Zaczęło się robić szaro na ziemi. Słońce zaszło już jakiś czas temu, a błękitne niebo coraz bardziej i bardziej przechodziło w dostojny i tajemniczy, atramentowy granat.
Jaś niespiesznie zamknął furtkę od zagrody. Poklepał starego siwka po karku, a ten filuternie musnął go łbem po piersi. Opuścił głowę i zdawał się, że czeka na kolejne pieszczoty.
Przytulił łeb konia jeszcze raz Jasio do siebie i westchnął. Łzy popłynęły mu po policzkach, gardło ścisnęło się tak, jakby jakieś niewidzialne dłonie chciały go pozbawić tchu.
Wyprostował się, nabrał głęboko powietrza, jeszcze raz przejechał ręką po szyi zwierzęcia i odszedł w stronę domu.
„Pójdziesz do Rzepów i nasypiesz zatrutego owsa koniom” – powiedział powoli ojciec, nie odrywając oczu od małego ognika świecy, która paliła się na komodzie.
„Tatku… przecież parę dni temu zatruliśmy im kury, a miesiąc temu otworzyliśmy groblę w ich stawie. Przecież oni i tak długo się nie podźwigną…” - odrzekł Jasio, wycierając łzy, które już prawie, że zaschły na jego twarzy.
„Synu. To, że oni leżą, nie znaczy, że się nie podniosą. Trzeba teraz zrobić wszystko, by z kolan się nie podnieśli” – powiedział ojciec zwracając wolno głowę w stronę syna.
„Ojcze, a co będzie, gdy oni nam konie podtrują ?”– dramatycznie podsumował Jasio.
„Oni są za uczciwi synu, za uczciwi i za głupi. Dlatego nie mogą się podnieść” – po tych słowach ojca zapadła na chwilę cisza –„ idź, już pora…..”
…


Komentarze
Pokaż komentarze (2)