Wszystko wróciło na stare tory. Miało się okazać, że Kaczyński jest niezrównoważonym psycholem, no to się okazało. I to w idealnym momencie, tak żeby temat zdominował ostatni tydzień kampanii.
To wprost modelowy przykład manipulacji. I to manipulacji skutecznej, stąd moja bezsilność i wściekłość. Z jednego niewiele znaczącego zdania w książce zrobiono aferę na pół świata.
Prześledźmy:
W książce, której treść przecież była znana już od jakiegoś czasu Jarosław Kaczyński napisał, że wybór Angeli Merkel na stanowsko kanclerza Niemiec był "nieprzypadkowy". Jedno zdanie w kilkuset stronicowej książce. Zresztą objaśniane potem, że chodziło o to, że po zjednoczeniu Niemiec powstał klimat sprawiający że kolejnym kanclerzem musiał zstać ktoś z byłego NRD. I na tym sprawa powinna się zakończyć.
A ja było dalej?
Wywiad w Newsweeku, gdzie dziennikarze dopytują czy to chodził Stasi lub KGB. I Kaczyński odpowiada "zostawmy to". Przejdźmy już do innego tematu. Tylko tyle. Wydawać by się mogło, że nie ma się do czego uczepić. A jednak.
Dramaturgia narasta. W kolejnych relacjach słowa o Stasi są wkładane w usta Kaczyńskiego. Najpierw mówi się o złych aluzjach, potem o insynuacjach, wreszcie o oskarżeniach. Dziesiątki oburzonych przewija się przez wszystkie stacje telewizyjne. Minister Sikorski uruchamia kanały dyplomatyczne tak żeby sprawa nie została niezauważona w Niemczech. Kanclerz Merkel jest poinformowana. Głos zabierają gazety niemieckie.
I wreszcie mocne uderzenie. Byli ministrwie spraw zagranicznych piszą list do Angeli Merkel, w którym jak rozumiem, odcinają się i przepraszają.
Akcja wykonana. Co z tego dotrze do zwykłego obywatela, takiego który na politykę poświęca powiedzmy te pół godziny dziennie? Kaczor zwariował. Obraża i judzi. Jest tak, jak miało być.
Platforma nie cofa się przed niczym.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)