Paweł Milcarek Paweł Milcarek
51
BLOG

Klucze do Radia Maryja

Paweł Milcarek Paweł Milcarek Polityka Obserwuj notkę 6
W debatach dotyczących Radia Maryja najważniejsze nieporozumienia pojawiają się już przy rzeczy podstawowej – próbie zdefiniowania najgłębszej tożsamości tego medium i jego środowiska. Bardzo często jest ono określane jako ściśle związane z „przedsoborową wersją” katolicyzmu (jeden z autorów posunął się nawet do twierdzenia, że Radio Maryja jest rzecznikiem zdezaktualizowanych formuł Soboru Trydenckiego z XVI wieku). Takie ostre przeciwstawianie środowiska RM tzw. Kościołowi posoborowemu jest jednak tylko użytecznym retorycznym gadżetem, a nie poprawną interpretacją faktów. Wręcz przeciwnie, Radio Maryja jest właśnie jednym z wcieleń posoborowych porządków kościelnych – z tym, że jest to wcielenie bezpośrednio w zastany grunt polskiego katolicyzmu ludowego, dlatego jest o wiele bardziej „swojskie” dla przeciętnego katolika niż bardziej wysublimowane importy „ducha soborowego” z Francji czy skądinąd. Każdy nieuprzedzony obserwator przyzna, że charyzmatyczne liturgie Rodziny Radia Maryja, emocjonalny styl duszpasterski i realizowanie specyficznej „opcji preferencyjnej” na rzecz pracowników (pochwała strajków, blokad itp.), pasują zdecydowanie bardziej do tego, co wielokrotnie – być może błędnie, lecz skutecznie – definiowano jako „ducha Vaticanum II’, niż jako przejawy przedsoborowej tradycji łacińskiej. W istotnej dla tradycjonalistów kwestii liturgicznej Radio Maryja zwykle nie ma zdania, a praktycznie korzysta z rozdętych posoborowych standardów „liturgii bliskiej ludziom” – za to gesty zainteresowania tradycją łacińską nie przekraczają nigdy tego, co możemy spotkać nawet w mediach laickich. W zakresie katechezy i doktryny – z reguły woli świat rozmytych konturów „teologii impresjonistycznej” od dyscypliny intelektualnej starszych katechizmów. Dlatego na pewno rację miał Marek Jurek, gdy kilka miesięcy temu prostował znaną opinię ks. Józefa Tischnera: Radio Maryja to nie „sarmacki integryzm”, lecz „sarmackie aggiornamento”. Jedno z „dzieci Soboru” – ale takie, do którego pierworodni tej soborowej rodziny, z „Tygodnika Powszechnego” czy „Więzi”, czegoś nie chcą się przyznawać. Nie chcą się przyznawać nie tylko dlatego, że to masowe sarmackie aggiornamento daleko odbiega od ich elitarnych marzeń o nowym Kościele – ale także dlatego, że aggiornamento a la o. Rydzyk unosi w sobie zbyt wiele owej swojszczyzny, od której chcieli się oderwać. Typowa dla Radia Maryja mieszanka duszpasterskiej posoborowości z popularną kulturą katolicką „Polski zawsze wiernej” jest dla nich niestrawna.

Poza nieporozumieniem utożsamiania toruńskiej rozgłośni z tradycjonalistami istnieje też inny klucz, którego używa się ostatnio w analizach tego fenomenu: jest nim badanie podobieństw zachodzących między inicjatywą o. Rydzyka a przedsięwzięciami medialnymi radykalnych protestanckich kaznodziejów ze Stanów Zjednoczonych. Rzecznicy tego klucza interpretacyjnego pytają retorycznie: czymże innym jest Rodzina Radia Maryja, jak nie powtórzeniem fenomenu „moralnej większości”, budzonej czy kreowanej w Stanach przez wielebnego Falwella i innych fundamentalistów, środkami elektronicznej komunikacji? Trzeba przyznać, że podobieństwa są tu wyraźnie widoczne – tu i tam mamy podobne środki oddziaływania, genialne zastosowanie zalet medium interaktywnego w budowaniu – jakież to nowoczesne! – lojalnej wspólnoty słuchaczy, których intensywny związek z ich ukochaną stacją ma oczywiście wymiar równocześnie ideowy i finansowy. Jeśli przejdziemy z poziomu porównania technik na poziom dominującego przekazu, podobieństwa między Radiem Maryja a pewnym nurtem amerykańskiego kaznodziejstwa elektronicznego wciąż nie gasną: główny message to wezwanie do przekładania wymagań Prawa Bożego na rzeczywistość doczesną, z mocno zaznaczoną krytyką współczesnej kultury. Zmienia się jednak klimat: przekaz z Torunia bywa rzeczywiście „mocny” emocjonalnie, zawiera w sobie czasami elementy budujące lęk przed światem – lecz nigdy nie osiąga tego apokaliptycznego napięcia, do którego mogą być zdolni tylko protestanccy fundamentaliści. Dlatego za tymi co bardziej powierzchownymi i zewnętrznymi podobieństwami z kaznodziejstwem zielonoświątkowym powinniśmy w rzekomym „fundamentalizmie” Radia Maryja dostrzec przede wszystkim zwykły element każdego zaangażowanego chrześcijańskiego kaznodziejstwa: budzenie sumień uśpionych magią „standardów” i definiowanie obowiązków sprawiedliwości choćby przeciw światu. Ten wątek buduje zresztą linię niezaprzeczalnych zasług toruńskiej rozgłośni – która w latach 90. była głównym ośrodkiem integracyjnym masowego ruchu obrony życia, przebudzenia duchowego i oporu wobec dechrystianizacji. Do tego, w czasach absolutnej dominacji „Gazety Wyborczej”, trzeba było mieć albo cnotę męstwa, albo wrodzoną śmiałość – i przynajmniej jednego z tych dwóch nie można odmówić ojcu Rydzykowi, budującemu dzięki koncesji radiowej armię swoich całkowicie nieinteresownych partyzantów prawdy moralnej. Można, a nawet należy dodać, że niestety ten głos czystego napomnienia i wezwania bywał nieraz zaprawiony żółcią i modulowany ludzką słabością – a w sposób systematyczny łączony był z techniką budowania własnej popularności i siły na bezwzględnej polaryzacji (dla Radia pożytecznej o tyle, o ile było ono niezmiennym punktem odniesienia w Polsce mierzonej „od Rydzyka do Michnika”). Co najmniej w okresie sporów o wejście Polski do UE o. Rydzyk przyjął strategię sformatowania Rodziny Radia Maryja jako radykalnej mniejszości – nie tylko nie szukającej komunikacji z nieprzekonanymi, lecz zwartej właśnie dzięki poczuciu osaczenia strażników „ostatniej nadziei dla Polski”. Strategia ta dała Radiu szczególny nimb, lecz także wielu odepchnęła. Trzeba zresztą dodać, że w okresie ostatnich wyborów parlamentarnych i prezydenckich Radio Maryja przyjęło inny ton, zaczęło się ćwiczyć w umiarze i zaczęło szukać kontaktu z resztą społeczeństwa.

O ile więc porównywanie Radia Maryja z integrystycznym skrzydłem Kościoła wydaje się zupełnie nietrafione, o tyle zestawianie go z wynalazkami zielonoświątkowych kaznodziejów z Ameryki podbarwia obraz toruńskiej rozgłośni barwami, których tak naprawdę nie znajdziemy w katolickim medium wprost nawiązującym do duchowej unii maryjnej pobożności z polskim patriotyzmem. W rzeczywistości bowiem właściwym archetypem Radia o. Rydzyka jest sarmacka Konfederacja – masowy ruch społeczny „w obronie wiary i wolności”, nieuporządkowany i partyzancki, który powraca w polskich dziejach w najrozmaitszych wcieleniach i odmianach. W centrum tego ruchu znajduje się zawsze jakiś Ksiądz Marek, a wokół śmigają (i padają) wojownicy zbudzeni patriotycznym hejnałem. Czasami ta Konfederacja ma w sobie sporo anarchicznej niechęci do własnego państwa i jego autorytetów – ale równie często bywa próbą zastępowania autorytetów, które niedomagają, milczą lub znikają. Radio Maryja powstało i zyskało estymę swych słuchaczy w czasie, gdy polski Kościół wychodził z epoki naznaczonej obecnością wielkiego Prymasa Tysiąclecia i wypracowanego przezeń stylu „bycia z narodem”, w zwarciu z komunizmem – za to wzrastało zapotrzebowanie na bycie Kościoła z narodem w czasach intensywnej modernizacji, budowy niepodległego państwa i rekonstrukcji standardów moralnych odwołujących się do chrześcijańskiego dziedzictwa Rzeczypospolitej. Prawdziwym kluczem do zrozumienia, czym jest Radio Maryja, jest odpowiedź na pytanie, jakich autorytetów, jakich działań i jakiej formy jego solidarności z narodem zabrakło w tamtych latach III RP.

harcerz-realista, zwykle w obronie - rzadko w ataku, katolicki ortodoks mający dość często swe własne zdanie odrębne w sprawach bezortodoksyjnych

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (6)

Inne tematy w dziale Polityka