Dla mnie Wałęsa kojarzy się z kilkoma zdarzeniami i historiami. To, co dzisiaj się dzieje jest najwyraźniej naturalną kontynuacją procesu trwającego od lat.
Najpierw był rok 1980. Na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych powstał NZS i trzeba było działać, działać szybko, bo wówczas wszystko działo się szybko, trzeba też było się wykazać przed ludźmi operatywnością i siłą przebicia, bo takich się lubi. Udało mi się dowiedzieć, że Wałęsa będzie w Warszawie na jakieś rozmowy z rządem i w ciągu paru godzin udało mi się ściągnąć go na spotkanie ze studentami na półtorej godziny… Przyszedł, pogadał, poszedł, następnego dnia w prasie ukazała się tylko informacja, że Lech Wałęsa w pewnym momencie zniknął z miejsca rozmów rządowych, po czym po dwóch godzinach pojawił się w czapce studenckiej UW.
W czasie spotkania siedziałem obok niego i sortowałem napływające z sali pytania napisane na kratkach. Chodziło o to, żeby nie powtarzać wciąż tego samego. Posortowane pytania podawałem Wałęsie. Był to dzień, w którym nabrałem ogromnego szacunku do tego człowieka.
Otóż Wałęsa przeprowadzał kolejne sortowanie pytań. Odrzucał po prostu te, na które nie potrafił odpowiedzieć. Na inne odpowiadał dość okrągłymi zdaniami, najwyraźniej przygotowanymi przez doradców i nie próbował nawet przez moment dodawać czegokolwiek od siebie. Więcej nie miałem z nim do czynienia osobiście, ale potem przez wiele lat przytaczałem tę historię jako dowód na to, że Lech Wałęsa zna granice swoich możliwości.
Potem nastał czas, gdy Lecha Wałęsę nazywano w telewizji, którą oglądałem, „Lesz Waleza” (z akcentem na „za”) i choć dochodziły mnie echa tego, że traci nieco na popularności w Polsce, to nie przekładało się to w żaden sposób na jego popularność za granicą. Pojechałem oczywiście do konsulatu w odpowiednim dniu, by oddać na niego głos.
Pierwsza rysa w obrazie pojawiła się, gdy mój Ojciec, który był prezesem PKO BP, został zaproszony do pana Prezydenta, do Belwederu na śniadanie. Było to akurat w momencie, gdy byłem w Warszawie, na urlopie. Poszedł i po paru godzinach wrócił zdruzgotany. Po długiej rozmowie na temat finansów państwa, do której pan prezydent się najwyraźniej przygotował, nastąpił kubeł zimnej wody. Otóż mój Ojciec tłumaczył, że pomysł stu milionów dla każdego nie jest dobry, że może to zachwiać finansami państwa, pan Prezydent pytał mądrze o różne rzeczy, najwyraźniej słuchał, po czym, na koniec, zapytał mojego Ojca:
- Panie prezesie, a może mi pan powiedzieć gdzie pan drukował te wasze bony oszczędnościowe, bo one są takie ładne, a ja chciałbym te sto milionów wydać też na takim ładnym papierze…
Zobaczyłem wówczas rysę na nieskazitelnym jeszcze dla mnie obrazie prezydenta RP. Potem popatrzyłem na niego w telewizji i zacząłem widzieć różne rzeczy, które nie świadczyły za dobrze o naszej głowie państwa. Pamiętam, że w rozmowie z kimś porównywałem wówczas dwóch prezydentów – Polski i Francji, i powiedziało mi się tak:
- Jak się patrzy na prezydenta Mitteranda, to abstrahując od tego, czy się popiera jego opcję, czy nie, to się widzi męża stanu. Gdy się patrzy na prezydenta Wałęsę, to również bez względu na wszystko widzi się elektryka.
Potem były przegrane wybory. Wszyscy pamiętają „podawanie nogi”, ale pewnie wiele osób nie wie skąd ta noga się wzięła. Ja wiem od osoby bliskiej Wałęsie, której nazwiska oczywiście nie podam. Otóż podobno Wałęsa był absolutnie i doskonale przygotowany do debaty z Kwaśniewskim i właściwie nie było szans, by poległ. Ale poza przygotowaniem merytorycznym były jeszcze sprawy pozamerytoryczne. Oba sztaby dograły wszystkie detale spotkania w najdrobniejszych szczegółach. Wszystko było zapięte na ostatni guzik. Między innymi było ustalone bardzo wyraźnie i jednoznacznie, że obaj panowie NIE BĘDĄ sobie ręki podawali. To była podobno baza wszystkiego, co do czego oba sztaby zgodziły się bez wahania. No i któryś z doradców Kwaśniewskiego miał naprawdę doskonały pomysł, by zdestabilizować Wałęsę tą próbą podania ręki – jak widać doskonale to zadziałało!
Myślę, że ta historia nosi znamiona prawdy. Doskonały chwyt psychologiczny, jak się nieco zastanowić, to taka debata jest źródłem tak niesamowitego stresu dla kandydata, że każdy, najdrobniejszy nawet element może być źródłem katastrofy. Jednak prawdziwy mąż stanu potrafiłby się odnaleźć w takiej sytuacji… nawet więcej powiem – każdy naprawdę KULTURALNY człowiek potrafiłby się odnaleźć…
A potem już było coraz gorzej i gorzej. Nie głosowałem w tych kolejnych wyborach – nie chciało mi się jeździć do konsulatu dla Wałęsy (bo przecież na komucha-kłamczucha bym nie głosował).
Nie miałem nigdy poczucia wstydu, że TAKI KTOŚ jest naszym prezydentem. To, kto jest prezydentem nie ma żadnego związku z jakimś charakterem narodowym czy innymi cechami, nieprawdą jest nawet, że mamy takiego prezydenta, na jakiego sobie zasłużyliśmy. Mamy takich przedstawicieli, na jakich głosowaliśmy, a głosowaliśmy na nich, bo tak kazały nam media. Kazały wprost lub nie wprost, kazały, bo na przykład plakat z kandydatem był ładniejszy od plakatu z kontrkandydatem. W przypadku „podawania nogi” też zapewne media mogły uratować sytuację, gdyby chciały, wyjaśniając całą sytuację…
Obraz odpowiedzialnego Wałęsy z 1980 roku znikł już z mojej pamięci. Jest teraz ten żałosny obraz, który widzimy wszyscy dziś, który trwa od wielu, wielu lat. Smutne to, ale chyba nic już tego nie zmieni. Dla mnie jest to przestroga, by nie ufać żadnemu politykowi.
Czego wszystkim życzę.
A co do kanarów, to nadal twierdzę, że nie istnieją.
Najpierw był rok 1980. Na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych powstał NZS i trzeba było działać, działać szybko, bo wówczas wszystko działo się szybko, trzeba też było się wykazać przed ludźmi operatywnością i siłą przebicia, bo takich się lubi. Udało mi się dowiedzieć, że Wałęsa będzie w Warszawie na jakieś rozmowy z rządem i w ciągu paru godzin udało mi się ściągnąć go na spotkanie ze studentami na półtorej godziny… Przyszedł, pogadał, poszedł, następnego dnia w prasie ukazała się tylko informacja, że Lech Wałęsa w pewnym momencie zniknął z miejsca rozmów rządowych, po czym po dwóch godzinach pojawił się w czapce studenckiej UW.
W czasie spotkania siedziałem obok niego i sortowałem napływające z sali pytania napisane na kratkach. Chodziło o to, żeby nie powtarzać wciąż tego samego. Posortowane pytania podawałem Wałęsie. Był to dzień, w którym nabrałem ogromnego szacunku do tego człowieka.
Otóż Wałęsa przeprowadzał kolejne sortowanie pytań. Odrzucał po prostu te, na które nie potrafił odpowiedzieć. Na inne odpowiadał dość okrągłymi zdaniami, najwyraźniej przygotowanymi przez doradców i nie próbował nawet przez moment dodawać czegokolwiek od siebie. Więcej nie miałem z nim do czynienia osobiście, ale potem przez wiele lat przytaczałem tę historię jako dowód na to, że Lech Wałęsa zna granice swoich możliwości.
Potem nastał czas, gdy Lecha Wałęsę nazywano w telewizji, którą oglądałem, „Lesz Waleza” (z akcentem na „za”) i choć dochodziły mnie echa tego, że traci nieco na popularności w Polsce, to nie przekładało się to w żaden sposób na jego popularność za granicą. Pojechałem oczywiście do konsulatu w odpowiednim dniu, by oddać na niego głos.
Pierwsza rysa w obrazie pojawiła się, gdy mój Ojciec, który był prezesem PKO BP, został zaproszony do pana Prezydenta, do Belwederu na śniadanie. Było to akurat w momencie, gdy byłem w Warszawie, na urlopie. Poszedł i po paru godzinach wrócił zdruzgotany. Po długiej rozmowie na temat finansów państwa, do której pan prezydent się najwyraźniej przygotował, nastąpił kubeł zimnej wody. Otóż mój Ojciec tłumaczył, że pomysł stu milionów dla każdego nie jest dobry, że może to zachwiać finansami państwa, pan Prezydent pytał mądrze o różne rzeczy, najwyraźniej słuchał, po czym, na koniec, zapytał mojego Ojca:
- Panie prezesie, a może mi pan powiedzieć gdzie pan drukował te wasze bony oszczędnościowe, bo one są takie ładne, a ja chciałbym te sto milionów wydać też na takim ładnym papierze…
Zobaczyłem wówczas rysę na nieskazitelnym jeszcze dla mnie obrazie prezydenta RP. Potem popatrzyłem na niego w telewizji i zacząłem widzieć różne rzeczy, które nie świadczyły za dobrze o naszej głowie państwa. Pamiętam, że w rozmowie z kimś porównywałem wówczas dwóch prezydentów – Polski i Francji, i powiedziało mi się tak:
- Jak się patrzy na prezydenta Mitteranda, to abstrahując od tego, czy się popiera jego opcję, czy nie, to się widzi męża stanu. Gdy się patrzy na prezydenta Wałęsę, to również bez względu na wszystko widzi się elektryka.
Potem były przegrane wybory. Wszyscy pamiętają „podawanie nogi”, ale pewnie wiele osób nie wie skąd ta noga się wzięła. Ja wiem od osoby bliskiej Wałęsie, której nazwiska oczywiście nie podam. Otóż podobno Wałęsa był absolutnie i doskonale przygotowany do debaty z Kwaśniewskim i właściwie nie było szans, by poległ. Ale poza przygotowaniem merytorycznym były jeszcze sprawy pozamerytoryczne. Oba sztaby dograły wszystkie detale spotkania w najdrobniejszych szczegółach. Wszystko było zapięte na ostatni guzik. Między innymi było ustalone bardzo wyraźnie i jednoznacznie, że obaj panowie NIE BĘDĄ sobie ręki podawali. To była podobno baza wszystkiego, co do czego oba sztaby zgodziły się bez wahania. No i któryś z doradców Kwaśniewskiego miał naprawdę doskonały pomysł, by zdestabilizować Wałęsę tą próbą podania ręki – jak widać doskonale to zadziałało!
Myślę, że ta historia nosi znamiona prawdy. Doskonały chwyt psychologiczny, jak się nieco zastanowić, to taka debata jest źródłem tak niesamowitego stresu dla kandydata, że każdy, najdrobniejszy nawet element może być źródłem katastrofy. Jednak prawdziwy mąż stanu potrafiłby się odnaleźć w takiej sytuacji… nawet więcej powiem – każdy naprawdę KULTURALNY człowiek potrafiłby się odnaleźć…
A potem już było coraz gorzej i gorzej. Nie głosowałem w tych kolejnych wyborach – nie chciało mi się jeździć do konsulatu dla Wałęsy (bo przecież na komucha-kłamczucha bym nie głosował).
Nie miałem nigdy poczucia wstydu, że TAKI KTOŚ jest naszym prezydentem. To, kto jest prezydentem nie ma żadnego związku z jakimś charakterem narodowym czy innymi cechami, nieprawdą jest nawet, że mamy takiego prezydenta, na jakiego sobie zasłużyliśmy. Mamy takich przedstawicieli, na jakich głosowaliśmy, a głosowaliśmy na nich, bo tak kazały nam media. Kazały wprost lub nie wprost, kazały, bo na przykład plakat z kandydatem był ładniejszy od plakatu z kontrkandydatem. W przypadku „podawania nogi” też zapewne media mogły uratować sytuację, gdyby chciały, wyjaśniając całą sytuację…
Obraz odpowiedzialnego Wałęsy z 1980 roku znikł już z mojej pamięci. Jest teraz ten żałosny obraz, który widzimy wszyscy dziś, który trwa od wielu, wielu lat. Smutne to, ale chyba nic już tego nie zmieni. Dla mnie jest to przestroga, by nie ufać żadnemu politykowi.
Czego wszystkim życzę.
A co do kanarów, to nadal twierdzę, że nie istnieją.


Komentarze
Pokaż komentarze (11)