Opublikowane niedawno sondaże, dające PO równo sześćdziesięcioprocentowe poparcie, musiały dać do myślenia wszystkim partiom opozycyjnym, a zwłaszcza nielicznej w obecnej kadencji Sejmu opozycji parlamentarnej. Z doświadczenia wiadomo, że zaufanie do partii rządzącej może ulec erozji zasadniczo z dwóch powodów: błędów własnych lub konstruktywnej aktywności konkurencji.
Niepopularnych decyzji Platforma unika jak ognia, każdy więc, kto liczyłby na poważniejsze korekty sondaży tylko w oparciu o teorią samoistnego wypalania się władzy, powinien raczej włożyć swoje rachuby między bajki. Nie da się oczywiście przewidzieć jak Platforma poradzi sobie z drugą falą strajków w budżetówce, czy też neutralizacją społecznej niechęci do tarczy antyrakietowej w przypadku jej ewentualnej instalacji, jednak jedynym realnym sposobem na odebranie PO głosów wydaje się dziś być skuteczna polityka opozycji.
W tym momencie sceptycyzm każdego obserwatora polskiej sceny politycznej powinien sięgnąć zenitu, gdyż śledząc poczynania PiS-u czy LiD-u, trudno w najbliższej przyszłości żywić nadzieję na jakieś gwałtowniejsze przetasowania w sondażach. Prawo i Sprawiedliwość jawi się od przegranych wyborów jako partia rozdarta konfliktem tragicznym między palącą potrzebą liftingu, a niereformowalną krnąbrnością osoby prezesa. Wrodzonej potrzebie Jarosława Kaczyńskiego do wzniecania polityczno-medialnych tajfunów wybitnie nie po drodze z założeniami marketingu politycznego, co czyni pracę PiS-owskich spin doktorów iście syzyfową. Kaczyńskiemu zresztą należy poniekąd współczuć; cóż z tego, że jest jednym z niewielu polskich polityków autentycznie oddanych swej sprawie, skoro obarczony jest empirycznie udowodnioną niezdolnością do sprawowania władzy, i ciągle udowadnianą awersją do jakichkolwiek zmian wizerunkowych.
Pozostaje zatem jeszcze kwestia LiD-u. Ta efemeryczna hybryda kluczy od jednego ideologicznego zakrętu do drugiego, rychła jej dysocjacja jest więc chyba nieunikniona. Jako że SLD wydaje się być jedyną w miarę skonsolidowaną strukturą w obrębie polskiej centrolewicy, to jemu przypadnie rola lidera lewej flanki i socjalnej odpowiedzi na gospodarczy liberalizm koalicji rządowej. Jest to temat na dłuższą dyskusę, jednak nie wydaje mi się, by ewentualna zmiana sternika na Napieralskiego zaowocowała jakąś spektakularną reformą poza legitymizacją partyjnego betonu. Najbardziej lapidarna konkluzja winna być zatem taka, że czegokolwiek SLD by nie zrobił, jeszcze wiele wody upłynie w Wiśle, nim wyborcy poczują się gotowi, by dać lewicy szansę na polityczną rehabilitację.
Inna sprawa, że pośród zagrożeń, jakie niesie ze sobą rachityczna opozycja i kilkudziesięcioprocentowe poparcie dla partii rządzącej, sytuacja taka stwarza również szereg możliwych korzyści. Ciesząc się długotrwałym społecznym zaufaniem i obserwując słabość opozycji, Platforma może wreszcie przestać oglądać się na słupki poparcia i porzucić cyniczne kunktatorstwo na rzecz implementacji wyborczych obietnic.
Wydaje się przy tym, że czas jest sprzymierzeńcem partii Tuska. Rewolucyjny ferment ostatnich lat został efektywnie zmitygowany koncyliacyjną polityką rządu i przyniósł zmianę nastrojów społecznych, a społeczeństwo przywykłe do przewidywalności dnia codziennego może przejawiać rosnącą niechęć do radykalizmów tak z prawa, jak i z lewa. Dla PiS-u i LiD-u byłoby to swoiste błędne koło, bo chcąc zostać dostrzeżonym przez potencjalnego wyborcę, muszą przecież odróżnić się od PO i konsekwentnie dryfować w stronę politycznego ekstremum, co ostatecznie i tak zaowocuje ich odrzuceniem przez coraz silniej wypośrodkowany elektorat. Oprócz PO, jedynym liczącym się dziś ugrupowaniem centrowym o relatywnie tożsamej, konserwatywno-liberalnej linii programowej pozostaje PSL, którego wyborców jednak wcześniej czy później powinien przejąć silniejszy koalicjant. Summa summarum, Platforma będzie śmiać się ostatnia.
W polityce trudno być czegokolwiek pewnym, powyższe teoretyczne rozważania traktuję więc wyłącznie w charakterze niezobowiązującej zabawy. Czas pokaże, czy zakreślony scenariusz okaże się jedynie marną political fiction, czy też może tkwi w tych prognozach ziarnko prawdy.


Komentarze
Pokaż komentarze (8)