Adam Pietrasiewicz Adam Pietrasiewicz
72
BLOG

Znajomy polityk, czyli rzecz o klienteli.

Adam Pietrasiewicz Adam Pietrasiewicz Polityka Obserwuj notkę 2
Znajomy zna jednego z ministrów. Nie powiem którego, bo to bez znaczenia.

Znajomy ma dziecko w wieku pomaturalnym. Dziecko leniwe na tyle, że nie chciało mu się wystarczająco przyuczyć, by zdać maturę z wynikiem takim, by się dostać na studia dzienne, bezpłatne. Ale dziecko na tyle ambitne, że woli studiować niż jechać do Afganistanu budować szkoły i bronić wdów i sierot. Dziecko zapisało się na studia płatne.

Ponurych realiów życia lepiej jest się uczyć jak najwcześniej, więc dziecko musi sobie na studia zapracować, choć znajomy mógłby za nie zapłacić.

Na pierwszy ogień poszła praca w sieci barów szybkiej obsługi pewnej znanej na całym świecie marki. Oni zatrudniają każdego, dostosowują godziny pracy w sposób elastyczny, płacą byle jak, ale i tak lepiej niż pensja minimalna. Dziecko nauczyło się tworzyć bułki z kotletami i podawać je klientom, nauczyło się obsługi kasy i uśmiechania się nawet wtedy, gdy człowiek ma wszystkiego dość.

Dziecko nauczyło się też jak to jest nie być klientem, tylko być z drugiej strony lady. I bardzo dobrze, chociaż szybko się to znudziło. Lepiej jest być klientem jednak.

Pojęcie „klient” pochodzi ze starożytnego Rzymu, gdzie nie znaczyło tego, co oznacza dziś w języku potocznym. Klientem był człowiek, którego łączyły z innym, zazwyczaj bogatym i wpływowym człowiekiem dziedziczne więzy współzależności. Współzależności, a nie tylko zależności, gdyż, choć klient miał szereg obowiązków wobec swojego „patrona” to i „patron”, a nawet przede wszystkim on, miał szereg określonych obowiązków wobec klienta. „Patron” musiał o klienta dbać, obsypywać go prezentami, zapraszać na uczty, pomagać właściwie we wszystkich problemach życiowych. Posiadanie klienteli było ważnym elementem rzymskiego „public relations” – ktoś, kto nie miał własnej klienteli nie liczył się i nie miał szans na jakikolwiek awans w hierarchii społecznej. Obowiązkiem klienta było... być. Być w orszaku, gdy „patron” przemieszczał się po mieście, być na przyjęciu, gdy zapraszano gości, pokazywać się i tworzyć tłum, by w ten sposób podkreślić znaczenie „patrona”. Zależność „patron”-klient była w starożytnym Rzymie skodyfikowana, była dziedziczna i całkowicie naturalna.

A dziś? Jak jest dzisiaj?

Znajomy jest klientem ministra. Zależność ta nie jest wynikiem dziedziczenia, nie jest też w żaden sposób skodyfikowana. Jest wynikiem szeregu zdarzeń, które spowodowały, że to znajomy jest klientem ministra, a nie sam jest ministrem, co mogłoby mieć miejsce zapewne, gdyby niektóre zdarzenia potoczyły się inaczej.

Jako klient poprosił pana ministra o pomoc przy znalezieniu pracy dla dziecka. Praca znalazła się NATYCHMIAST. Wbrew temu, co czasami ludzie opowiadają, nie jest to praca za jakieś ogromne pieniądze – niecałe dwa razy tyle, co pensja minimalna nie stanowi dziś w stolicy jakiegoś nieprawdopodobnie wysokiego wynagrodzenia. Jest to odrobinę więcej tylko niż w barze szybkiej obsługi. Dziecko pracuje i zarabia na swoje studia.

Ciekawa była reakcja dziecka, gdy wróciło do domu po pierwszym dniu pracy. Było oburzone faktem, że nasze podatki są wydawane w tak głupi sposób. Stwierdziło, że w jednostce, w której pracuje można by bez żadnego problemu zwolnić trzy osoby, z nim włącznie, bez żadnej straty dla jakości pracy. Że to widać na pierwszy rzut oka, że stanowiska te są stworzone po to, by zadowolić klientelę pana ministra.

Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, znajomy nie jest w stanie być dla pana ministra użyteczny w żaden konkretny sposób. Z całą pewnością nie będzie dla niego nigdy źródłem korzyści finansowych, nawet pośrednio, nie załatwi niczego w żadnych instytucjach, jest po prostu, wydawałoby się, BEZUŻYTECZNY. A jednak został potraktowany życzliwie...

Klientela polityków odgrywa dziś chyba jednak inną rolę niż w starożytnym Rzymie. Dziś to polityk jest całkowicie uzależniony od swojej klienteli, która nim zarządza i manipuluje, a on wykonuje to, co mu się każe. Nowoczesna klientela, to grupy nacisku i przeróżni lobbyści dysponujący władzą, o której przeciętny polityk nawet nie może śnić. I to chyba właśnie jest przyczyną, dla której politycy tak chętnie i bezproblemowo pomagają takim ludziom, jak mój znajomy. To właśnie tacy „moi znajomi” tworzą namiastkę prawdziwej klienteli, która pomaga poczuć się ważnym i mieć wrażenie, że się coś tak naprawdę może zrobić samodzielnie.

Ciekawe, czy jak minister odejdzie, dziecko znajomego też straci pracę. Nawet jeśli, to i tak będzie miało doskonałe, życiowe doświadczenie – zobaczyło już, jak to wszystko tak naprawdę działa i na czym polega. Trzeba znać kogoś, kto zna kogoś, a cała reszta zadziała sama.

Ponieważ ostatnio zarzucono mi, że jakoś mało konkretnie piszę i treści odpowiedniej nie przekazuję, to przedstawiam wnioski i podsumowuję.

Wnioski i podsumowanie:

Jest dobrze! Tak trzymać. Tak to ma właśnie wyglądać, skoro tak to wszędzie i zawsze wyglądało!

A co do kanarów, to nadal twierdzę, że nie istnieją.


Powroty - co by było, gdyby Polska nie powiedziała NIE Hitlerowi?

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (2)

Inne tematy w dziale Polityka