Jak byłem studentem, to mój profesor (Mieczysław Gogacz - lada moment będzie sobie na emeryturze obchodził osiemdziesięciolecie dreptania po tym łez padole) opowiadał mi, że sam będąc studentem chadzał z kolegami-prawnikami do sądu, żeby poprzyglądac się tzw. pyskówkom. Szczególnie jedna utkwiła mu w pamięci: jedna pani wniosła przeciw drugiej pani oskarżenie, że ta nazwała ją zlośliwie: "Gagarin". No cóż, sąd musiał zachowac powagę (w odróżnieniu od innych obecnych), i cierpliwie tłumaczył - że "proszę pani, Gagarin to wybitna postać, nic obraźliwego w tym nie ma" itd. Ale obrażona byla nieprzejednana: "Może i wybitny on był, ale mnie to obraża!"
Jakoś teraz ta historyjka mi się przypomniała - gdy przeczytałem, że "szef Trójmiejskiej Kampanii Przeciwko Homofobii Artur Czerwiński złożył w sądzie wniosek przeciwko Grzegorzowi Sielatyckiemu z Ligi Polskich Rodzin" - za to, że LPRowiec w swym blogu nazwał lidera antyhomofobicznego "głównym pederastą Trójmiasta". Czerwiński uważa, że został potraktowany "słowami wywołującymi negatywne skojarzenia".
Hmm, co prawda pederasta to nie Gagarin, a Gagarin to nie pederasta - lecz rozumiem, że pana Czerwińskiego, w ostatecznym rozrachunku, łączy coś więcej z "pederastą" niż tamtą panią z "Gagarinem". Choć zapewne (?) to nie jest opis precyzyjny - ale używanie sądu, żeby ustalał czy obraźliwe jest określanie starożytnym słowem "pederasta" osoby działającej na rzecz wprowadzenia zachowań homoseksualnych do wnętrza normy społecznej - to chyba jakaś nadwrażliwość? No i wchodzenie na lotne piaski rozpoznania co jest "słowem budzącym negatywne skojarzenia". Zamiast ustalania stanów faktycznych - mierzenie stanów emocjonalnych.



Komentarze
Pokaż komentarze (15)