Adam Pietrasiewicz Adam Pietrasiewicz
40
BLOG

O prawie, czyli o niczym.

Adam Pietrasiewicz Adam Pietrasiewicz Polityka Obserwuj notkę 0


Byłem na urlopie. Tylko 6 dni, ale zawsze. Urlop polegał na nicnierobieniu, co czasem dobrze człowiekowi robi.

Byliśmy w gospodarstwie agroturystycznym. Właściciele mili, choć widać, że byliśmy dla nich tylko kolejnym źródłem pieniążków - spontaniczność, którą można było spotkać jeszcze 5 lat temu w takich miejscach już zanika. Poza właścicielami była tam, pełniąca rolę pokojówki, sprzątaczki i kucharki, Ukrainka.

Ukrainki są teraz wszędzie. I Ukraińcy pewnie też, choć ja ich nie spotykam. Podobno konsulat RP we Lwowie wydaje 1500 wiz dziennie (po 30 dolarów za wizę, co daje 45000 dolarów dziennie - nieźle!). Ukrainka sprząta u mojej mamy, inna u mojej teściowej (czasami i u nas), gdzie nie spojrzeć - Ukrainka. Podobną rolę pełniliśmy my, całkiem niedawno jeszcze, powszechnie w Niemczech, podobną rolę pełniły kiedyś Portugalki we Francji... Wszystko pięknie, tylko, że to jest nielegalne.

Te wszystkie Ukrainki w Polsce pracują na czarno. Oczywiście można, a nawet należy twardo dyskutować w ogóle z samym pojęciem "pracy na czarno", ale to inny temat. Sytuacja jest taka, że prawo jakie jest takie jest i zgodnie z tym prawem zatrudnianie Ukrainek jest nielegalne bez specjalnych zezwoleń. Oczywiście nikt normalny o takie zezwolenie nie występuje, bo po co.

Ukrainka bierze 7-8 zł za godzinę, dogadać się z nią da, bo prawie po polsku mówi, pierogi zrobić potrafi, posprząta, cicha jest, nie podskakuje, a i nie zagnieździ się, bo wracać po 3 miesiącach najdalej musi. Układ wręcz idealny. Nie spotykam jakoś ludzi, którzy by stanowczo i pryncypialnie potępiali to łamanie prawa...

Taka sytuacja to jedynie jeden z objawów funkcjonowania głupiego prawa, którego nikt tak naprawdę nie przestrzega. Nie przestrzega, bo jest to prawo stojące w sprzeczności ze zdrowym rozsądkiem i niepowodujące, w momencie łamania, pojawienia się jakiegokolwiek poczucia winy czy chociażby dyskomfortu psychicznego. Takich praw jest więcej - chociażby nakaz zapinania pasów, część prawa autorskiego, czy różne elementy prawa podatkowego. Łamanie tych praw nie stawia łamiącego poza marginesem, nie powoduje poczucia winy, nawet jeśli dziś Kościół twierdzi, że uchylanie się od podatków jest grzechem...

Jest tak dlatego, że dziś głównym celem demokratycznie wybieranych władz, już zupełnie nie ukrywanym, a wręcz przedstawianym jako dowód pracowitości, jest tworzenie ustaw. To, ile który klub poselski przedstawił propozycji ustaw jest miarą "powagi" polityków, którzy wchodzą w jego skład... Zadziwiające.

Mnożenie praw prowadzi w sposób oczywisty do ich lekceważenia przez ludzi, którzy nie są w stanie śledzić na bieżąco powstawania coraz to nowych przepisów. Lekceważenie to przenosi się na coraz szersze dziedziny, nawet tam, gdzie, mogłoby się wydawać, uregulowania prawne są oczywiste. Powstaje mętlik, a korzyści z tego wszystkiego czerpią głównie prawnicy, no i czasami dziennikarze, jeśli przyłapują kogoś znanego na nieprzestrzeganiu absurdalnego prawa.

Gdyby się tak dobrze zastanowić, to okazałoby się, że wcale nie jest łatwo odpowiedzieć na pytanie, czy te wszystkie wciąż powstające prawa są NAPRAWDĘ niezbędne po to, by nam, OBYWATELOM, lepiej się żyło, czy też nie są niezbędne. Myślę, że w wyniku powodzi tych praw i ich wzajemnego uzależnienia odpowiedź na to pytanie jest niemożliwa w sposób jednoznaczny.

Jestem przekonany, że dałoby się żyć bez większości głupich praw. Jestem też przekonany, że zawsze znajdą się obrońcy KAŻDEGO nowego prawa będącego wynikiem innych nowych praw. Będą go bronić bądź to ze względu na bezpośrednie korzyści materialne, bądź to ze względu na idealistyczne wyobrażenie o naturze ludzkiej, które obrońcy szczegółowego kodyfikowania życia często prezentują.

Przez całe wieki społeczeństwa doskonale funkcjonowały w oparciu o prostą kodyfikację praw, odpowiadającą intuicyjnemu poczuciu sprawiedliwości. Oczywistym jest, że rozwój cywilizacyjny prowadzi do potrzeby kodyfikacji całych nowych dziedzin życia (ruch drogowy i wodny, ruch lotniczy, częstotliwości radiowe, ochrona środowiska...), jednak jakoś trudno mi uwierzyć, by OBIEKTYWNE dobro obywateli wymagało, by produkować prawa w takim tempie.

Dla zobrazowania sytuacji powiem, że w latach 1930 - 1939 ukazało się w Polsce 1013 wydań Dziennika Ustaw. W latach 2003 - 2007 ukazało się ich już 1048. Nie liczyłem ustaw, ale już sama liczba Dzienników wiele nam mówi. O ilości. O jakości nie ma co gadać...

A co do kanarów, to nadal twierdzę, że nie istnieją.

Powroty - co by było, gdyby Polska nie powiedziała NIE Hitlerowi?

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka