Adam Pietrasiewicz Adam Pietrasiewicz
74
BLOG

Zeznanie...

Adam Pietrasiewicz Adam Pietrasiewicz Polityka Obserwuj notkę 1

Przyszło mi do głowy, że CZEMU NIE? Lubię to opowiadanie.

-------------------------------------------------

Zeznanie.

Adam Pietrasiewicz

Nazywam się Dupont. François Dupont. Mam 35 lat i pewnie nie będę miał nigdy 36. Skądinąd nikt już nie będzie miał okazji święcić kolejnych urodzin, chyba że ci, którym to święto wypada w najbliższym czasie. Ale wątpię, czy będą mieli ochotę zdmuchiwać świeczki na torcie.

Zresztą świeczki są ostatnio cennym towarem. Zapałki też.

Siedzę przy stole i oświetlam papier lampą naftową. Jestem pisarzem, to znaczy od czasu do czasu piszę jakąś książkę albo opowiadanie, wykłócam się z wydawcą o każdego centima i jakoś sobie trwam od pierwszego do pierwszego. Lepiej czy gorzej ale raczej gorzej niż lepiej.

Piszę książki kryminalne, w których ci co wydają się dobrzy wcale nie są dobrzy, a ci co są źli są jeszcze bardziej źli niż by się mogło wydawać. A ludzie to czytają i gdy je kończą, to są niezadowoleni, bo moje książki nigdy nie kończą się happy endem. Ludzie lubią, gdy książki dobrze się kończą, gdy w ostatnim momencie przyjeżdża kawaleria i wszyscy są szczęśliwi.

Ja tam wcale nie wierzę, że wszystko dobrze się kończy. Najlepszym przykładem na to, że tak nie jest to nasze zasrane życie, które zawsze kończy się śmiercią. I dlatego nie lubię happy endów.

No i mam satysfakcję. Najwspanialsza historia, która trwa od wieków, historia życia na Ziemi, wcale nie kończy się dobrze. A nie mówiłem?! Też mi satysfakcja. Najgorsze jest to, że w tej całej historii jestem szwarc charakterem. Całkiem przypadkiem.

Ale w moich książkach czarne charaktery też stają się czasami czarnymi charakterami zupełnie przypadkiem. Tyle, że ten przypadek nie jest nigdy do końca taki przypadkowy. Zawsze jakoś się go sprowokowało. W moim przypadku też tak było. Będę szczery, nie muszę się już obawiać konsekwencji. Wyrok zapadł, ten sam dla wszystkich. A piszę, bo muszę zabić czymś czas, który mi pozostał, który pozostał kilku miliardom ludzi płacąych za to, co zrobiłem.

Wcale nie mam wyrzutów sumienia. Ponoszę konsekwencje za swoje czyny jak dorosły człowiek. Wcale nie chciałem rozciągać konsekwencji na innych ale nie zależało to ode mnie. Natomiast jestem wściekły. O, tak, wściekły jak cholera. Ale zanim napiszę, dlaczego jestem wściekły, opowiem co się dzieje. Tego wymaga sztuka pisarska, nie można od razu na pierwszej stronie wszystkiego wyjawić, trzeba dozować napięcie, trzeba trzymać czytelnika bez tchu. Pewnie, że nikt tego nigdy nie przeczyta. Ale jak się pisze książki, to się je pisze dla jakiegoś niezidentifikowanego "odbiorcy" i też się go nie zna, i też się nie wie czy ktoś to przeczyta. W tym przypadku sytuacja jest tylko odrobinę inna, po prostu wiem, że napewno, nikt, nigdy tego nie przeczyta. Ale piszę, bo jest to jedyna rzecz, którą potrafię robić.

Wszystko zaczęło się w ponurym barze, na rogu ulicy Kapeluszników w Metzu. Bar nazywa się Pod Wagą i jest siedliskiem dziwnych typów mających jakieś kontakty ze skrajną prawicą. Snują tu plany wytępienia we Francji arabskiej zarazy, która zalewa piękny kraj Joanny d'Arc. Nie spodziewali się, że ich plany zostaną zrealizowane w tak radykalny sposób. Arabska zaraza, jak nazywali robotników, którzy przybyli do Francji w latach sześćdziesiątych, zostanie wytępiona definitywnie. Wszyscy Arabowie znikną z tego padołu, co do ostatniego, i to już bardzo niedługo. Ale ani prawicowe typy ani arabscy robotnicy nie mieli żadnego związku z historią, którą opisuję. Przejdę do rzeczy.

Siedziałem więc w barze Pod Wagą z moim psem Arystotelesem. Arystoteles jest gigantycznym bassetem, waży 50 kilo i jest strasznie leniwy. Zawsze zabierałem go do baru, gdzie dostawał na spodku soku cytrynowego, który uwielbiał. Kompletny degenerat, czy widział ktoś psa, który pije sok cytrynowy? A Arystoteles to lubił.

Ja piłem piwo. Nie lubię piwa, ale pijam je czasem, bo jakbym powiedział w barze, że nie lubię piwa, toby nikt ze mną nie chciał gadać. A ja lubię gadać, nawet ze skrajnie prawicowymi typami.

Padał deszcz. Była wiosna ale Słońce nie pokazywało się często na niebie i było zimno. Przyznam, że od tego czasu poznałem jeszcze większe zimno i Słońce też nie pokazuje się na niebie ale wszystko po kolei. No więc siedziałem przy piwie i słuchałem opowieści o jakiejś dziewczynie, co dawała dupy każdemu. Tak to już bywa. W pewnym momencie drzwi się otworzyły i wszedł kompletnie przemoczony facet, o dziwnym wyglądzie. Wszedł, siadł przy barze i zamówił wódkę. Mało kto zamawiał wódkę w barze Pod Wagą. Jak już mówiłem, piło się tu piwo.

Ale właśnie to mnie zainteresowało, więc podszedłem bliżej i ze szklanką w ręku i usiadłem obok niego przy barze. Skoro pił wódkę, to była szansa, że się upije. A skoro może się upić, to być może uda mi się zrobić z nim jakiś interes.

Bo muszę się przyznać, że poza zawodem pisarza, który nie przynosi nikomu wielkich pieniędzy, od czasu do czasu handluję różnymi drobiazgami. Są ludzie, którzy mówią, że jestem drobnym oszustem ale nie jest tak całkiem. Prawdą jest, że nie zawsze staram się poinformować wszystkich, o wszystkim co wiem. Bo i po co, ludzie są dorośli, mają oczy i uszy jak ja. Wystarczy patrzeć, słuchać, dotknąć. A jak mają ochotę dać się zrobić w konia, to już ich sprawa. Mnie też zrobiono w konia.

Facet wypił kieliszek do dna, jak Polak.
- Ale pan ma spust. Nie lubi pan piwa?
- Nie. Wódka. Tylko wódka.

Mówił z jakimś dziwnym akcentem.
- Pan jest Polakiem?

W Metzu mieszka mnóstwo Polaków, mają taki śmieszny akcent, gdy mówią.
- Nie, - facet popatrzył na mnie, - chyba nie. A co to takiego?

Teraz, gdy na mnie spojrzał, zauważyłem, że jest jakiś dziwny. Nie, nie miał w sobie nic z Araba ani z Murzyna. Miał dziwne oczy, jakby szalonego, przerażonego człowieka. Przysunąłem się bliżej.
- Bo chleje pan jak Polak.
- Skoro pan tak mówi...
- Dużo pan tak może wypić?
- Nie wiem. Chciałbym jak najwięcej. Dobrze mi to robi.
- Z przyjemnością postawię panu kielicha - powiedziałem dając znak barmanowi. - Jeannot, nalej tu jeszcze temu panu wódki. A mnie jeszcze dolej piwka.

Facet wziął kieliszek i znów jednym haustem wypił. Patrzyłem z podziwem nigdy nie potrafiłem tak pić.
- Pan to chyba jednak Polak. Akcent też ma pan taki dziwny.
- Akcent... - tamten jakby się zastanowił. - A, akcent. Tak, nie miałem czasu dobrze przetrenować.
- Przetrenować?
- Nieważne.

Jeannot na mój znak nalał jeszcze raz do pełna wódki. Facet popatrzył na kieliszek, uśmiechnął się i powiedział do barmana:
- Dziękuję.
- Nie mnie, to Diabłowi niech pan dziękuje.

Wszyscy w barze Pod Wagą nazywali mnie Diabeł. Nie wiem czemu, chyba ktoś kiedyś musiał stwierdzić, że jestem do niego podobny.

Facet popatrzył na mnie i uśmiechnął się.
- To pan za to płaci?
- Ano ja. Zobaczyłem, że ma pan jakiś problem, to pomyślałem, że może chociaż tak mogę panu pomóc. Musimy się wzajemnie wspierać, trzeba pomagać bliźnim.
- Pan jest Diabeł?
- Ja. Tak mnie przynajmniej tu nazywają. Ale na imię mam François. Diabeł, to tylko takie przezwisko.
- Z nieba mi pan spada.

Uśmiechnąłem się szeroko. Pewnie przysyła go do mnie jakiś klient, który był wyjątkowo zadowolony z moich usług.
- Wie pan, diabeł raczej nie spada z nieba - zażartowałem chcąc wprowadzić dobrą atmosferę.
- Ale tak się mówi. Przynajmniej tak wynika z... - Facet zawahał się i zamilkł.
- Co pana do mnie sprowadza?
- Chciałbym zaproponować panu interes.

Lubię ludzi, którzy wiedzą, czego chcą. Z takimi ludźmi dobrze się handluje, bo zazwyczaj tylko im się wydaje, że wiedzą, czego chcą. Tak naprawdę, to pod otoczką twardziela siedzi wystraszony człowieczek, którego wystarczy tylko trochę połaskotać, żeby wepchnąć mu byle co.
- Wal pan, nie ma co owijać w bawełnę.

Facet popatrzył na mnie, uśmiechnął się po raz pierwszy od wejścia do baru i rozejrzał się dookoła.
- Nie spodziewałem się, że tu pana spotkam. Nie spodziewałem się, że w ogóle pana spotkam. Dziwne miejsce.
- Wie pan, mnie można spotkać albo u mnie, albo tu. Raczej nie podróżuję.

Facet zaczął się śmiać.
- Z pana to żartowniś. Dobre...

Nie wiedziałem z czego się śmiał. Ja wcale nie uważałem, że jest coś śmiesznego w fakcie, że nigdzie się nie ruszam. Nie mam pieniędzy, żeby się gdziekolwiek ruszać.
- Co to za interes? - Zapytałem nieco zagniewany jego reakcją.
- Przysłali mnie tu, żebym kupił trzy okoliczne słońca. Nie bardzo wiedziałem, z kim mam rozmawiać. Wszyscy, do których się zgłaszałem mówili "idź pan do diabła!", a nikt mi nie chciał powiedzieć, gdzie mam pana znaleźć. Pan zarządza tym kawałkiem przestrzeni, jeśli dobrze rozumiem.

Delirium. Facet musiał być chory psychicznie. Nie miałem nic innego do roboty, więc postanowiłem zabawić się trochę. No cóż, widać nie dane było mi pohandlować tego wieczora.

Lepiej byłoby, gdybym od razu wezwał pogotowie. Zabraliby go, zamknęli w szpitalu psychiatrycznym i byłby spokój. I tak by się wydostał, pewnie w ten sam sposób, jak się tu dostał.

Ale nie wezwałem pogotowia.
- Wie pan, zasięg mojej władzy nie jest dokładnie sprecyzowany. Ale wszystko, co jest w najbliższej okolicy należy do mnie.
- Należy? Zazwyczaj mam do czynienia z zarządcami. Wie pan, dziwna jest ta planeta...
- Pewnie, że dziwna, nie pan pierwszy to zauważył.

Facet popatrzył na mnie nie mówiąc nic przez dłuższą chwilę. Sięgnął po kieliszek, który był pusty. Dałem znak barmanowi, żeby mu nalał.
- Tak więc po pierwsze chciałbym wiedzieć, czy są na sprzedaż. Trzy, jeśli pan chce, to mam tu mapy, zaraz panu pokażę...
- Nie, nie ma potrzeby. - Powstrzymałem jego rękę, którą sięgał do stojącej na podłodze teczki.
- Nie chce pan sprzedać? - W jego głosie zabrzmiała nutka smutku. - Nie mogę wrócić z pustymi rękami. Ja jestem na procencie, jest pan moją ostatnią szansą. Jak wrócę bez niczego, to mnie wywalą.
- Nic z tych rzeczy. Nie ma potrzeby wyciągać mapy, bo wszystko jest na sprzedaż. A co pan chce kupić?
- Mówiłem już, słońca. Trzy. Wezmę jednak mapy, lepiej rozmawiać o konkretach.

Sięgnął po teczkę i wyjął jakieś zwoje i rulony. Nie był to zwyczajny papier, przypominało to trochę folię aluminiową. Rozłożył to wszystko na kontuarze i położył palec po środku.
- Te trzy. Tu, tu i tu. To jest pański sektor, prawda?

Popatrzyłem na zapełnioną różnokolorowymi kropkami i kreskami kartkę. Nie bardzo wiedziałem, co to może być. Na wszelki wypadek powiedziałem:
- Tak, to mój sektor.

Bo i czemu by nie. Facet przyszedł kupować słońca, to ten kawałek mapy, bo zorientowałem się, że może to być mapa nieba, może być moim sektorem.
- To co, sprzeda pan?
- Wie pan co, w interesach nie można być takim raptusem. Powiedzmy, że możemy ponegocjować.

Tamten westchnął ciężko.
- Tak, ma pan rację. Trzeba negocjować. Ale ja nie mam już czasu. Pańska cena będzie moją. Mam nadzieję, że pozostaniemy w granicach rozsądku.

Popatrzyłem na niego zastanawiając się, co odpowiedzieć. Był to najwyraźniej szaleniec ale czasami szaleńcy mają pieniądze. Czemu by nie spróbować.
- Trzy miliony? Po milionie za słońce?

Tamten przez chwilę nic nie mówił. Wyciągnął jakieś pudełeczko, chyba kalkulator, ale nigdy nie widziałem takiego modelu i zaczął liczyć.
- Trzy miliony, to drogo. Ale zgadzam się. Nie mam wyboru, mówiłem już panu. Gdzie są zbiorniki? Na Księżycu? Widziałem, że macie tu ładnego satelitę, może kiedyś wpadnę, to ponegocjujemy. Ale następnym razem nie będę się tak spieszył. Zazwyczaj w interesach jestem trudnym partnerem.
- Co na Księżycu?
- No, pytam czy zbiorniki na antymaterię są na Księżycu. Bo chyba nie chce pan, żebym wyładował panu trzy miliony baryłek antymaterii tu, na Ziemi. Wie pan, że regulaminy na to nie pozwalają.

Delirium zaczęło osiągać apogeum. Facet chciał kupić trzy słońca ale płacił antymaterią. Logiczne, prawda? Może jeszcze ptasim mleczkiem... Postanowiłem bawić się dalej. Wyjąłem z kieszeni banknot piećsetfrankowy. Ostatni, który mi pozostał.
- Nie, ja myślę o tym. Trzy miliony franków.

Facet wziął banknot do ręki, obejrzał go dokładnie ze wszystkich stron i westchnął, chyba tylko do siebie:
- Gdzie się nie ruszę, to zawsze trafiam na jakichś szaleńców. Albo ekscentryków.

Nie odpowiedziałem. Cóż, normalny człowiek zawsze wydaje się wariatowi szaleńcem. Albo ekscentrykiem.
- To co, chce pan tego trzy miliony? Jak pan chce, ale wszystko spiszemy. Nie mam ochoty mieć potem nieprzyjemności.

Wyjął z teczki jakieś dokumenty, które zaczął rozkładać wokół siebie. Barman, który stał trochę z boku, z rozbawieniem patrzył na sterty papierzysk na kontuarze.
- Może przejdziemy do stolika, tam będzie wygodniej. - Zaproponowałem.

Facet zebrał wszystko i siedliśmy przy oknie. Zaczęło się przejaśniać, przez dziurę w chmurach wyjrzało Słońce.
- Jak pan chce. Więc trzy miliony, tak?
- Tak. Trzy i sześć zer.
- Pozwoli pan, że zrobię kopię - facet sięgnął po banknot, który trzymałem w ręku. Cofnąłem dłoń.
- Rozumiem, że jest to coś o dużej wartości...
- Pewnie, że dużej wartości, to już ostatni, który mi został.
- Aha, rozumiem. Ale muszę zrobić kopię do kontraktu. íeby mi nikt nie powiedział potem, że pana oszukałem.

Jak się bawić, to się bawić. Podałem mu banknot ale przesunąłem się nieco, by móc złapać go, gdyby chciał uciec.

Nie próbował uciekać. Włożył pięćset franków do jakiejś małej maszynki i po chwili wyjechały z niej trzy banknoty. Jeden mi oddał, dwa położył przy dokumentach.
- Wszystko już przygotowałem. Kontrakt jest zrobiony, napisałem go w pańskim języku, mamy ostatnio nakaz prowadzenia negocjacji w jezyku naszych kontrahentów. Zechce pan podpisać?

Wziąłem z jego ręki dokument, który również był z tego samego dziwnego materiału. Zacząłem czytać. Wyglądało to na klasyczną umowę kupna-sprzedaży. Na końcu, tam gdzie była mowa o cenie, była przyklejona kopia mojego banknotu.
- Ma pan pióro? - zapytałem poklepując się po piersiach w poszukiwaniu długopisu.

Podał mi coś, co przypominało pióro wieczne. Nie wiedziałem jak mam się tym posłużyć ale zobaczyłem jak on to robi i zrobiłem to samo.

Gdy podpisałem trzy egzemplarze facet wstał i wyciągnął do mnie rękę.
- Cieszę się, że doszliśmy do porozumienia. Mam nadzieję, że będziemy się mogli jeszcze spotkać. Gdzie mam panu dostarczyć te trzy miliony?
- Niech pan mi je tu przyniesie.
- Dobrze. Zaraz wracam. Może pan rzucić okiem na moje dokumenty przez ten czas?
- Nie ma problemu.

Facet wyszedł, a ja siedziałem zastanawiając się jaki będzie dalszy ciąg tej zwariowanej historii. Nie minęło dziesięć minut gdy tamten siadał przede mną przy stoliku. W ręce trzymał wielką walizkę. Kufer.
- Proszę bardzo. Nie miałem specjalnych problemów z odtworzeniem. Resztę zostawiłem przy drzwiach. Ciężkie. Nie macie tutaj odtwarzaczy? Bo jeśli nie, to ja mogę panu zaproponować, niedrogo...
- Wie pan, ja raczej niczego nie kupuję. Niech się pan zgłosi do kogoś innego.
- Oczywiście, oczywiście. No dobrze, teraz będę już leciał. Miło było mi pana poznać. I dziękuję za wódkę, uwielbiam wódkę.

Facet wstał, uścisnął mi rękę i wybiegł z baru Pod Wagą jakby go wszyscy diabli gonili.

Barman podszedł do mnie i pokazując na kufer, który stał przy stoliku, zapytał:
- Co on ci tam zostawił, Diabeł?
- Trzy miliony franków. Przecież to chyba oczywiste. Sprzedałem mu trzy słońca.
- Przestań się wygłupiać. Lepiej otwórz i zobacz co tam jest.

Położyłem kufer na podłodze i nie bez pewnego trudu podniosłem wieko. Gdy zobaczyłem zawartość zamarłem.
- O, kurwa! - powiedział barman.

W kufrze, ciasno poukładane, leżały banknoty pięćsetfrankowe. Cały kufer wypełniony był banknotami pięćsetfrankowymi. Wokół nas zgromadzili się goście baru. Wszyscy stali i patrzyli jak oglądałem mile szeleszczące banknoty.
- Ty, Diabeł, ile tego jest?
- Trzy miliony.
- E tam, jest więcej. Trzy miliony, to by było sześć tysięcy banknotów. A tu jest więcej.

Przypomniałem sobie, że facet powiedział, że resztę zostawia przy wejśćiu. Zerwałem się i podbiegłem do drzwi. Pod ścianą stały trzy kufry. Takie same jak mój.

Oczywiście były pełne banknotów. Facet nie dał mi trzech milionów franków. Dał mi półtora miliarda. Trzy miliony banknotów pięćsetfrankowych. Stałem się bogatym człowiekiem. Bardzo bogatym.

Ale, jak to bywa, nie trwało to długo. Gdy przeglądałem zawartość kufrów zauważyłem jakieś niezwykłe zamieszanie na ulicy. Ludzie biegli i coś krzyczeli. Zamknąłem walizy i poszedłem zobaczyć, co się dzieje.

Ludzie na ulicy stali i z zadartymi głowami patrzyli do góry. Na niebie, obok Słońca, które chmury odsłoniły jakby jedynie po to, by można było wszystko widzieć, pojawiła się koparka. Tak jest, wyglądało to jak zwyczajna koparka, z wielką łyżką z przodu. I zbliżała się do gwiazdy. Gdy była już całkiem blisko, Słońce zniknęło w łyżce koparki i zrobiło się ciemno.

Nastąpiła kompletna panika. Na niebie pokazały się gwiazdy, ludzie na ulicy zaczęli biegać we wszystkie strony jak opętani. Obłęd.

Wróciłem do baru, gdzie Jeannot zapalił światło. Podszedł do mnie, mocno przerażony i cichym głosem powiedział:
- Widziałem, co podpisywałeś. Ale nikomu nie powiem jeśli mi dasz jeden kufer.
- A bierz sobie - odpowiedziałem mu.

Barman najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy z konsekencji tego, co się stało. Czytywałem swego czasu książki popularno naukowe i myślę, że mogę ocenić rozmiar katastrofy. Nie myliłem się.

Ogólna panika po jakimś czasie zanikła. Zamieniła się w apatię i rezygnację. Nie można było nic zrobić. Wszelkie źródła energii zostały zarekwirowane do użytku władz, które lepiej czy gorzej starały się urządzić jakoś życie na Ziemi, której nie oświetlało Słońce. Ale nie miało to sensu, temperatura zaczęła bardzo szybko spadać. Niedługo zaczną zamarzać oceany. A potem zamarznie cała reszta.

Leży przede mną kontrakt, który podpisałem wtedy w barze, w którym teraz siedzę. Jest i mapa nieba z zaznaczonymi gwiazdami, które sprzedałem. Przyniosłem z biblioteki atlasy astronomiczne, z których chciałem się dowiedzieć, o jakie jeszcze gwiazdy chodziło. Tak z ciekawości.

I co się okazało? Okazało się, mam na to dowody, że ten sukinsyn się pomylił. To znaczy nie on, ale ci, którzy przylecieli, żeby zabrać nasze Słońce. Ale to jego wina, pewnie się spieszył i stąd ta pomyłka. To wcale nie Słońce mieli zabrać, tylko zupełnie inną gwiazdę.

Tyle, że chociaż w kontrakcie jest klauzula, mówiąca, że w razie sporu umowa podlega kompetecji sądu handlowego w (i tutaj jest nazwa, której nawet nie potrafię skopiować), to przecież jak się tam dostać. To może być gdziekolwiek we Wszechświecie, a Wszechświat, jak wszyscy wiedzą, jest nieskończony.

Ale nawet nie to doprowadza mnie najbardziej do wściekłości. Otóż co jest w tym wszystkim najgorsze, to to, że ten cholerny międzyplanetarny handlarz zrobił mnie w konia. I to jeszcze jak! Trzy miliony banknotów w kufrach są dokładnymi kopiami tego, który miałem w kieszeni. Włącznie z numerem serii. Cholerny fałszerz. Barman o mało mnie nie zabił.

1996

 

A co do kanarów, to nadal twierdzę, że nie istnieją.

Powroty - co by było, gdyby Polska nie powiedziała NIE Hitlerowi?

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Polityka