Poza nieporozumieniem utożsamiania toruńskiej rozgłośni z tradycjonalistami istnieje też inny klucz, którego używa się ostatnio w analizach tego fenomenu: jest nim badanie podobieństw zachodzących między inicjatywą o. Rydzyka a przedsięwzięciami medialnymi radykalnych protestanckich kaznodziejów ze Stanów Zjednoczonych. Rzecznicy tego klucza interpretacyjnego pytają retorycznie: czymże innym jest Rodzina Radia Maryja, jak nie powtórzeniem fenomenu „moralnej większości”, budzonej czy kreowanej w Stanach przez wielebnego Falwella i innych fundamentalistów, środkami elektronicznej komunikacji? Trzeba przyznać, że podobieństwa są tu wyraźnie widoczne – tu i tam mamy podobne środki oddziaływania, genialne zastosowanie zalet medium interaktywnego w budowaniu – jakież to nowoczesne! – lojalnej wspólnoty słuchaczy, których intensywny związek z ich ukochaną stacją ma oczywiście wymiar równocześnie ideowy i finansowy. Jeśli przejdziemy z poziomu porównania technik na poziom dominującego przekazu, podobieństwa między Radiem Maryja a pewnym nurtem amerykańskiego kaznodziejstwa elektronicznego wciąż nie gasną: główny message to wezwanie do przekładania wymagań Prawa Bożego na rzeczywistość doczesną, z mocno zaznaczoną krytyką współczesnej kultury. Zmienia się jednak klimat: przekaz z Torunia bywa rzeczywiście „mocny” emocjonalnie, zawiera w sobie czasami elementy budujące lęk przed światem – lecz nigdy nie osiąga tego apokaliptycznego napięcia, do którego mogą być zdolni tylko protestanccy fundamentaliści. Dlatego za tymi co bardziej powierzchownymi i zewnętrznymi podobieństwami z kaznodziejstwem zielonoświątkowym powinniśmy w rzekomym „fundamentalizmie” Radia Maryja dostrzec przede wszystkim zwykły element każdego zaangażowanego chrześcijańskiego kaznodziejstwa: budzenie sumień uśpionych magią „standardów” i definiowanie obowiązków sprawiedliwości choćby przeciw światu. Ten wątek buduje zresztą linię niezaprzeczalnych zasług toruńskiej rozgłośni – która w latach 90. była głównym ośrodkiem integracyjnym masowego ruchu obrony życia, przebudzenia duchowego i oporu wobec dechrystianizacji. Do tego, w czasach absolutnej dominacji „Gazety Wyborczej”, trzeba było mieć albo cnotę męstwa, albo wrodzoną śmiałość – i przynajmniej jednego z tych dwóch nie można odmówić ojcu Rydzykowi, budującemu dzięki koncesji radiowej armię swoich całkowicie nieinteresownych partyzantów prawdy moralnej. Można, a nawet należy dodać, że niestety ten głos czystego napomnienia i wezwania bywał nieraz zaprawiony żółcią i modulowany ludzką słabością – a w sposób systematyczny łączony był z techniką budowania własnej popularności i siły na bezwzględnej polaryzacji (dla Radia pożytecznej o tyle, o ile było ono niezmiennym punktem odniesienia w Polsce mierzonej „od Rydzyka do Michnika”). Co najmniej w okresie sporów o wejście Polski do UE o. Rydzyk przyjął strategię sformatowania Rodziny Radia Maryja jako radykalnej mniejszości – nie tylko nie szukającej komunikacji z nieprzekonanymi, lecz zwartej właśnie dzięki poczuciu osaczenia strażników „ostatniej nadziei dla Polski”. Strategia ta dała Radiu szczególny nimb, lecz także wielu odepchnęła. Trzeba zresztą dodać, że w okresie ostatnich wyborów parlamentarnych i prezydenckich Radio Maryja przyjęło inny ton, zaczęło się ćwiczyć w umiarze i zaczęło szukać kontaktu z resztą społeczeństwa.
O ile więc porównywanie Radia Maryja z integrystycznym skrzydłem Kościoła wydaje się zupełnie nietrafione, o tyle zestawianie go z wynalazkami zielonoświątkowych kaznodziejów z Ameryki podbarwia obraz toruńskiej rozgłośni barwami, których tak naprawdę nie znajdziemy w katolickim medium wprost nawiązującym do duchowej unii maryjnej pobożności z polskim patriotyzmem. W rzeczywistości bowiem właściwym archetypem Radia o. Rydzyka jest sarmacka Konfederacja – masowy ruch społeczny „w obronie wiary i wolności”, nieuporządkowany i partyzancki, który powraca w polskich dziejach w najrozmaitszych wcieleniach i odmianach. W centrum tego ruchu znajduje się zawsze jakiś Ksiądz Marek, a wokół śmigają (i padają) wojownicy zbudzeni patriotycznym hejnałem. Czasami ta Konfederacja ma w sobie sporo anarchicznej niechęci do własnego państwa i jego autorytetów – ale równie często bywa próbą zastępowania autorytetów, które niedomagają, milczą lub znikają. Radio Maryja powstało i zyskało estymę swych słuchaczy w czasie, gdy polski Kościół wychodził z epoki naznaczonej obecnością wielkiego Prymasa Tysiąclecia i wypracowanego przezeń stylu „bycia z narodem”, w zwarciu z komunizmem – za to wzrastało zapotrzebowanie na bycie Kościoła z narodem w czasach intensywnej modernizacji, budowy niepodległego państwa i rekonstrukcji standardów moralnych odwołujących się do chrześcijańskiego dziedzictwa Rzeczypospolitej. Prawdziwym kluczem do zrozumienia, czym jest Radio Maryja, jest odpowiedź na pytanie, jakich autorytetów, jakich działań i jakiej formy jego solidarności z narodem zabrakło w tamtych latach III RP.



Komentarze
Pokaż komentarze (6)