„Anna Solidarność”. Tak Annę Walentynowicz, legendarną działaczkę „Solidarności”, a wcześniej współzałożycielkę Wolnych Związków Zawodowych, nazwał Krzysztof Wyszkowski. I taki też jest tytuł jej biografii pióra Sławomira Cenckiewicza.
Tak… Anna Walentynowicz, suwnicowa ze Stoczni Gdańskiej, była „Anną Solidarność”., czy jak kto woli – „matką chrzestną Solidarności”. O jej postawie pamięta IPN. Pamięta „Solidarność”. Wszak gdyby nie Anna Walentynowicz, poległa 10 kwietnia 2010 r. wraz z prezydentem RP Lechem Kaczyńskim i odznaczona przez niego w 2006 r. Orderem Orła Białego, razem m.in. z innym legendarnym przywódcą antykomunistycznej opozycji – Andrzejem Gwiazdą, być może „Solidarności” w ogóle by nie było.
Postulat przywrócenia Walentynowicz do pracy w stoczni, zwolnionej za działalność związkową 8 sierpnia 1980 r., był pierwszym z 21 żądań stoczniowców. Dziś, w 32 lata od Sierpnia, w zapomnienie odchodzi jednak inny epizod ze strajku. 16 sierpnia, gdy Lech Wałęsa zakończył protest po zgodzie kierownictwa zakładu na spełnienie postulatów socjalnych, robotnicy zaczęli opuszczać zakład. Wtedy Walentynowicz z nieżyjącą już Aliną Pieńkowską, również współzałożycielką WZZ i z innymi kobietami doprowadziły do wznowienia protestu, zamykając bramę. Tak Anna Walentynowicz wspominała tę chwilę w rozmowie ze Zbigniewem K. Rogowskim zatytułowanej „Apokaliptyczny cień Lecha Wałęsy”: Gdyby wtedy strajk został wygaszony, pewnie nieprędko doszłoby do sytuacji, w której narodziłaby się przyszła „Solidarność”. Jeśliby się w ogóle narodziła. Tu wspomnę, że strajk protestacyjny w mojej i Wałęsy obronie zainicjował Piotr Maliszewski, którego nazwiska nigdzie Pan nie zobaczy, młody robotnik z Lidzbarka Warmińskiego, w czym mu dopomógł stoczniowiec Bogdan Felski. To nie był Wałęsa! On się włączył dopiero trzeciego dnia i zaraz strajk zakończył. Owego trzeciego dnia, po pokrzykiwaniach Wałęsy o rozejściu się do domów, dostrzegłam go siedzącego na wózku akumulatorowym. Podeszłam do niego i powiedziałam, że strajk ma trwać dalej. Pachniało odeń alkoholem, którym wcześniej uraczył go dyrektor stoczni Gniech. Może nie tyle moje słowa, co widok powracających stoczniowców, którzy zareagowali na mój i Aliny Pieńkowskiej apel, sprawił, że Wałęsa poprosił (tak, poprosił!), by mógł kontynuować strajkowy protest. Powiedział: – Jak się nie będę nadawał, to mnie wyrzucicie. (…) Potęgujące się jeszcze tego samego sierpniowego dnia na skutek jego poczynań. Tamtego trzeciego dnia strajku stoczniowcy pokrzykiwali, żeby Wałęsa nie składał w dyrekcji ugodowego podpisu, bo otwierała się szansa zalegalizowania WZZ, ale on ludziom nawymyślał od głupców, argumentując, iż dyrekcja dała więcej niż żądaliśmy, a więc przywrócenie do pracy Anny Walentynowicz i Lecha Wałęsy oraz przyznanie podwyżki (tzw. drożyźnianej – przyp. Rog.); w pewnej chwili zanucił Jeszcze Polska… i ludzie zaczęli śpiewać hymn. Tak oto Wałęsa postarał się o patriotyczną oprawę. Nadmienię, że poprowadzeniem strajku owego sierpniowego dnia nic nie ryzykował, bo zwolniony z pracy dostawał od stoczniowców pięć tysięcy złotych miesięcznie tytułem zapomogi i tyleż od KOR-u.”
Miałem ten zaszczyt, że znałem Annę Walentynowicz. Skromna aż do bólu. Nie myśląca o sobie, a o Polsce wyzwolonej z piętna postkomunizmu, w której w końcu rozliczonoby nie tylko komunistów, ale także agenturę ulokowaną w „Solidarności”, opozycji peerelowskiej i we władzy po 1989 r. Tu tkwiła jedna z przyczyn rozejścia się jej dróg z Lechem Wałęsą po Sierpniu, i takie było źródło ataków „pierwszego elektryka” na Walentynowicz, Olszewskiego, Gwiazdę, Wyszkowskiego i innych zwolenników lustracji, nazwanych przez Wałęsę „małpami z brzytwą”, na długo przed tym jak Cenckiewicz i Gontarczyk w książce „SB a Lech Wałęsa” opublikowali dokumenty jednoznacznie potwierdzające współpracę Wałęsy z SB jako TW „Bolek”. Ten groził autorom i Instytutowi Pamięci Narodowej sądem, ale – co symptomatyczne – pozwu nigdy nie złożył. Stanął za to, wraz z liderami Platformy Obywatelskiej, na czele antypisowskiego frontu antylustracyjnego.
Porządkując niedawno materiały dotyczące Sierpnia i „Solidarności” natrafiłem na dokument szczególny, dziś praktycznie zapomniany, jeśli nie liczyć publikacji blogerskich. To list otwarty Anny Walentynowicz z września 1995 r. do Lecha Wałęsy, startującego wówczas w wyborach prezydenckich. List szczególny, podnoszący kwestie dla pierwszego przewodniczącego panny „S” co najmniej kłopotliwe: „Na naszych oczach przeszłość ulega zakłamaniu i manipulacji. Aby ocalić prawdę, ktoś musi zapytać o fakty. Dopóki jeszcze żyją ich świadkowie. Lata wspólnej działalności nakładają na mnie obowiązek zadania kandydatowi na urząd Prezydenta RP-Lechowi Wałęsie kilku pytań. Oświadczam, że biorę odpowiedzialność za treść pytań i zawarte w nich sugestie. Życzę sobie przeprowadzenia dowodu prawdy przed sądem.
1. Czy pamiętasz, jak w styczniu 1971 r. przyznałeś, że na żądanie SB dokonywałeś identyfikacji uczestników zajść grudniowych z fotografii i filmu? Czy teraz możesz podać powody tych działań?
2. Dlaczego okłamałeś wszystkich mówiąc o przeskoczeniu płotu, podczas gdy na strajk 14.08.1980 r. zostałeś dowieziony motorówką z Dowództwa Marynarki Wojennej z Gdyni?



Komentarze
Pokaż komentarze (7)