Mąż się wymówił pilnymi pracami domowymi, zgarnęłam więc po drodze przyjaciółkę i bez męskiej obstawy ruszyłyśmy na bal. Dotarłyśmy, gdy zabawa już się zaczęła rozkręcać. Pod sceną tańczyły dzieci, na scenie brylował Makino z Andrusami, zaś zebrane dookoła towarzystwo wtórowało głośnym śpiewaniem.

Publiczność wyraźnie znajdowała się już pod wpływem.

Hm, nie no, pod wpływem Olka Kobylińskiego oczywiście, prawdziwego Króla Zwierzyńca, znanego i kochanego przez wszystkich mieszkańców dzielnicy.

Przez całą imprezę, z gitarą lub bez, grał on pierwsze skrzypce i żadne puzony, a nawet klarnety, choć to najbardziej krakowskie instrumenty (zwłaszcza te złamane), przyćmić go nie zdołały.

Po Andrusach przyszła kolej na KGB.

Temat kolei przemykał lekko w piosenkach Krakowskiej Grupy Bluesowej, niczym swego czasu wąskotorówka po Zwierzyńcu. Koniec końców przyszło im jednak ustąpić miejsca zespołowi Boba Jazz Band, co też uczynili "Chwiejnym krokiem" (utwór taki, żeby nie było).

Przerwy między koncertami wykorzystywano na rozmowy z najstarszymi kibicami o zwierzynieckich klubach piłkarskich...

oraz składanie podziękowań tym, bez których zaangażowania impreza nie mogłaby się odbyć.

Scenę bez oporów udostępniono również bardzo zdolnej i chętnej do zaprezentowania się młodzieży.

"Bal na Stawach" bez baru? Nie do pomyślenia.

A bez tańców przy dobrej muzyce? Również niemożliwe, zaś panu Zbysiowi nie mogła się oprzeć żadna kobieta.

Opuszczałyśmy Plac na Stawach pełne wrażeń i uśmiechu. Choć "Bal na Stawach" to zaledwie lokalna, dzielnicowa zabawa, chyba jedynie tutaj można spotkać 'miejscowy koloryt' wspominający znajomość z Ewą Demarczyk i wyznający, że nas kocha, bo jesteśmy 'dobre kobiety'.
Poezja - jak z wierszy Mistrza.



Komentarze
Pokaż komentarze (17)