133 obserwujących
339 notek
841k odsłon
  438   0

mitomachia

    Kilka dni temu Trybunał Konstytucyjny orzekł, że przepis kodeksu karnego pozwalający ścigać osobników pomawiający naród polski o udział w zbrodniach komunistycznych i nazistowskich uchwalono wadliwym trybem, w związku z czym jest on niekonstytucyjny. Trudno sędziom odmówić sprytu - rozprawili się z przepisem od strony technicznej, nie tykając strony merytorycznej, co wydaje się posunięciem dobrze przemyślanym. Bo gdyby sędziowie tknęli przepis merytorycznie, to pewnie dostałby rykoszetem także paragraf o "kłamstwie oświęcimskim". A gdyby sędziowie przepis "puścili" - oberwaliby z kolei jako gwałciciele wolności słowa. I tak źle i tak niedobrze. Rzecz wydawała się trudna, sędziowie mogli trafić między ostrza potężnych szermierzy, a jednak proszę - udało im się wybrnąć w sposób wręcz salomonowy. Pogratulować.

    Dlaczego jednak wolność "pomawiania" z jednej, a "kłamstwo oświęcimskie" z drugiej strony są takie ważne? Zacznijmy od tego czym jest "kłamstwo oświęcimskie". Według Wikipedii: "Kłamstwo oświęcimskie (negacjonizm, rewizjonizm Holocaustu - ang. Holocaust Denial, niem. Holocaustleugnung, fra. négationnisme, hiszp. negacionismo) - twierdzenie w języku prawnym przyjmujące, że powszechnie przyjęta interpretacja holocaustu jest albo w dużym stopniu przesadzona, albo całkowicie zafałszowana.". Dodajmy, że chodzi głównie o ilość ofiar. "Powszechnie przyjęta interpretacja" wygląda tu tak (znów Wikipedia): "Liczba ofiar holocaustu jest szacowana na 5-6 milionów, choć dokładna liczba nie jest znana z powodu braku kompletnych ewidencji oraz systematycznego niszczenia archiwów i zacierania śladów przez władze niemieckie w obliczu klęski wojennej."  Tej właśnie "powszechnie przyjętej interpretacji"  negacjoniści przeciwstawiają własne szacunki i przemyślenia za co w kilku krajach ścigają ich prokuratorzy.

     Ale - skąd się  właściwie wzięła "powszechnie przyjęta interpretacja"? Według skandalisty Davida Irvinga, który za "negacjonizm" zdążył już posiedzieć, było tak: w czerwcu 1945 roku sędzia Robert H. Jacson, amerykański prokurator na procesie norymberskim, spotkał się z  przedstawicielami amerykańskich organizacji żydowskich - Natanem Perlmanem, Jacobem Robinsonem i Aleksandrem Kohanskim. W odpowiedzi na pytanie Jacksona o "żydowskie straty w ludziach", Robinson podał właśnie owe 6 milionów, mające obejmować żydowskie ofiary we wszystkich krajach okupowanych przez Niemców - "od kanału La Manche do Stalingradu". Robinson otrzymał ponoć ten wynik w następujący sposób: od danych statystycznych mówiących o ilości ludności żydowskiej w 1929 roku, odjął szacowaną liczbę Żydów, którzy przeżyli wojnę.

    Tu pojawia się pytanie: jak dokładne mogły być tego typu szacunki  robione wiosną 1945 roku? Zwykle przecież podobne rachunki bywają później weryfikowane i to z reguły w dół. Trzymając się polskiego podwórka przykładem mogą być chociażby szacunki ilości ofiar wywózek przeprowadzonych przez sowietów po 17 września 1939, czy szacunki ofiar rzezi wołyńskich. Albo - powstanie warszawskie. Statystyczny Polak zapytany o to, ilu Warszawiaków zginęło w powstaniu odpowie: "200 tysięcy". Skąd te dane? Otóż, o 200 tysiącach mówił Rola Żymierski na konferencji prasowej PKWN w Lublinie, w sierpniu 1944, a więc gdy powstanie jeszcze trwało (w październiku 1944 r. organ PKWN podawał już liczbę 700 tysięcy zabitych). Żymierski twierdził, że otrzymał taki wynik na  podstawie oceny "skali natężenia walk". I ta właśnie liczba utrwaliła się w świadomości powszechnej, tymczasem, według części historyków - na przykład Andrzeja Kunerta - szacunek Żymierskiego "nie ma ani cienia uzasadnienia". Straty w powstaniu były, na szczęście, mniejsze, sam Kunert ilość ofiar ocenia na 120-150 tysięcy. Można by  więc Kunerta nazwać "negacjonistą", gdyby istniało pojęcie "kłamstwa warszawskiego" bazujące na "powszechnie przyjętej interpretacji powstania".

    Jak niepewne są tego rodzaju szacunki pokazuje historia ustalania ilości ofiar Auschwitz. Tuż po wojnie, w grudniu 1945, źródła francuskie podawały, że w obozie zginęło ... 8 milionów ludzi. W czasie procesu Hoessa, mówiono o około 5 milionach. Liczbę 4 miliony, która pojawiła się w Norymberdze, przyjęto na podstawie źródeł sowieckich. Leon Poliakov, autor takich prac jak "Żniwa nienawiści" czy "Wojna przeciw Żydom" mówił o 2 milionach, a Klaudiusz Pressac, autor "Auschwitz: Technique and Operation of the Gass Chambers", między rokiem 1989 a 1994 zmieniał swoje szacunki od około miliona do około 800 tysięcy (w tym około 630 tys. Żydów). Te fluktuacje znajdują odbicie i w głównym źródle wiedzy podręcznej czyli encyklopediach, i tak - w "Małej Encyklopedii PWN" wydanej w 1976 roku  w haśle "Oświęcim" czytamy: "Hoss mówił o teoretycznej możliwości zgładzenia ok. 2,5 mln ludzi, późniejsze obliczenia wskazują na 4 mln zamordowanych", a w "Encyklopedii Popularnej" z roku 1996 w haśle "Auschwitz" stoi: "W A+B i jego podobozach zginęło ok. 2 mln ludzi".... Doprawdy - by nie popaść mimowolnie w rewizjonizm trzeba cały czas trzymać rękę na pulsie. Aktualnie obowiązujące wydają się dane firmowane przez Państwowe Muzeum w Oświęcimiu. Jak podaje Wikipedia - "obecnie historycy, za wyczerpującymi badaniami Franciszka Pipera, oceniają, że ogółem do obozu trafiło co najmniej 1,3 miliona osób, w tym 1,1 mln Żydów, (...) liczba zabitych sięgnęła prawie 1,1 mln osób, w tym 960 tysięcy Żydów, czyli prawie 90%".

    Tak więc - przyjmując typy skrajne - szacunki ilości ofiar Auschwitz oscylowały pomiędzy 8 milionami a 800 tysiącami, podczas gdy  ogólna liczba ofiar holokaustu - czyli 6 milionów -  pozostawała i pozostaje niezmienna. Rachunek trzeba jakoś wyrównać,  w związku z czym, siłą rzeczy musi chyba nabierać wagi teoria - nazwijmy to - "dzikiego holokaustu" dokonanego poza nazistowską ewidencją rękami  mieszkańców krajów podbitych przez III Rzeszę, słowem - przeprowadzonego przez tubylczych antysemitów. Termin "negacjonizm" może się przy tym okazać dość rozciągliwy, raz już spotkałem się z nim w odniesieniu do Jedwabnego (nawiasem mówiąc liczba 1600 spalonych w Jedwabnem Żydów zdaje się "zastygła" już na wzór owych 6 milionów - Gross ponoć nie weryfikuje jej w kolejnych wydaniach swojej książki). Teoria "dzikiego holokaustu" ma też inne zalety, by odpowiedzieć na pytanie jakie potrzebujemy jednak dłuższej dygresji...  

    Otóż, wspólnoty postrzegają się przez pryzmat mitów mówiących o ich historii. Świadome tworzenie, propagowanie i utrzymywanie przy życiu takich mitów nazwać można "polityką historyczną", głównymi zaś narzędziami do uprawiania "polityki historycznej" są systemy edukacji i - dziś może przede wszystkim - media. Pisząc "mit" nie mam na myśli "kłamstwa". Mit może być oparty na faktach. Idzie jednak o to jakie fragmenty historii wybierzemy na materiał mitu i jakie nadamy im znaczenie. Mit znaczy tu więc mniej więcej tyle, co "pewna interpretacja historii". W tym sensie "mit powstania warszawskiego" zawiera, na przykład, esej "Warszawa 1944: oślepiający blask wolności" Dariusza Gawina, w tym też sensie możemy mówić o "micie holokaustu". I o tak rozumianym „micie holokaustu” będę tu pisał. Idę zresztą śladem Normana Finkelsteina, który w dziełku "Przedsiębiorstwo holokaust" stosuje rozróżnienie pomiędzy "hitlerowskim holokaustem" a "holokaustem". Ten pierwszy termin Finkelstein odnosi się do wydarzeń historycznych, drugi zaś jest według niego "ideologicznym wyobrażeniem hitlerowskiego holokaustu".

    Ciekawą przygodą jest śledzenie procesu rodzenia się tego mitu. Początki były dość skromne. Jak pisał Alain Besancon:  "Tuż po wojnie na wszystkie obozy patrzono z taką samą grozą i nie odróżniano obozów pracy (na przykład Buchenwaldu) od obozów zagłady (na przykład Treblinki). Współczucie dotyczyło wszystkich ofiar i nikt nie myślał o kategoriach. Na procesie w Norymberdze mówiono tylko o "prześladowaniu" Żydów". Taki stosunek do holokaustu widoczny jest chociażby jeszcze u Camusa w "Człowieku zbuntowanym". Camus, wspominając o zbrodniach nazistów poświęca holokaustowi mniej miejsca, niż zniszczeniu czeskiej wsi Lidice, przy tym pisząc o zamordowanych Żydach, nie nadaje holokaustowi jakiegoś specjalnego znaczenia, wyliczając jednym tchem: "siedem milionów Żydów, siedem milionów deportowanych i zabitych ludzi z całej Europy, dziesięć milionów ofiar wojny". Dziś, doszliśmy do sytuacji, w której - według Tomasza Gabisia - ideologiczne pojmowany holokaust "nie jest opisywalną, , poddającą się chłodnej, racjonalnej i obiektywnej analizie sekwencją wydarzeń historycznych lecz zespołem obrazów, symboli, ustalonych językowych formuł (tworzących rodzaj newspeaku), ciągle powtarzanych motywów, stereotypów, egzemplów itd.". Z kolei Agnieszka Alnord w "Przeglądzie" mówiła niedawno o holokauście wręcz jako o "punkcie zwrotnym ludzkości" będącym punktem wyjścia do stworzenia "nowej sensownej ideologii" (Przegląd 415)

    Interesuje nas właśnie owa "nowa sensowna ideologia". Otóż, od pewnego czasu, coraz intensywniej kreuje się ideologicznie pojęty holokaust na "mit założycielski" Unii Europejskiej, zajmuje się tym - zwłaszcza - lewica (pojęta tu dość szeroko). I tak, według modnego niemieckiego socjologa Urlicha Becka zbiorowa pamięć o holokauście leży u podstaw  projektu", który Beck nazywa "Europą kosmopolityczną" wymyśloną i wdrażaną jako antyteza "Europy nacjonalistycznej". Podstawowy zestaw dokumentów "europejskiego kosmopolityzmu" powstać miał - według Becka -  przy okazji procesów norymberskich. Wychodzi więc na to, że powieszenie grupki nazistowskich dygnitarzy było czymś w rodzaju "mordu założycielskiego" UE. W Polsce podobne koncepcje promują ci sami, którzy promują Becka, a więc - między innymi - środowisko "Krytyki Politycznej" ("GW dziś sobie darujmy). Wódz KP, Radosław Sierakowski, twierdzi na przykład, że: "Holokaust stał się najistotniejszym historycznym odniesieniem dla całej Europy. Zdekontekstualizowana i zapośredniczona przez szereg politycznych i kulturalnych instytucji pamięć o Szoah zajmuje dziś kluczowe miejsce w świadomości europejskich społeczeństw. Globalne media rozszerzają jej oddziaływanie na cały świat".

    Interesujące jest zwłaszcza to "zdekontekstualizowanie", bo znaczy zdaje się tyle, co "poza kontekstem historycznym". Słowem - nieważne jak było, ważne jak to opiszemy, przy tym zawieszone zostają wymagania metodologiczne i zwykłe kryteria oceny. O tym zawieszeniu pisała Kinga Dunin: "Literatura "holokaustowa" funkcjonuje na specjalnych prawach, nie podlega zwykłym ocenom literackim, lecz od razu zyskuje szacunek ze względu na temat. Holokaust stał się świętością, o której trudno jest mówić inaczej, niż w tonie podniosłym". Kinga Dunin pisze o specjalnych prawach "literatury holokaustowej", ale jej uwaga dotyczy też prac historycznych, w rodzaju tych, jakie tworzy profesor Gross. Zawieszenie kryteriów daje efekty uboczne - na przykład w postaci błyskotliwych karier blagierów wykorzystujących okołoholokaustową koniunkturę. Wspomina o takich karierach Norman Finkelstein w „Przedsiębiorstwo holokaust”, niedawno mieliśmy kolejny przykład - jako blagę zdemaskowano wspomnienia niejakiej Mishy Defonseca. Defonseca pisała, że - jako ośmiolatka - uciekła z getta i przewędrowała w poszukiwaniu wywiezionych do obozu rodziców pół Europy - od Belgii po Ukrainę,  wreszcie... zamieszkała wśród wilków, które broniły jej przed Niemcami. Ta brechta przyjęta jako "wstrząsające świadectwo holokaustu" sprzedała się ponoć w milionach egzemplarzy, „wspomnieniami” Defonsecki zainteresowali się też filmowcy, ale filmu pewnie nie zobaczymy - znaleźli się bowiem wścibscy badacze, którzy wyszperali, że Misha nie dość, że całą wojnę spędziła w Belgii, to jeszcze nie jest nawet Żydówką...

    Dobrze, ale mit, by pełnić swoją rolę musi być żywy, a kto się dziś identyfikuje z nazistami? Nikt. Naziści? To nie my. Naziści więc coraz dalej odchodzą w przeszłość i wkrótce znaczyliby tyle, co "Kartagińczycy" - gdyby nie zrobiono z nich pierwszych demonów popkultury. Ale w tej postaci naziści są kimś kogo kochamy nienawidzić, nie zaś kimś, z kim czujemy więź. Co innego jednak, gdy za wspólników przyda się im zbiorowości do uczestnictwa w których się poczuwamy - taki zabieg czyni mit ciągle "gorącym". I tu właśnie widzimy wartość przesunięcia punktu ciężkości odpowiedzialności za holokaust z "winy nazistów" na "winę Europy". Lewica, rzecz prosta z entuzjazmem podchodzi do tego typu projektów uderzają one bowiem w te tożsamości zbiorowe z którymi lewica wojuje, to jest w „naród” i „religię”...  

    Oczywiście ogólna "wina Europy" składa się z "win lokalnych", w tym z "winy Polski", której symbolem uczyniono Jedwabne – jak może ktoś jeszcze pamięta w czasie debaty wywołanej "Sąsiadami" Grossa dość powszechne było twierdzenie, że "po Jedwabnym" Polacy nie mogą myśleć o sobie tak samo jak "przed". Jedwabne byłoby więc niejako "osią historii", a o potencjale destrukcji, jaki się jej przypisuje niech świadczą słowa profesora Marcina Króla: "Dla mnie jest to koniec możliwości myślenia Polaków o sobie samych w pewien sposób związany z tradycjami o których jeszcze będę mówił. Naszego myślenia. Takiego mianowicie, że należymy do jakiejś wspólnoty określanej jako "polskość" czy "ojczyzna". Wiele o owej ojczyźnie pisałem i uważałem, że jest dla nas niezbędna. Już nie. Tamta "polskość" i tamta "ojczyzna" zakończyły swój żywot. Ja nie tylko z tamtymi ludźmi, którzy mordowali w Jedwabnym, ale także z tymi, którzy mają jakiekolwiek wątpliwości, kiedy trzeba pochylić głowę i wstydzić się, nie mam i nie chcę mieć nic wspólnego. Jakakolwiek zatem mogłaby zaistnieć wspólnota określana mianem "ojczyzny" czy "polskości", to będzie musiała być zbudowana niemal na nowo. Odbudowana na gruzach. I nic w tej odbudowie już nie pomogą te składniki pamięci zbiorowej i wyobraźni, które dotychczas dobrze funkcjonowały, czyli romantyzm, "przerabianie zjadaczy chleba w anioły" Mochnackiego, "brukowanie Polski szlacheckimi herbami", wspomnienia pokolenia naszych rodziców i dziadków z czasów AK i  cały ten typ tradycji. Zgadzam się z tym, że w swoim znakomitym eseju Aleksander Smolar nie w pełni miał rację, kiedy pisał, że prawda nas wyzwoli. Tu nie chodzi o prawdę, lecz o mity, stereotypy i symbole, jakich dłużej akceptować się nie da." (Akt skruchy i co dalej, rozmowa redakcyjna Respublica Nowa, lipiec 2001). Czas więc na hodowlę "nowego Polaka" – „starego” bowiem pogrzebał współudział w zbrodni...  

    Jakie będą losy "mitu holokaustu"? Pewnie takie, jak los wszystkich mitów w naszej kulturze. Najpierw będziemy mieć okres "drapieżny", z czasem zaczną pojawiać się coraz liczniej podgryzacze mitu (płacąc początkowo wysoką cenę), wreszcie - mit wejdzie w schyłek, w czasie którego na pochyłe drzewo skakać będą już bezkarnie stada kóz... "Religia jednego wieku staje się literacką rozrywką wieków następnych" - jak ujął to Ralph Waldo Emerson. Tak to się pewnie kiedyś skończy, ale - póki co - jesteśmy na etapie "burzy i naporu" i można spodziewać się dalszego wybijania Polakom z głów statusu ofiar II wojny światowej. Przypuszczam, że w tej sprawie nie powiedział jeszcze ostatniego słowa prof. Gross. A co dostaniemy w zamian statusu ofiary? No cóż, niemiecki historyk Jorg Baberowski, pytany co sądzi o oskarżeniach Grossa odpowiedział: "Musicie nauczyć się spokojniejszego podejścia do tego typu zarzutów. My, Niemcy, mamy w tej materii doświadczenie. Już przywykliśmy do statusu oprawców. Gdyby Polacy nie zareagowali na zarzuty Grossa, jego książka prawdopodobnie w ogóle nie zostałaby zauważona" (Rz. 23.02.2008). Oczywiście przerabianiu Polaków z ofiar w oprawców sprzyja – z jednej strony – brak paragrafu ścigającego za pomawianie narodu polskiego o udział w zbrodniach komunistycznych i nazistowskich, z drugiej zaś strony obecność paragrafu karzącego za „kłamstwo oświęcimskie” – jako młota na, ewentualnych, heretyków. Czy sędziowie TK brali pod uwagę takie subtelności? Nie wiem, ale orzeczenie wygląda jakby brali...  

Kawałek bibliografii

David Irving, Norymberga, ostatnia bitwa
Dariusz Ratajczak, Auschwitzkie szacunki
Norman Finkelstein, Przedsiębiorstwo holokaust
Tomasz Gabiś, Religia Holokaustu cz. 2, Stańczyk nr 30
Urlich Beck, Zrozumcie Europę!, Krytyka Polityczna nr 5
Alain Besancon, Przekleństwo wieku
Andrzej Mężyński, Całe życie kłamała o ucieczce z getta, Dziennik, 2.03.2008
Sławomir Sierakowski, Pamięć ponad granicami, Rz 12.04.2003
Kinga Dunin, Czytając Polskę
Akt skruchy i co dalej, rozmowa redakcyjna Respublica Nowa, lipiec 2001


PS

Wyjaśniam, że – jako zwolennik wolności badań historycznych – jestem przeciw obecności w kodeksie zarówno paragrafu o „pomawianiu narodu”, jak i paragrafu o „kłamstwie oświęcimskim”. Obecność jednego, przy braku drugiego uważam jednak za niepokojącą asymetryczność...

Lubię to! Skomentuj16 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale