Jako, że mamy już sekretarza stanu od wykluczenia, postanowili Polokoktowcy uruchomić cykl notek interwencyjnych: „Sprawa dla Arłukowicz”. Skupiających się na – jak się nietrudno domyśleć – wykluczeniach. Różnego rodzaju.
Pierwszą notkę interwencyjną poświęcić chciałbym swojemu koszmarowi z dzieciństwa. Czemuś, co prześladowało mnie zwłaszcza w przedszkolu. W podstawówce też, ale jakby mniej. Ponieważ w szkole już nie byłem do obrzydliwości – jak to wtedy odbierałem – zmuszany. Choć i tak gdzieś do czwartej klasy czułem się z tym źle.
Aż do pewnej niedzieli, podczas której babcia ośmieliła się podać do niedzielnego obiadu koszmar mojego dzieciństwa. Zostało to skomentowane przez dziadka w dość dosadny sposób: I co żeś ty podała? Przecież to wygląda, jakby gęś nasrała na talerz.
Od tego dnia wiedziałem, że moja niechęć do szpinaku nie jest wcale nienormalna. Że panie przedszkolanki, które wmuszały we mnie te zielone paciaje siłą – i panie kucharki, które przez kilka dni po szpinaku w menu nie chciały mi dawać repety – wcale nie musiały mieć racji. Przestałem się tego dnia czuć kulinarnie wykluczony.
Niestety tego samego dnia wykluczony został szpinak. Na długie, długie lata. Aż do połowy lat 90-tych ubiegłego stulecia, kiedy pomieszkując u przyjaciół w Berlinie nie miałem wyjścia. To znaczy miałem. Chodzić głodny przez pół dnia raz w tygodniu. Albo jeść szpinak.
Było to jednak z musu. Tak naprawdę musiało minąć kolejnych kilkanaście lat, bym bez szpinaku nie wyobrażał sobie życia. Zwłaszcza takiego ledwo co urwanego z grządki, zblanszowanego, przesmażonego na oliwie z oliwek z zeszklonym czosneczkiem i cebulką, z wbitym jajeczkiem od kury szczęśliwej.
Do tego doszło, że wolę przeznaczać miejsce w zamrażarce na zblanszowany szpinak, niż na truskawki oraz – o zgrozo – podgrzybki pod Krasnobrodem zbierane zostawiać! Gdzie ja byłem przez te wszystkie lata?! Gdy najpierw byłem wykluczony, a później sam wykluczałem. I w jakiej to banalnej sprawie – szpinaku.
Pośle, Ministrze, Bartoszu, Arłukowiczu. Lekarzu pediatrze w dodatku. Zrób coś z tym szpinakiem. Tak żeby nie był ani powodem wykluczenia, ani nie był wykluczany. Przecież zdrowe to, smaczne i wcale tak źle nie wygląda. Zwłaszcza jeżeli podać wcześniej niezmiksowaną zupę szczawiową :(
Że banał? A skądże! Umiejętne zwiększenie popytu na szpinak wpłynie pozytywnie na Zdrowie Narodu. Czyli na notowiania dbających. O popyt. Na szpinak.
Co poza oczywistym sukcesem na odpowiedzialnym odcinku przeciwdziałaniu wykluczania, przy umiejętnym rozegraniu tematu (tak, żeby Pawlak nie przypisał sobie wszystkich zasług), może przeciągnąć/przyciągnąć Kłopotka. A może nawet Piechocińskiego...
No po takiej akcji notowania będą lepsze niż Schetyny i Grabarczyka razem wzięte. Nawet wtedy, kiedy sobie świń za pieniądze podatników nie podkładają. Tylko proszę sobie nie dać wmówić, że z tym szpinakiem to wyższa, niedostępna nie-rolnikom, agrotechnika.
To się sieje. To się zbiera. Nawet trzy razy w roku. Tego nawet pielić za bardzo nie trzeba...


Komentarze
Pokaż komentarze