Emigracja Solidarnościowa była przesycona ubecką paranoją. Ubecy byli wszędzie, każdy mógł byc ubekiem i należało raczej uważać na to, co się mówi, komu się mówi i gdzie się mówi, bo można było dostać etykietkę i wtedy było marnie.
Ubekiem zostawało sie w wyniku decyzji kogokolwiek, w jakiejkolwiek sytuacji. Wystarczyło pójśc do konsulatu PRL w jakiejkolwiek sprawie i zostać zobaczonym na schodach tegoż. Wystarczyło spotkać się z pracownikiem ambasady, by poszła fama, że "to ubek".
Nie było instancji odwoławczej. Jak do kogoś raz przyczepiono etykietkę ubeka, to miał przechlapane. Był izolowany przez środowisko, był w nim skończony. Trwało to do końca lat 80.
Gdy Wołoszański mówi, że nie miał prawie żadnych kontaktów z Polonią to myślę, że przynajmniej w tej części swoich wyjasnień nie kłamie. Żaden emigrant solidarnościowy przy zdrowych zmysłach nie spotkałby się z kimkolwiek, kto ma jakiekolwiek związki z PRL. Posiadanie PRLowskiego paszportu własciwie przekreslało człowieka całkowicie i odcinało go od jakichkolwiek kontaktów z Polonią.
Skąd wiem? Wiem, bo tam byłem wtedy. Sam cierpiałem na tę paranoję, która dziś, z perspektywy czasu, wydaje mi się nieco ekscentryczna (taki eufemizm udało mi się wynaleźć, żeby nie musieć przyznać, że działałem głupio), i wiem, że przeniknąć do środowiska łatwo nie było.
Za to zadziwiające wówczas było, jakim dziwnym mutantem musiał być Lech Wałęsa biorąc pod uwagę nasycenie środowisk emigracyjnych jego "prawymi rękami"...
A co do kanarów, to nadal twierdzę, że nie istnieją.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)