Wstałem spokojnie z ławki. W końcu od dworca dzieliło mnie ze trzysta metrów. To wystarczająca odległość, by czuć się bezpiecznym. Założyłem płaszcz na ramiona, bo coś trzeba było z nim zrobić… ani ciepło, ani zimno, jak to wiosną bywa.
Myślałem, że będzie padać, więc zabrałem ze sobą parasol. Lubię go, bo taki długi, czarny i ze szpicem ze stali nierdzewnej. Stuka o beton i asfalt, tak w rytm chodu. Gorzej w parku, gdzie nie daje ten szpic parasola pewności siebie, bo nie stuka, a tłumi. Tłumi go żwir ścieżek, to mnie irytuje, bo nie dość, że staje się brudny, to jeszcze przydusza mnie do ziemi. Przydusza i pozbawia poczucia pewności, pozbawia takiego komfortu wewnętrznego.
Nie jestem pisarzem. Jestem zwykłym, normalnym facetem o dziwnej profesji. Lubię sieć.
Po tej niezbędnej dygresji, przejdźmy do mojej opowieści… która może się potoczyć dalej jak i skończyć niespodziewanie.
Parasol męski, nie składany, to obowiązkowy atrybut każdego szanującego się mężczyzny w wieku średnim. W mojej profesji to atrybut zaufania do samego siebie. On nie może zawieść, nie może złożyć się na wietrze, nie może mi wypaść z ręki, on musi mi dawać pewność. Mój parasol jest jak mój pies, można by powiedzieć. Psa nie mam, miałem. Dziś nie mogę sobie na niego pozwolić z prostej przyczyny – nie wiem, gdzie będę jutro, a wrażliwy jestem na szczery skowyt, który rani psa i mnie. Parasol zaś przeglądam dokładnie po każdym użyciu i traktuję go z atencją, bo to dla mnie taki pies, niemy, ale wierny pies. Parasol odkładam tylko w chwilach koniecznych. Przecież nie pojawię się na plaży w Saint Tropez z parasolem…
Czy ja mam konto w banku ?
Mam, mam tak samo jak większość przeciętnych ludzi. Płacę z konta rachunki, które płaci większość z nas… gaz, woda, śmieci…
To samo co każdy uczciwy obywatel , który płaci podatki, ma stałe zatrudnienie, chodzi do kościoła i bywa na spotkaniach towarzyskich, na których bywać powinien.
Czy ja mam rodzinę ?
Mam, a jakże. Muszę mieć, by zarabiać, bo bez niej nie mógłbym pracować, niestety…
Dziś nie można być samotnym strzelcem, Szakalem. To nie te czasy.
Czy „służby” wiedzą o mnie ?
Zapewne słyszały…
Po co to piszę ?
Ano tak, dla zabawy. Przestrzegam jednak przed pochopnymi wnioskami w temacie mojej osoby.
Parasol nie musi być parasolem, a rodzina rodziną, tak samo zresztą jak cała reszta może być fikcją .
Nie jestem agentem jakiegokolwiek wywiadu, jestem parasolem ze szpicem ze stali nierdzewnej. Lubię twardy grunt i tylko po nim się poruszam.
Wracając do dworca…
Miasto żyło normalnie tego poranka. Wstałem z ławki, gdy przed dworcem pojawiła się karetka pogotowia. Zawsze odczuwam jakieś przygnębienie na dźwięk syreny.
Złapałem taksówkę i pojechałem do centrum. Do spotkania z klientem miałem jeszcze trochę czasu.
Obiad był smaczny, a klient sympatyczny. Ustaliliśmy szczegóły.
Pod koniec naszego spotkania zapytał: „słyszał Pan o dzisiejszym incydencie na dworcu ?”
Spojrzałem na niego z zaciekawieniem.
„Dwie kobiety pobiły się o bagaż. Obie trafiły do szpitala” – powiedział ze sporym rozbawieniem.
Uśmiechnąłem się . Podaliśmy sobie ręce i pożegnaliśmy się.
Zabrałem z szatni palto i parasol. Zaczęło lać.
Perspektywa otwarcia parasola wydała mi się niehumanitarną.
Przecież trudno narażać przyjaciela na niepogodę. Podciągnąłem kołnierz do góry i ruszyłem przed siebie.
Znów mi się nie udało…
Niełatwo podpalić kubeł ze śmieciami w obecności tylu podróżnych. Muszę się jeszcze sporo nauczyć.
Taxi, taxi !
„Na dworzec poproszę…” – rzuciłem bez namysłu.
„Sie robi”, usłyszałem.


Komentarze
Pokaż komentarze