Z Grażyną studiowałem. To było dziwne. Ładna dziewczyna, ale zawstydzała, bo była zbyt bezpośrednia. Pociągała większość z nas na „roku”. Coś jednak było w niej takiego, że nie potrafiła przyciągnąć do siebie, tak na dłużej. To nie był typ kochanki, a nawet dziewczyny do związku. Spalała wszystko na panewce, zanim cokolwiek mogło się zacząć.
Źle na tym wyszła. Została ostatecznie sama i tak jest do dziś pomimo sporej ilości przygód miłosnych, z którymi zawsze wiązała nadzieje. Kolejni partnerzy wystawiali ją do wiatru.
Moją , sezonową kochanką została w dwa lata po ukończeniu studiów. Układ między nami był od początku czytelny. Wiedzieliśmy, że nic nas nigdy nie połączy, ale była ta nić, cienka nić wspólnej tajemnicy i obopólnej rozkoszy. Spotykaliśmy się rzadko, w chwilach „samotności” Grażyny, po jej kolejnych rozstaniach. Byłem jak terapeuta, byłem jak ten najlepszy kochanek, byłem jak zjawa. Nigdy do mnie nie dzwoniła. Dzwoniłem ja. Tak raz na rok, a może i rzadziej.
Spotkaliśmy się niedawno przypadkiem na rynku. Poszliśmy na kawę. Powiedziała, wpadnij.
Zapytałem - kiedy ?
Odpowiedziała z filuternym uśmiechem na ustach: a chociażby dzisiaj…
Będę o 20.00… O.K.- odpowiedziała – będę czekać.
Uzyskanie alibi w domu nie było trudne. Będę tuż po północy, powiedziałem żonie… taka praca.
Jak ja nie lubię tych bloków dwunastopiętrowych. Nie dość, że wieje, to zawsze czyha na człowieka jakaś tam niespodzianka.
Podjechałem pod ten betonowy blok. Znalazłem schody do drzwi wejściowych. Lampa nie świeciła, tak samo jak połowa pozycji spisu lokatorów w domofonie, a było ich tam około 40.
No i nachylam się i szukam, szukam nazwiska.
Ktoś idzie po schodach do drzwi wejściowych. Odwracam się i widzę podpitego faceta. Staje obok mnie i patrzy. Ja patrzę na niego.
Pan do kogo? – pyta wyraźnie podpitym głosem.
Zaskoczył mnie. Nie chcę zdradzić adresata mojej wizyty, więc mówię bez zastanowienia, na chybił, trafił, że ja pod numer 36.
Facet złapał mnie swoją ogromną, szponiastą łapą za rękę i wybełkotał: to dobrze się składa, bo ja też pod ten adres.
Zawlókł mnie do windy i pojechaliśmy w górę. Myśli mi się kołatały we łbie i zaczęło do mnie docierać, że „36” może stać się moim nieszczęściem.
Stanęliśmy w końcu przed drzwiami oznakowanymi jako „36”. Szpony faceta nie popuściły ani na moment, a jego oddech wyraźnie przyspieszył.
Zadzwoń pan – wybełkotał nieprzyjaźnie
Otworzyła kobieta. Spojrzała na nas obu i wrzasnęła: no nie, to ty debilu sprowadzasz mi jeszcze kumpla na libację !
Debil mnie puścił i rzucił się na kobietę z wyciągniętymi rękoma jak łopaty, wrzeszcząc: gacha ci przyprowadziłem kurwo !!!
Nie zastanawiałem się nad niczym. Dałem dyla w tył i biegnąc po trzy stopnie klatką schodową w dół znalazłem się na ulicy. Biegłem jak oszalały dalej przed siebie. Zatrzymałem się po pięciu minutach przed kioskiem. Był zamknięty. Oparłem się o kiosk i oddychałem. Wolniej, coraz wolniej…
Grażynko, dziś mnie nie będzie… coś mi wypadło…
Nie lubisz już mnie ?– powiedziała.
Lubię, ale tak z ciekawości, pod jakim numerem mieszkasz, bo nie potrafię sobie przypomnieć ?
„37” –powiedziała.
Pa kotku, odezwę się…


Komentarze
Pokaż komentarze (2)