W którymś z sąsiednich pokojów salonowych słyszę krzyki na "Dziennik" (to mój tutejszy towarzysz Sławomir Sierakowski uprawia przemoc symboliczną względem Michalskiego Cezarego). Te nocne krzyki mnie obudziły. Oho, ja też poskarżę się na tę gazetę - i też na jej warsztat dziennikarski.
Parę dni temu ukazał się tam materiał o przywracaniu tradycji w Kościele - a wewnątrz opinia pewnego księdza z diecezji opolskiej, który opowiadał, że wraz z klerykami obserwował kiedyś Mszę trydencką, a oni co chwilę "parskali śmiechem" - z tego wniosek (domyślny, ale wyraźny), że księżykom się ta stara Msza nie podobała). Wiem, że niejeden czytelnik tego tekstu poczuł się dotknięty tym fragmentem (ja sam oburzałem się tym, już "na salonie"). Popłynęly do gazety listy zgorszonych.
Jednak prawda (quid veritas?) jest taka, że tamtemu księdzu ponoć przypisano zupełnie nie jego intencje. Właśnie dostałem jego sprostowanie: że dla niego liturgia jest święta, że nigdy by z niej nie kpił, że jedynie zwracał uwagę na potrzebę należytego przygotowania do udziału w misteriach itd.
Teraz po prostu szlag mnie trafia. Przypomniałem sobie, jak dowolnie "Dziennik" traktował (czasami, nie zawsze!) moje opinie spisywane dość nieściśle po rozmowie telefonicznej. Z tym, że tamto było bardziej kwestią zmiany stylu, a nie faktów (np. bardzo żałowałem, że "Dziennik" zrobił ze mnie aroganta obgadującego ks. Malińskiego w chwili, gdy został "trafiony"). Tymczasem tutaj mamy już coś więcej - diametralne przekręcenie sensu.
To jasne, że wypowiedzi "cytowane" wewnątrz materiałów dziennikarskich trzeba traktować inaczej niż rzeczywiste cytaty - tak podpowiada roztropność. Jednak te ostatnie doświadczenia prowadzą do wniosku dalej idącego: że ta warstwa "cytatów" zupełnie się usamodzielnia w stosunku do ich autorów. I że nie jest to bynajmniej szlachetna różnica między Sokratesem historycznym i Sokratesem platońskich dialogów - bo te bezceremonialnie zmanipulowane "cytaty" traktowane są jak informacyjny przekaz myśli i intencji konkretnych osób, a nie kreacje genialnego autora.
Czy "Dziennikowi" zależy na czymś innym niż na wyrazistym praniu się po gębach, samym podpuszczaniu jednych przeciw drugim? Moi mądrzy przyjaciele odpowiadali na to pytanie negatywnie już kilka miesięcy temu. A ja wciąż się waham (nawet po paskudnych tekstach Pilcha i Króla się waham, taki wahający jestem!): czy to są zwykłe braki warsztatu dziennikarskiego - czy właśnie metoda uzyskiwania "szamotaniny w błocie", jakiś balast doświadczeń "Faktu" w "Dzienniku".



Komentarze
Pokaż komentarze (2)