Tymczasowe konto Peacemakera Tymczasowe konto Peacemakera
301
BLOG

Ratunek tylko w Bogu. Moje świadectwo.

Tymczasowe konto Peacemakera Tymczasowe konto Peacemakera Rozmaitości Obserwuj notkę 14

Zarówno wydarzenia sprzed tegorocznych świąt Wielkanocnych jak i towarzyszące niedawnym Świętom Bożego Narodzenia pokazały mi kilka uniwersalnych prawd, którymi chciałbym się podzielić na koniec tego roku... i prawdopodobnie pisania na blogu... 

Wprowadzenie

Powiedzieć, że z teściami mam bardzo trudne relacje, to jak nic nie powiedzieć. I może na tym zakończę ich opis, bo nie chcę tu im robić obciachu, a oprócz tego nie ma sensu się nakręcać i denerwować. Jedno o czym muszę wspomnieć aby sytuacja była zrozumiała, to fakt, że często przed świętami (najczęściej wielkanocnymi) lub w trakcie świąt dochodziło do różnych bardzo nerwowych sytuacji i padało wiele bardzo raniących słów: to pod pretekstem moich relacji z ich córką, to pod pretekstem różnic politycznych, to z innych powodów. Polityką interesuję się ponadprzeciętnie i właśnie w okresie przed Wielkanocą doszło do kilku wydarzeń które bardzo mnie zaniepokoiły. Aby nie nastawiać żadnego z czytelników negatywnie pominę opis jakie to były wydarzenia. Dodatkowo w pracy akurat było źle. Kryzys w branży, firma w której pracuję zwolniła 200 pracowników, a ja trafiłem do projektu z samymi Hindusami, których mentalności i sposobu pracy wówczas zupełnie nie rozumiałem. W małżeństwie też nerwowo - poczucie wiecznego bałaganu, ścisku i tymczasowości, bo w obecnym mieszkaniu już się nie mieścimy, z żoną od dwóch lat szukamy większego lokum i prawie zawsze mamy skrajnie różne oceny oglądanych domów. Praktycznie jedyną radością w życiu było codzienne ćwiczenie z moimi Synami, którzy chodzą do szkoły muzycznej. Więc nie było dobrze. Byłem zdenerwowany i rozgoryczony. Miałem ochotę pójść do teściów i "wygarnąć im" co o nich myślę, ale coś mnie powstrzymywało. Dziś wiem, że to Bóg mnie powstrzymywał. Bo to był dopiero początek, bo wtedy właśnie wydarzyła się...

Tragedia

Wnuczek moich teściów, a bratanek i chrześniak mojej żony popełnił samobójstwo we wtorek, 8 kwietnia, tuż przed świętami. Pogrzeb wypadł w Wielki Czwartek. O ile przed tą tragedią już czułem się fatalnie i pierwszy raz w życiu miałem problemy z sercem i ciśnieniem, to po tej śmierci było tak źle, że myślałem, że sam umrę. Moje serce i ciśnienie totalnie oszalało. Lekami, kilkugodzinnymi marszami po kilkanaście kilometrów i zwolnieniem lekarskim aby odciąć się przynajmniej od stresów w pracy udało mi się trochę ustabilizować tętno i ciśnienie. Ale to nie powstrzymywało nerwów i smutku. Przez kilka dni byliśmy jak wyłączeni. Gdy po tych kilku dniach zmusiłem siebie i Syna do tego aby znów poćwiczyć repertuar do szkoły muzycznej i ponownie zasiadłem do pianina, to czułem się jakbym wrócił z bardzo długiej i strasznie dalekiej podróży... gdzieś z zaświatów. A do tego dochodziły kłopoty z rodziną żony, którą ta tragedia dotknęła jeszcze bardziej... więc bombardowali moich Synów tym, przed czym ja chciałem ich uchronić. To wykrzykiwali w trakcie pogrzebu manifesty przeciw osobom, które ich zdaniem doprowadziły do tego samobójstwa, to gadali przy moich Dzieciach o pistolecie czarnoprochowym... a ja wolałbym, aby moje dzieci przynajmniej przez jakiś czas myślały, że ich kuzyn przypadkowo wpadł pod pociąg, aby słowo "samobójstwo" pojawiło się w ich słowniku jak najpóźniej, gdy już będą troszkę rozumieli psychikę, gdy ich sumienie nabierze wprawy w odróżnianiu dobra od zła. I do tego ten nieznośny charakterek teściów - nawet nie potrafili powiedzieć "dziękuję" za to, że uratowałem ich przed totalnym chaosem w dniu pogrzebu (teść z uporem maniaka podawał całej rodzinie niewłaściwy adres cmentarza... dopiero ja wymusiłem na nim, aby to sprawdził i poprawił), czepiali się o sprawy trzeciorzędne. Ale mniejsza o to. Dlaczego nie umarłem, nie zwariowałem i przetrwałem. W te święta Bóg pokazał mi trzy wspaniałe środki, które wtedy utrzymały mnie przy zdrowych zmysłach i przy życiu. 

MODLITWA = NADZIEJA

2 kwietnia, rocznica śmierci św. Jana Pawła II to był mój ostatni szczęśliwy dzień przed tą tragedią. Wziąłem dzień urlopu, bo Synowie mieli występ na którym prezentowali w swojej szkole podstawowej dlaczego warto chodzić do szkoły muzycznej. A ja im w tym występie towarzyszyłem. Po południu jak co środa zawiozłem Synów do szkoły muzycznej i jak zwykle poszedłem na spacer. Przechodząc obok sklepu z dewocjonaliami "pomyślałem sobie", że fajnie by było kupić sobie Różaniec w dniu rocznicy śmierci Papieża, bo pamiątkowy Różaniec po Mamie już rozlatuje się ze starości i "wyeksploatowania". Później "jakoś tak" przechodziłem obok kościoła do którego "akurat przypadkiem" wchodził ksiądz, który poświęcił nowo kupiony Różaniec. Tu nie było żadnego przypadku, nie było żadnego "pomyślałem sobie", żadnego "jakoś tak", żadnego "akurat przypadkiem"... Bóg wiedział, że sześć dni później moją rodzinę dotknie tragedia, której nawet On nie powstrzyma. Dlatego dał mi do ręki Różaniec. Wiedział, że będzie mi on w tym czasie bardzo potrzebny. Bo modli się ten, kto ma nadzieję... a Bóg pomnaża nadzieję tego, kto się do Niego modli. Później prawie codziennie odmawiałem Koronkę do Miłosierdzia Bożego w intencji o ochronę mojej Rodziny przed wszelkimi zagrożeniami dla życia doczesnego i wiecznego. Odmawiałem też prawie codziennie Różaniec. Czasem było tak źle, że w czasie gdy dzieciaki były na lekcjach w szkole muzycznej ja chodziłem po przylegających do niej terenach przemysłowych w które o tej porze rzadko kto się zapuszcza i na głos, prawie krzykiem wypowiadałem swoje rozważania i intencje dotyczące tajemnic różańcowych a później podniesionym, rozpaczliwym głosem odmawiałem kolejne "Ojcze Nasz" i "Zdrowaś Maryjo". Ale dzięki tej modlitwie nadzieja nigdy mnie nie opuściła. 

PISMO ŚWIĘTE = WIARA

Już od pięciu lat próbowałem przeczytać całe Pismo Święte w rok według znalezionej w Internecie rozpiski. Ale cztery razy pod rząd mi się nie udawało. W końcu znalazłem sposób. Ponieważ głównym problemem było zmęczenie wzroku i zasypianie, więc kupiłem sobie Biblię Audio, aby nie czytać, tylko słuchać i postanowiłem słuchać rano, zaraz po przebudzeniu, kiedy jestem najlepiej wyspany. Codziennie według rozpiski: jeden rozdział z Nowego Testamentu, jeden Psalm lub rozdział z Ksiąg Mądrościowych oraz dwa rozdziały z Ksiąg Historycznych lub Prorockich. I właśnie w czasie tamtego kryzysu to codzienne słuchanie Pisma Świętego okazało się czymś cudownym, co przemienia moje myślenie. Bo jak tu iść do teściów, aby im "wygarnąć" jak się z rana słyszy w słuchawkach na przykład 20 rozdział z Mądrości Syracha (cytuję z pamięci) "Bywa upomnienie, ale nie w porę..." Wielokrotnie słyszałem, że wiara bierze się ze słuchania Pisma Świętego, ale nie miałem pojęcia, że to ma takie dosłowne przełożenie. A ma. Kto słucha Pisma Świętego lub je czyta i traktuje je poważnie, ten na przykład nie zgodzi się na przyjęcie trwałej postawy nienawiści i mściwości, bo to jest najbardziej nieewangeliczna postawa jaką można sobie wyobrazić. Jeśli ktoś mówi, że jest wierzący, a chce tylko mścić się, rozliczać, "wymierzać sprawiedliwość" i żyć nienawiścią mając w pogardzie swych braci, to sam siebie okłamuje. Tak, wiara bierze się ze słuchania Pisma Świętego, a następnie zachęca nas do sięgania po Pismo Święte. To Słowo Boże zmienia nasze myślenie, abyśmy spoglądali na świat i na nasze problemy oczami wiary. 

UWIELBIENIE BOGA = MIŁOŚĆ 

To był najważniejszy zasób, który Bóg mi dał, abym przetrwał tamten kryzys. Czasem, kiedy sytuacja jest naprawdę straszna warto uczepić się jak pijany płotu kilku słów pieśni, które pozwalają nam zachować równowagę, gdy wszystko wokół się chwieje i wali. Słowa "To czas by ucztować, w sercu mam pokój, choć wokół wojna, na oczach moich wrogów Pan zastawia stół" zmieniały moje uczucia, pozwalały usiąść do stołu z ludźmi, którzy wielokrotnie minie ranili i pocieszać ich po stracie wnuczka. Słowa "Strach nie ma wstępu do tego domu, oskarżyciele nie mają głosu, Pan sam pokonał moich wrogów" usuwały strach, kiedy bałem się o przyszłość moich dzieci, całej rodziny, ojczyzny. Adoracja Najświętszego Sakramentu pozwalała mi stanąć przed Bogiem w prawdzie - w absolutnej szczerości, bez ściemy, udawania, maskowania swoich uczuć i intencji. A taka absolutna szczerość pozwalała zdefiniować problem, szukać rozwiązania - czasem podpowiadał mi je sam Bóg. Regularne uczestnictwo w Mszy Świętej, przyjmowanie Komunii Świętej - to było jak autopilot, który w momentach kiedy upadałem w jakiś grzech wydawał mi polecenie: "utraciłeś kontrolę, czas przestać grzeszyć i iść do Spowiedzi - Jezus czeka". Już w tamte święta wiedziałem, że gdyby nie ta łaska jaką otrzymałem przez comiesięczne Wieczory Uwielbienia które łączą w sobie Eucharystię, Adorację, pieśni i rozważania, to bym nie przeżył - mój organizm wykończony stresem popełniłby "biologiczne samobójstwo" i prawdopodobnie umarłbym na zawał albo udar. 

Ocaliło mnie Pismo Święte (Wiara), Modlitwa (Nadzieja) i Uwielbiane Boga (Miłość) - te trzy... i nic więcej. A z nich najważniejsze było źródło Miłości w Uwielbieniu Boga. 

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (14)

Inne tematy w dziale Rozmaitości