Jednym z najpoważniejszych dział wytaczanych przez sztab Hillary Clinton przeciw Barackowi Obamie - demokratycznemu konkurentowi do nominacji prezydenckiej - jest zarzut braku doświadczenia rywala w polityce zagranicznej, czego dowodem maja być rzekomo zapowiedzi woli rozmowy z wrogami Ameryki po ewentualnym zaprzysiężeniu bez żadnych wstępnych warunków. W "Europie," sobotnim dodatku do Dziennika, konserwatywny publicysta The Washington Post Charles Krauthammer piętnuje takie deklaracje jako "niedorzeczne," ani słowem nie wyjaśniając przy tym kryteriów swej oceny.
W rozmowie z waszyngtońskim korespondentem Gazety Wyborczej Marcinem Bosackim, John McCain - kandydat Republikanów do fotela prezydenckiego - oznajmia, że spotkanie w cztery oczy z prezydentem Stanów Zjednoczonych powinno być zaszczytem, na który trzeba sobie zasłużyć. Daje przy tym do zrozumienia, że opinia ta jest przejawem zdroworozsądkowego myślenia. Nie chcę być niegrzeczny, ale to, co senator McCain uważa za świadectwo politycznej dojrzałości i rozwagi, ja nazywam zwykłą arogancją.
Głównym zarzutem, stawianym polityce zagranicznej realizowanej przez gabinet Donalda Tuska jest dziś fakt zorganizowania wizyty premiera na Kremlu przed spotkaniem ze "strategicznymi" wschodnimi partnerami Polski, czyli sąsiadami Litwą i Ukrainą; Vytautas Landsbergis ironizuje, że "nawet 100 uśmiechów nie zdoła przekonać Putina, że Polacy lubią czekistów." (Rzeczpospolita 25/02)
To tylko pierwsze z brzegu przykłady niepokojącej moim zdaniem dewaluacji bezpośredniej rozmowy jako środka komunikacji w polityce międzynarodowej. Jest to trend o tyle negatywny, że osławioną "dyplomację uśmiechów" łatwo wyszydzić, ale o wiele trudniej się bez niej obyć. W świetle powyższych, byłbym niezwykle wdzięczny za możliwie łopatologiczne wyjaśnienie mi, jakich to kardynalnych błędów dopuszczać się mają Tusk i Obama, gdyż w swej młodzieńczej naiwności nie czuję się specjalnie porażony ich rzekomą oczywistością. Co więcej, odnoszę wrażenie, że personalne kontakty bilateralne między przywódcami państw stają się towarem nadmiernie reglamentowanym. Gdyby ktoś z użytkowników forum zechciał z ta tezą polemizować, to zapraszam. Upraszam jedynie o powstrzymanie sie od sądów pokroju wspomnianej już argumentacji redaktora Krauthammera, gdyż niedorzeczność jest pojęciem wysoce względnym.


Komentarze
Pokaż komentarze