Nieulubiony mój ornitolog cieszy się jak małpa blaszką, że dzięki kanapie, na której zasiada, zawarty zostanie polityczno-medialny sojusz, który poważnie nadwyręży stan posiadania Platformy. Kto wie, czy nie zlikwiduje go całkiem. No to chyba się szanowny europoseł przeliczy.
Zacznijmy od bliskich sercu europosła wyborów w roku 2009. Według sprawozdań finansowych, cztery największe ugrupowania zostawiły w środkach masowego przekazu 20,5 (słownie: dwadzieścia i pół) miliona złotych. To oszałamiająca kwota. Strach myśleć jakiego spustoszenia na rynku medialnym dokonałby jej brak. Oraz gdzie najbardziej – w stacjach telewizyjnych, radiowych, czy gazetach (lub czasopismach).
W wyborach kolejnych – prezydenckich – wydatki na reklamę w mediach były nieco mniejsze. Platforma, PiS, SLD i PSL (formalnie komitety kandydatów popieranych przez te partie) wydały 15,3 miliona. Dzięki bardziej szczegółowym sprawozdaniom wiemy jak podzieliła się ta kwota. Telewizja – 7,9 mln, outdoor – 4,1 mln, Internet – 2,3 mln, radio i prasa – po 0,5 mln. Rynek mediów spod szafotu uciekł po raz przedostatni.
Wybory samorządowe i parlamentarne są oczywiście droższe:
|
wybory \ medium
|
telewizja
|
radio
|
prasa
|
|
samorządowe 2006
|
32,3
|
2,3
|
10,2
|
|
parlamentarne 2007
|
13,7
|
4,5
|
9,2
|
Powyższe kwoty są wynikiem sumowania wydatków tylko czterech największych ugrupowań. Nie wynika to z lenistwa. Po prostu właśnie te partie generują przychody ze sprzedaży czasu i powierzchni w mediach o zasięgu ogólnopolskim. I wcale nie dostają wszystkiego, ponieważ wybory parlamentarne, a w jeszcze większym samorządowe, są czasem realnych żniw dla mediów lokalnych.
Dużym mediom ubytek w przychodach można zrekompensować w bardzo prosty sposób. Jedna, czy dwie finansowane przez UE kampanie o robieniu dzieci, jakaś akcja reklamowania się pozostających pod kontrolą państwa energetycznych czy paliwowych monopolistów i wyjdą na swoje (tak to właśnie działa). Pozostałe media, mimo że małe, to jednak opiniotwórcze w swoich środowiskach, będą musiały sobie radzić przy pomocy innych metod. Mówiąc wprost: będą się jeszcze bardziej gmatwły w lokalne polityczne zależności.
Pozostaje zatem życzyć powodzenia w zdobywaniu sympatii i popularności dla konkretnych nazwisk na konkretnych listach w nadchodzących wyborach. Dla ugrupowania bez struktur lokalnych to bardzo ambitne wyzwanie. Zwłaszcza po akcji odcinającej niemainstreamowe przekaziory od kasy, która jeszcze tydzień temu wydawała się być pewna. W dodatku dla nich bardzo akurat istotna.
No chyba, że mojemu nieulubionemu doktorowi niedohabilitowanemu chodzi o coś całkiem innego.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)