„Nasz ci on!” – zakrzyknęły dyżurne autoryteciki moralne, politycy i oświeceni tak, że aż ślepi dziennikarze – zarzucając białe sukno na głowę brutalnego gwałciciela Jakuba T. i litując się nad jego losem. Na szczęście nie padł jeszcze ostatni bastion rozumu – Sąd Najwyższy orzekł, że nie nagnie brytyjskiego wyroku do polskiego łagodnego, postępowego, liberalnego (właściwe podkreślić) prawa i bandzior może spędzić za kratkami, choćby nawet symbolicznie, dwa dożywocia.
W telewizyjnych dziennikach i komentarzach lawina współczucia i bicie w fałszywą nutę niesprawiedliwości. Nasz obywatel wprawdzie pobił i brutalnie zgwałcił na wyspach 48-letnią Brytyjkę, ale żeby tak od razu srogo go sądzić? Dwa dożywocia – to na pewno wynik niechęci Angoli do Polaków kolonizujących ich kraj! Oczywiście takie wypowiedzi nie padły i są przejaskrawione, ale niemal we wszystkich wczorajszych materiałach między wierszami czuć było takie przeświadczenie.
Niech świadczy o tym choćby fakt, że przedstawiono pełne emocjonalnego rozechwiania wynurzenia znajomych „Kubusia Gwałciciela” zaświadczające jakim to on był równiachą i, że mimo dowodów obciążającyh (których siły nikt już przecież nie kwestionuje) to on i tak nie mógł tego zrobić. Cóż, jak ogólnie przecież wiadomo najuczciwsi i najbardziej niewinni ludzie pod słońcem zaludniają zakłady karne. Do tej rzewnej papki media dorzuciły jeszcze wypowiedź matki zwyrodnialca (a jakże! bez żadnego pixla na facjacie i występującej pod pełnym nazwiskiem*), która stwierdziła autorytarnie, że wyrok polskiego Sądu Najwyższego to po prostu... kpina z prawa.
O tym, że jej syn zgwałcił nie tylko to prawo, ale też Bogu ducha winną kobietę – nie wspomniała. I o ile matce można jeszcze wybaczyć, że mimo oczywistej winy staje po stronie syna – to wobec mediów i komentujących w nich ten przypadek „autorytetów” nie można być tak litościwym. W żadnym materiale bowiem słowem nie zająknięto się o losie ofiary – o tym jak się czuje, czy jej fizyczne rany już się zagoiły, bo, że psychiczne będzie miała do końca życia – nie trudno się domyślić. Zamiast tego z materiału w Faktach powiało „optymizmem” – radosnym głosem poinformowano nas mianowice, że Jakub T. na swoje szczęście będzie mógł się starać o wyjście na wolność już po 9 latach. Rozumiem, że gdy już się na niej znajdzie niektóre media powitają go z wszelkimi honorami zarezerwowanymi dla prześladowanych bohaterów. Idę też o zakład, że gdy już tylko wyścibi nos spod celi – wywiadom, rozmowom i programom telewizyjnym z Jakubem T. w roli głównej nie będzie końca.
Sytuacja w której część mediów, polityków i społeczeństwa kwestionuje wyrok brytyjskiego sądu na Polaku przypomina mi trochę zwyczaje panujące za lat szczenięcych na podwórku. Niemal każda grupa dzieciaków miała wśród swoich „kozła ofiarnego”, któremu obrywało się zawsze za byle co. Kiedy jednak słowem obraził go, albo stłukł ktoś spoza grupy – wtedy całe młodzieńcze „plemię” stawało murem za swym kozłem. W myśl zasady jest nasz, więc nikt inny nie może go poniewierać. Tyle tylko, że w historii, którą obecnie mamy na tapecie – nie ma żadnego kozła ofiarnego, a ci, którzy w to wierzą powinni wreszcie dorosnąć.
* Celowo nie używam pełnego nazwiska skazańca, tak jak to zrobiły niemalże wszystkie media. Odnoszę bowiem wrażenie, że to kolejna próba fałszowania rzeczywistości i świadectwo niewiary w winę Jakuba T.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)