh, ugh ..przestań..”. PI spodobał mi się jeszcze bardziej, kiedy na imprezie bez żadnego wstępu „wyzwał” grzecznie, świeżo przybyłego, Rybitzky’ego na pojedynek słowami „co sądzisz....”. Takie słowa w ustach raz Pijanego, dwa Inkwizytora były chyba wielkim zaskoczeniem dla Rybitzky’ego bo wydusił z siebie „yyyyy” - dalszej części pojedynku nie słyszałem wywołany przez „obowiązki”.Podsumowując – rezerwuję sobie czas do pogadania na następnej imprezie J
Tatarstan – hmmm... chciałbym oddać pełnię wrażeń, ale z racji prośby Tatarstana muszę skupić się na faktach pozaosobowych J - czyli wiadomo – nalewka. W ślicznej butelczynie, z superowym koluchem na palca, o bardzo miłym i niewinnym zapachu. Skład znam, ale rozkazu publikacji nie było.... Największa kicha imprezy, oczywiście dla mnie, to fakt, że nawet kropelki tego trunku nie uświadczyłem...ale do tego wrócę. Jak wspominałem w naleśnikarni - tu należy się wtrącenie, że poszliśmy tam sporą ekipą - odnalazłem pozycję w menu „Czarny cygan”. Głośno to skomentowałem, że nie rozumiem tego wyszczególnienia, bo przecież każdy Cygan jest czarny przecież – taki żart. Na to Tatarstan zareagował uwagą, że zdarzają się bardzo zaskakujące „domieszki krwi” podając nawet przykład – faktycznie zaskakujący – gdzie poza krwią romską znalazła się również żydowska. Hitem pobytu w naleśnikarni była informacja Tatarstana o wynalazku dla kobiet – pończochy w „sprayu”. Nie wiem dlaczego, ale od razu zaczęliśmy się zastanawiać jak by wyglądał napad na bank w takich pończochach J. To już wywołało śmiech i kłopoty z przełykaniem spożywanych naleśników, ale prawdziwe zagrożenie życia wywołało pytanie czy są też w sprayu tzw. „antyseksy, znane też jako antygwałty, z imitacją obfitego zarostu”. Dla niewtajemniczonych wyjaśniam, że chodzi o rodzaj pończoszanych podkolanówek, które zauważone przez zdrowego faceta powodują impotencję na kilka dni. Mało tego, nie trzeba widzieć tych podkolanówek live- wystarczy czasem widok charakterystycznego „odcisku” na nodze ściągacza tychże, aby wyobraźnia załatwiła resztę jak wyżej. Ten temat prawie „udławił” niektórych więc został zarzucony bez dalszego wnikania. Tak to Tatarstan dbał o naszą edukację J. Zastanawiam się jak podsumować moje spotkanie z Tatarstanem, ale chyba nie da się, ot tak, po prostu. Może tak, chciałbym, aby każdy był tak zaangażowany w to co robi, tak identyfikował się z firmą – w pojęciu szerszym niż zbiór osób – i w tak elegancki sposób kończył nieprzyjemną z jego perspektywy rozmowę. Za ukłon, rękę na sercu i stwierdzenie „zatem rozmowę uważam za zakończoną..” (mogłem niedokładnie zacytować) wielkie uznanie. Żadnych inwektyw, czysto i z klasą – cieszę się, że mogłem kogoś takiego poznać.
Baltazar – kolejna osoba poznana w mieszkaniu Follow’a i Jull. Cichy, spokojny i od razu mi przypasił – po powrocie z naleśnikarni zaproponował winko. Odparłem, kurtuazyjnie, onieśmielony pierwszymi krokami w takim towarzystwie, że i owszem, delikatnie, na spróbowanie. Facet w mig mnie prześwietlił i nalał jak chłopu dając do zrozumienia, że nie mam wyglądu tego co pija „na spróbowanie”. Prorok jaki czy co?? J. Na imprezie niestety losy i tłumy jakoś nas rozdzieliły, więc zbyt dużo nie gadaliśmy, ale o tym, że chop jest swój, świadczą co najmniej dwie rzeczy: robi pyszny smalczyk (kto dotrwał wie) i posiada unikalną cechę zwiększania „spokoju” wraz z pochłoniętymi promilami. Nie wyobrażam sobie Baltazara wyprowadzonego z równowagi. Klasa Baltazar i pozdrawiam. PS. Jak mogłem zapomnieć – Baltazar za tekst „aaa, to ten blog o modzie tak???” powinienem Cię usiec ciupagą – popłakałem się, posmarkałem nawet chyba, nie mówiąc o tym, że podpadłem Rode jak nic J))))
Pani K. – no cóż. Anioł kobieta. Jeśli ktoś ma wątpliwości to proszę zamknąć oczy i wyobrazić sobie u siebie w domu taką gromadkę. Nie będę się więcej rozpisywał, bo pomimo, iż K. weszła w nasze życie blogerów – znaczy bardziej my w jej życie Pani domu – to należy się jej milczenie przez szacunek dla prywatności. W każdym razie czuję się uprzywilejowany i zaszczycony możliwością poznania. Pozdrawiam serdecznie przepraszając jednocześnie, iż nie zapanowałem nad tym, nad czym powinienem. Ten błąd więcej się nie powtórzy, choć mam nadzieję, że po moim wpisie nawet okazji do jego popełnienia nie będzie.
Krzysztof Leski – wiadomo...
Basia – miała dziopa najszybsze oko na imprezie. Wyłapała w mig oznaki moich przegrzanych bezpieczników. Śfarno babka – miło było ją poznać.
Kot G. – to też część sfery prywatnej Krzysztofa i Pani K. ale nie sposób przemilczeć jego zachowania. Otóż proszę sobie wyobrazić ponad 50 osób, które rozmawiają stojąc, a w tym samym pokoju, na wersalce, w centralnej jej części, śpi sobie spokojnie kot. Nic sobie nie robił z tłumu i hałasu. Prawdziwy twardziel. Jak wychodziłem rano żył – to też sukces przy tylu potencjalnych „deptających”.
Jerzy Maciejowski – uśmiechnięty facet z wąsem. Przyjaźnie nastawiony i choć nie miałem większej sposobności porozmawiać to właśnie jako miłego faceta go zapamiętam. Dodam jeszcze, że podobno Jerzy pomagał przygotować kwaterę na nasze przybycie – dziękuję zatem i pozdrawiam.
Barracuda – publiczna prośba na moim blogu o wycięcie zdjęć jest dość wymowna i nie będę tej kwestii więcej komentował. Rozumiem stres związany ze spotkaniem wszystkich tych „Nicków” na żywo i chęć dobrego wypadnięcia, ale trzeba nad tym panować. Brak opanowania jawił się w dość ciężkich dowcipach – niektóre były po prostu niegrzeczne. Żart z Politico mógł się skończyć dość nieprzyjemnymi konsekwencjami i to nie bynajmniej dla Politico. Stojąc trochę dalej całą sytuację musiałbym zinterpretować tylko i wyłącznie na podstawie obrazu (wasza różnica kategorii wagowej, czyje ręce trzymają kogo) a to by poskutkowało podjęciem radykalnych kroków zaradczych. Proszę mi wierzyć, wtedy tłumaczenie, że to „żart” byłoby nieuwzględnione. „Zwalam” te małe wpadki na wspomniany stres i zamykam temat.
Ustronna – hm.. nie wiem czym sobie zasłużyłem sobie na tak miłe przez nią traktowanie, ale dziękuję. Chętnie pogadałbym dłużej, ale rój facetów skutecznie uniemożliwiał nawet zbliżenie się. Ustronna stała się centralną i klops..... J Może uda się dłużej porozmawiać na kolejnym spotkaniu. Wielkie uznanie za przylot specjalnie na spotkanie.
Galopujący Major – hm...odpuściłem sobie gościa. Nie miałem prawa zajmować jego cennego czasu. Tyle osób, z ważnymi sprawami, na niego polowało, że nietaktem z mojej strony byłoby wtrynianie się z jakąś trywialną pogaduszką. Mogę natomiast powiedzieć, że miał najlepsze wejście. Bez zbędnych ceregieli, oznajmił głośno i wyraźnie „tu jestem”. Jak na oficera przystało. Możliwość pogadania nastała pod koniec imprezy. Zdążyłem mu tylko opowiedzieć o sądeckim zwyczaju grania w piłkę w nowy rok – na śniegu i o grającym trójnogim piłkarzu. Chłopak nie ma jednej nogi, a pomimo to gra, o kulach – co tam gra, kiwa się na śniegu prawie jak pełnosprawny. Nie mogłem wyjść z szoku, jak go pierwszy raz zobaczyłem. Myślałem, że przyszedł kibicować, a ten hasał po śniegu jak dzika łosza. Właśnie sobie uświadomiłem, że powinienem to nagrać i puścić w Youtube. Galopujący to czysta koherencja netu z realem. Żadnej ściemy i zagubienia. Szacuneczek i do następnego spotkania
Budyń 78 – „Jak przeczytałem jeden Twój wpis, to strasznie się z nim nie zgadzałem, ale jak zobaczyłem Hetfield’a obok, to pomyślałem, że to niemożliwe żebyś miał złe intencje, że koleś który ma na blogu jego zdjęcie musi być generalnie w porzo..” – to luźny cytat z Budynia78. Po pierwsze - tą wypowiedzią Budyń zadał kłam stereotypowi wojny Metali z Punkami. J. Po drugie – już uwielbiam faceta, bo myśli zanim odpisze. Zadał sobie trud zastanowienia się chwilę, a to bezcenne w tych czasach na necie. Miał tam podobno jakąś wpadkę na imprezie, ale ja nic o niej nie wiem J Dla mnie pozytyw.
Rode - J no podpadłem kobiałce jak nic. Wszystko przez Baltazara, staliśmy w trójkę, kiedy ten spokojny człowiek - dowiedziawszy się, że Rode zawiaduje blogiem „wkur.. guzika” – postanowił zażartować: „aaa, to ten blog o modzie tak???”. No i tu poległem. Nie mogłem opanować śmiechu, a na dodatek oczami wyobraźni widziałem jak Baltazar ginie w męczarniach, masakrowany przez Rode, bo ta chwilkę wcześniej powiedział mi, że jest feministką hard. Przeliczyłem się jednak z „życzeniem śmierci” dla Baltazara. Wzrok Rode utkwił na mnie i musiałem salwować się ucieczką. Ogólnie mówiąc konkretna, zdrowo rozsądkowa kobitka z uśmiechem na twarzy.
Xsiężna – to poezja... Xsiężna stoi w przedpokoju, do którego właśnie wchodzi A@T. Na piersi Adama naklejka z jego imieniem. Ktoś zauważa brak Tezeusza. „Gdzie Tezeusz” pada pytanie. Adam odpowiada „tam” – wskazując dżentelmena z naklejka „Tezeusz”. Ale powinien być tu – zauważa ktoś, wskazując wolne miejsce na naklejce z imieniem „Adam”. „Ale jest tam” – dalej upiera się Adam. Na taki rozwój wypadków wchodzę ja i chcąc błysnąć zagaduję: „Ja Państwa pogodzę, Adam - Adamem, Tezeusz – Tezeuszem, ale gdzie jest małpa???”. Riposta od Xsiężnej pada błyskawicznie: „Małpa? Małpa jest w czerwonym...” – odpowiedziała ze stoickim spokojem. Skasowany podkuliłem ogon i postanowiłem unikać, bo szanse na kolejne skasowanie, z moim obyciem, miałem wielkie J. Poważnie mówiąc wielkiej klasy osobowość. Dyscyplinowała na każdym kroku moje redneck’owskie zapędy lingwistyczne, prosząc o „ekologiczne” wysławianie się. Odmówić nie mogłem, zwłaszcza, że każda taka prośba poprzedzona była miłym „markizie” lub innym nobilitującym mnie tytułem. Xsiężna widać wie, co w człowieku siedzi J
Rolex – nie dość, że przyleciał specjalnie z Wielkiej Brytfanki, to jeszcze przywiózł ze sobą kulturę, spokój i wygląd agenta JKM. Nie mieliśmy wiele okazji do pogawędek ale nadrobię to przy najbliższej okazji.
Adam@Tezeusz – siła spokoju. W porządku facet, do którego docierają argumenty i można go nimi odwieść od konfrontacji. Prowokowany po chamsku zachował spokój i trzeźwość umysłu. Sądząc po warunkach fizycznych odmówił sobie niewątpliwej przyjemności zadyndania nogami „zadymiarza” jakiej 20 cm nad ziemią. Patrząc mu w oczy wiedziałem, że nie muszę go w żaden sposób kontrolować (o mojej roli na imprezie na końcu), po tym jak mi powiedział „ok. spokój. Nie ma sprawy...”. Wielkie dzięki i szacunek za referencyjną klasę. Myślę, że przyjdzie jeszcze czas na dłuższa rozmowę i spokojne nacieszenie się resztą towarzystwa zamiast rozglądania się „co jeszcze....”
Tezeusz – brawo! Jak dla mnie super facet z prostego powodu: zależy mu. To taki Miodek Salonu24. Zależy mu na DYSKUTOWANIU – czego przejawem powinna być maniera blogera do odpisywania na komentarze pod swoim postem. Wciągnął mnie do właśnie takiej dyskusji z profesorem Sadurskim. Poprosił o opinię mnie, ponieważ zauważył, czym miło połechtał, że zadaję sobie trud (?) odpowiadania. Wyraziłem się więc dość obrazowo: odpowiedzi – oczywiście, post bez odpowiedzi do komentarzy to wg mnie masturbacja intelektualna. Poza tym odpowiedzi, to przejaw szacunku dla tych, którzy nie dość przeczytali, to jeszcze uważają autora za kogoś z kim warto podyskutować. Oczywiście podniesiona została sprawa troli i innych utrapień, które skutecznie zniechęcają do zaglądania pod kreskę i odpowiadania. Profesor, odniósł niesłuszne wrażenie, że oczekujemy od niego odpowiedzi tym właśnie osobnikom a ich brak uważamy za wadę – od razu więc odpowiedziałem, że musi mieć trochę więcej zaufania do „czytelników”, bo nikt nie wymaga od niego odpowiedzi na spam.Na koniec doszliśmy do porozumienia w kwestiach technicznych (czas, dostęp do netu) i kompromisu w całej dyskusji – komentowanie w miarę możliwości technicznych i czasowych – nawet po paru tygodniach. Następnym razem napadniemy razem Igora, o ludzi, którzy nie mając ani jednego własnego postu, komentują wszystko w sposób niekulturalny , wychodząc z założenia „net wszystko przyjmie”..... O profesorze dodam tylko (bo bycia centrum-maskotką spotkania odmówił), że kiepele ma twardą, a w środku poukładane pokojowo – choć jakiś tam incydent był, jakieś nieporozumienie, ale jako, że już chyba wyjaśnione nie rozwijam. Warto było poznać i porozmawiać.
Igor Janke – ucieszony jak dziecko J z frekwencji i kilometrów jakie niektórzy pokonali w celu spotkania. Mogę sobie wyobrazić radość kogoś kto zakładając Salon24 nie spodziewał się jak on się rozrośnie i ilu ludzi połączy. Wielkie dzięki za możliwości i do zobaczenia na spotkaniu
Łukasz Warzecha – hm...widok był dość egzotyczny – facet z cygaretkami i piwem b/alkoholowym J Do tego normalny w gadce. Pozytywne wrażenie.
Jacek Ka. – pstryknąłem mu chyba najfajniejsze zdjęcie J Dopiero po imprezie zaskoczył mnie informacją o abstynencji i spełnianiem roli „recodera” spotkania JTeż nie nagadaliśmy się zbytnio, ale za to teraz odbijamyJ Niestety tez ma swój udział w moim zdenerwowaniu już po imprezie J, przypominając incydent z amatorem śliwkowego prezentu dla Krzysztofa. Już umówiliśmy się na 13 X. Już się cieszę.
Inni blogerzy – w tym miejscu dziękuję za spotkanie i pozdrawiam wszystkich, z którymi nie miałem okazji porozmawiać. Nie było fizycznej możliwości aby porozmawiać z każdym, ale co się odwlecze .....
„Pokój służby” – to naklejka jaka widniała na pokoju T., w którym bazę miały miłe dziewczyny pomagające K. w organizacji spotkania jak i prowadzeniu gospodarki naczyniowej. Dziękuję za miłe towarzystwo i chęć wyciągnięcia na parkiet – ale jak wiadomo, u Krzysztofa nie było jednak na tyle alkoholu, abym ruszył na parkiet. Do tego trzeba małej cysterny i parę piw. J Poza tym nie miałem ciupagi a tylko z tym rekwizytem tańczyć potrafię J
Paprykowy „dip”- musiał się doczekać opisu specjalnego. Nie mam pojęcia kto go przyniósł lub zrobił ale zasługuje na – no nie wiem co tam jest odpowiednikiem Oskara w kulinariach – ale zasługuje właśnie na to. Dip z kawałkami papryki przestał prawie całą imprezę na stole. Spróbowałem go, bo stał dokładnie pod ręką kiedy sięgałem po gruby paluszek z sezamem. Później już poleciało. Mam nawet zdjęcie u Follow’a , samych rąk, jak wydłubuje resztki. Musiałem wyglądać śmiesznie zajadając się nim jakbym nic nie jadł od roku.
Na koniec zostawiłem sobie opis jednego z gości. Cały czas się zastanawiałem jak bardzo „pojechać” – znaczy, raczej jak bardzo być szczerym. Już łagodniałem, już mi przechodziło. Ale widząc komentarz i opis tego, co jegomość z imprezy zapamiętał i że zapowiedział się na następną...hm.. no to sprawdźmy kto się zapowiedział...w Wiki...Z arabskiego: „ten, któremu pomaga Bóg”, no nieźle, ale zaraz się pogarsza – w Islamie: „anioł śmierci”, w mistyce żydowskiej: „wcielenie zła”, w Szatańskich Wersetach: „anioł śmierci”, i jeszcze „demon” w Heroes of Might and Magic V.
A u Leskiego na spotkaniu...a wypełniał dokładnie definicję z Wiki.
„Ten, któremu pomaga Bóg” – no musiał interweniować sam Bóg, że nic się mu nie stało. Raz Bóg wybrał mnie jako posłańca – pomogłem mu uniknąć dyndania w garściach A@T, po tym ja w niewybrednych słowach zaprosił go do bójki.Przy czym dodać należy, że A@T siedział spokojnie w pokoju Krzysztofa i tam został odnaleziony i w pierwszych słowach „zjechany”. Później posłańcem był „zapominalski” Tatarstan, którego „zapomnienie” szabli pozbawiło, pewnie tym samym życie ratując sprawcy rozbicia słynnej nalewki. Kolejno znów mnie Bóg powołał do pomocy. Dał mi siłę krzyczeć wewnętrznie i uciec z miejsca, w którym „ten, któremu Bóg pomaga” rozbił kolejną butelkę okraszając moje spodnie jej zawartością. Następnie posłańców było dwóch naraz. Dwie kobiety - to one mnie na balkon wyprowadziwszy przekonały, że wypuszczenie delikwenta bez balkon na dół jest ciekawym ale nie wartym zastosowania wariantem odpowiedzi na sprokurowanie płaczu kobiety. O tym będzie szerzej dalej. Bóg pomógł też ułomnemu słudze chaosu przez obdarzenie reszty gości tym, czego jemu samemu wydaje się poskąpił – czyli klasą, inteligencją i taktem. Te cechy są w dużej mierze odpowiedzialne za „nienaruszone” dotrwanie „tego, któremu pomaga Bóg” do końca spotkania mimo jego usilnych prób popełnienia „towarzyskiego samobójstwa”.
„Anioł śmierci” – no tu chyba wątpliwości być nie może. Żadna flaszka nie była bezpieczna. Padały jak muchy. Jedną próbowałem nawet ratować po „piłkarsku” - podstawiając nogę aby zamortyzować upadek. Skończyło się spodniami w alkoholu. Przymierzał się jeszcze do „Śliwki”, ale ta była pod specjalnym nadzorem i po kilkunastu sekundach była bezpieczna w moich rękach. Niestety na chwilę spuściłem go z oczu i oprócz flaszek śmierć poniosły również kieliszki. Po zwaleniu ich na ziemię, przespacerowaniu się po szkle butami, oznajmił gospodyni stojącej obok....”że to nie on..”. Na dokładkę „zasugerował”, że to właśnie K. jest odpowiedzialna. Tego po prostu gospodyni nie wytrzymała - nie miała szans. K. ze łzami w oczach udała się w miejsce odosobnione, czyli do „pokoju służby”, gdzie dochodząc do siebie, dowiedziała się dodatkowo, iż nie dość, że porozbijała wszystko, to jeszcze wyrzuciła za to bidnego niewinnego z domu. Oczywiście nic takiego miejsca nie miało. Po zauważeniu łez u kobiety moje oczy zmieniły się znacząco - podobno, bo to relacja osób trzecich. Konkretnie Basi, zauważyła to od razu, a nawet mi oznajmiła. Mogę jej wierzyć na słowo, bo nosiłem się z zamiarem zakończenia tego żałosnego spektaklu, co zapewne zostawiło ślady na brwiach, minimum. Jak napisałem wyżej dwie kobiety, Basia i K. odwiodły mnie jednak od tego.
Jak to można podsumować.....No jedną butelkę można zbić przez nieuwagę, dwie jak się jest urodzonym pierdołą, ale rozbijać wszystko co szklane...to już wygląda na działanie celowe.... i przy tym będę się upierał. Wg mnie udający pijanego facet, starał się usilnie zepsuć atmosferę spotkania. Rozbijał i prowokował do bójek jakby chciał wywołania skandalu:
„..znany lewicujący bloger został pobity i wyrzucony ze spotkania Salonu24 Igora J. Spotkanie odbywało się w mieszkaniu jednego z dziennikarzy telewizji publicznej....co dowodzi...”.
Tak to dla mnie wyglądało, a obserwując poczynania szanownego kolegi zastanawiałem się – czy to norma w reprezentowanych przez niego zachowaniach czy też może wyjątek, bo miałem okazję obserwować tylko jedno spotkanie z jego udziałem. Wydawał się nie zauważać swojego negatywnego wpływu na atmosferę, a jedyne co wyniósł ze spotkania, to przekonanie o własnej przystojności. Jeśli to norma, to obawiam się kolejnego spotkania z zaczepkami do bójek, rozbijaniem trunków czy obrażaniem kobiet, bo tym razem ktoś może dać się sprowokować i będzie niesmacznie. Znów kilkadziesiąt osób będzie się czuło zażenowanie zadając sobie pytanie – „co on za chwilę wymyśli i z kim się będzie chciał bić”.
Mam jednak nadzieję, nikłą ale jednak, że to spotkanie było dla kolegi jakimś koszmarnym wyjątkiem, a normą jest zachowanie podobne do A@T czy Rolex’a.
To by było na tyle jeśli chodzi o wrażenia „osobowe”.
Pora na parę słów ogólnych.
Jechałem na spotkanie zupełnie bez konkretnego nastawienia. Ani nie oczekiwałem super klimatu, ani nie spodziewałem się wojenek, tym razem w realu. Aby każdego oceniać wg tego co usłyszę i zobaczę, celowo zaniechałem zaglądania na blogi osób, których nie znałem, nie czytałem wcześniej. Chciałem najpierw zobaczyć „kontekst” osobowy ich postów. Można powiedzieć, że coś podobnego zrobił w stosunku do mnie Budyń78 – co prawda ocenił „kontekst” osobowy po zdjęciu Hetfield’a, ale tylko taką możliwość miał. Skoro więc nadarzyła się okazja spotkania bezpośredniego, to chciałem ją wykorzystać właśnie do „uosobienia” Nicków. Udało się znakomicie, choć jak widać wyżej nie wszyscy zachwycili postawą. Powiem więcej – osoba, której posty czytałem chętnie i znajdowała się w moich ulubionych, swoją postawą spowodowała mój największy zawód. „Czar prysł” - pozostał niesmak. Ale to odosobniony przypadek, bo ogólnie było bardzo miło i pozytywne wrażenia przeważały. No i nie ma słów na podziękowanie gospodarzom – anielska cierpliwość i miłe, serdeczne przyjęcie. Ta serdeczność uruchomiła u mnie mechanizm „współodpowiedzialności” za spotkanie. Żeby było jasne – przez nikogo nie proszony, ani nie upoważniony, niejako samozwańczo, postanowiłem występować w roli „moderatora zachowań fizycznych”. Impulsem do tego było zdarzenie opisane w wątku o A@T. Po prostu stwierdziłem, że jeśli taka sytuacja miała miejsce raz, to może się powtórzyć (pomimo pokojowego nastawienia A@T), a ja się postaram, aby gospodarze nie musieli z czymś takim się zmagać osobiście. Taki już jestem „społecznik”.Słowo na czerwono - ze strony czerwonych nie odczuwało się żadnego dystansu, kompletnie. Normalni ludzie. Nawet z żonami przyszliJ Specjalne pozdrowienia dla żony Łukasza Warzechy, za odwagę przybycia w szczególnym stanie, do tak ciężkich warunków „ubikacyjnych” J. Profesor dzielnie wytrzymywał napór zainteresowanych.Bardzo pozytywne wrażenie.
No, koniec. Tak to widziałem. Warto było.
Chaos – myślałeś, że zapomniałem J))). No, a kogo widziałem ostatniego...:).Chaos to w porządku i poukładany facet. Zaopatrzył się w markecie w zestaw śniadaniowy, czym dał dowód zapobiegliwości. Że ja na to nie wpadłem. JSuper się z nim milczało w aucie....serio. Po prostu, obaj trochę zmęczeni czasem jechaliśmy milcząc na ten sam temat. Oczywiście pogadać też pogadaliśmy. Mam nadzieję, że na następnym spotkaniu też będzie.





Komentarze
Pokaż komentarze (27)