Pewnie zdziwił ten tytuł czytelnika, bo jak brak wiary u wierzącego… ?
Czy można być wierzącym i nie mieć wiary?
Hmm.. – jak dla mnie i tak i nie, albo – jak mówią to sześciotatki: “ a to zalezy…..”.
W gruncie rzeczy chodzi o głębię wiary która nasyca totalnie człowieka w tym, ze wierzy u ufa Bogu i w Jego Opatrzność w każej okoliczności życia jaka go spotyka – również wtedy gdy dzieje mi się po ludzku krzywda, i wszystko wydaje się “pod górę”.
Sam doświadczam na własnej skórze tego, że co dziennie muszę się przegryzać przez siebie: zmieniać się by zacząć działać, by być odpowiedzialnym, by się nie mazgaić ale poprostu działać – mówię tu o takich sytuacjach które dla mnie są trudne i nie zbyt przyjemne a muszę im sprostać.
Od pewnego czasu – kilkudziesięciu lat – zawierzłem swoje życie wraz z jego przypadłościami, traktuję je: wydarzenia, ludzie których spotykam, życie zawodowe, itp. za takie którym towarzyszy Bóg – za wyjątkiem moich grzechów. Ufam też w to, że Bóg poprzez konkrestne wydarzenia mnie wychowuje jak syna. Daje mi w pewnym sensie wyzwania którym mam sprostać. Czasem boli i trzeba.. a czasem jest “z górki”.
Życie jest wyzwaniem – podobnie wiara Bogu jest wyzwaniem.
Jeśli ufam w sytuacjach trufnych w których moje ego się burzy i buntuje i nie zgadza się na coś – nie bluźnię, ale z NIm to przeżywam to wierzę naprawdę. Jeśli zaś stawiam Mu granice, gdyż mi się coś nie udało, mój “pomysł” na życie pada: bo nie po mojej myśli, bo coś nie tak, to mu nie ufam… lecz to ja jestem “bogiem mego życia”.
Wierząc Bogu – zawierzając siebie, ryzykę to, że może mnie prowadzić ścieżkami nietypowymi i bardzo wymagającymi lecz nie złożecząc ale robiąc swoje w takich doświadczeniach mam tę pewność, że On jest przy mnie: jeśli cierpię – On ciepi razem ze mną, jeśli się raduję – ON raduje się razem ze mną, itp.
Brzmią mi w uszach słowa Jana Pawła II z błoń krakowskich jak cytował psalm: “ Chociaż bym przechodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty! jesteś ze mną”.
I właśnie w wierze nie chodzi o to by chodzić sobie jak na spacerku w kapelusiku i parasolką słoneczną w ręku po parku w słoneczny dzień- bo skoro wierzę to Bóg Ojciec o to ma zadbać na zasadzie wymiany: “coś za coś”. Lecz badziej jest to tak: jak również mówi psalm:
“Liczne są cierpienia sprawiedliwego, ale Pan go od wszystkich uwalnia…”.
Wierząc prawdziwie – do ostatniej pestki oddaję władzę nad swoim życiem Bogu. I nie chodzi o to, że “ręce od tej chwili założyć i nic nie robić” ale przeciwnie: zakasać rękawy i robić swoje, gdyż Pan “Bóg podtrzymuje moje życie… , cóż może uczynić mi człowiek…”.
Nic mnie nie może odłączyć od NIego… – nawet śmierć.
Stąd wierzący bez głębi wiary to tak jak klient instytucji ubezpieczeniowej – na wszelki wypadek kupuje polisę, a jak nic się nie stanie zabiera co wziął kupuje wakacje na majorce… .
Ten kto ma “głębię” wszystko ma już tutaj na ziemi i stokroć więcej w niebie.
Warto wypływać na głębię niepewności codziennego życia wraz z Nim i robić swoje niż łudzić się, że ja wiem lepiej, a Pan Bóg to może w niedzielę albo przy jajku wielkanocnym czy choince jako dodatek do moich planów i świecidełek.. by poprawić sobie jak snob samopoczucie…. .
Warto wierzyć do “ostatniej pestki”... .




Komentarze
Pokaż komentarze (2)