POLSKA UPADŁA to cykl kilku notek. Chciałbym zająć się w nich moim subiektywnym postrzeganiem spraw Polski, z punktu widzenia zwykłego obywatela. Wiedzę do notek czerpię z doświadczenia, obserwacji, rozmów z osobami co do których mam zaufanie, mediów. Z pewnością nie będzie tu miejsca na sensację polityczną. Pewnie popełnię wiele błędów – proszę o wybaczenie i sprostowania. Chciałbym jednak aby te notki były zaproszeniem do dyskusji, uwag, poszerzania tematu. PRAWO to kolejna z nich. Do tej pory opublikowałem EDUKACJĘ. Tydzień temu opublikowałem PRAWO cz. 1.
PRZESTRZEGANIE PRAWATolerancja początkiem bezprawia
Czy wyobrażacie sobie Państwo sytuację, gdy kierowca jadący 121 km/godz. przez obszar zabudowany gdzie obowiązuje podstawowe ograniczenie prędkości do 50 km/godz. Mówi do policjanta: „Proszę Pana, za co mandat? Tylko 71 km/godz. więcej…”. Pewnie i takie sytuacje się zdarzają, ale… dlaczego tak rzadko? Takie zachowanie powinno być na porządku dziennym, właściwie za każdym razem. Zdziwienie? Dlaczego? Czy ktokolwiek dostał mandat za przekroczenie prędkości o 1 km/godz.? Bo jechał 91 km/godz. zamiast 90 km/godz. Nie. To tylko 1 km/godz. więcej…A dlaczego w takim przypadku karać kogoś jadącego 92 km/godz.? Przecież to tylko 1 km/godz. więcej niż ktoś kto jechał 91 km/godz. i nie został ukarany. Itd., podnosząc w ten sposób o 1 km/godz. niekaralność za przekroczenie prędkości bo przecież ten o 1 km/godz. mniej nie został ukarany moglibyśmy dojść do absurdu jak na wstępie. Takie arbitralne podejście do prawa rodzi pole do korupcji i nadużyć. Śmieszne wydaje się sformułowanie iż „policjant rozstrzyga o wysokości mandatu po analizie sytuacji na drodze itd…” Choć Sądom i sędziom można wiele zarzucić, to trzeba szczerze przyznać, że są niczym w porównaniu z geniuszami policyjnymi. Czasem sprawy o wykroczenia drogowe potrafią zabierać 3 lub więcej rozpraw, co w sumie może dawać kilka godzin rozważań nad sytuacją drogową. Policjant w 5-10 minut potrafi zbadać, ocenić, rozważyć i wydać osąd. Geniusze. A rozwiązanie jest proste. Policjant nie rozstrzyga o wysokości mandatu. Złamane zostało prawo, jest taryfikator (bez widełek!) i bezwzględnie karze! Jechał Pan o 1 km/godz. ponad – muszę wystawić Panu mandat. I koniec. Żadne rozważanie czy to tak mało, malutko więcej. Jest granica wyznaczona przez przepisy i koniec. Jak się ktoś nie zgadza – automatycznie policjant kieruje sprawę do sądu. Wiem, podniosą się głosy, że to absurd. Tylko dlaczego te głosy tak oburzają się, gdy okazuje się, że ktoś chce policjantowi wręczyć łapówkę? To właśnie efekt tolerancji dla przestrzegania prawa. Sam jeżdżę dużo. 5.000 – 7.000 km miesięcznie. Byłem też w swoim życiu na przestrzeni 20 lat kilka razy „złapany na suszarkę” za przekroczenie prędkości. Oczywiście, za każdym razem coś tam negocjowałem podając jakieś bardziej lub mniej prawdziwe powody szybkiej jazdy. Ale to też nie było właściwe. I co mnie uderzyło: policjanci sami przyznawali, że mają te swoje „suszarki” nastawione na 20 km/godz. więcej, niż ograniczenie prędkości! Kolejne przyzwolenie na łamanie prawa. Kiedyś w Sztokholmie dostałem od Policji Municypalnej mandat 500 SEK za złe parkowanie. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że poza słupek oznaczający koniec strefy parkowanie wystawał jedynie… tylny zderzak! Ot 15-20 cm. Ale tam gdzie tenże zderzak był, miała być wolna od samochodów przestrzeń. Prawo wyznacza ostre granice. I powinniśmy je przestrzegać.
Co komu wolno?
Kolejny przykład. Psy. Zarówno ich odchody jak i sposób wyprowadzania. Dlaczego istnieje tak daleko posunięta tolerancja dla psów (za przeproszeniem) srających czy sikających na ulicy? Kiedyś zastanawiałem się nad happeningiem polegającym na zbiorowym zrobieniu (również przepraszam za słownictwo) kupy na środku deptaka w mieście w którym mieszkam. Czy ludzka kupa by kogoś zbulwersowała? A taki czyn? Dlaczegóż więc np. we Francji można karać właścicieli psów nie tylko załatwiających swe potrzeby na trawnikach, lecz nawet wbiegających na trawnik? Dlaczego w największym berlińskim parku Tiergarten każe się za to samo, nie mówiąc już o przypadkach wyprowadzania psów bez smyczy czy kagańca. Pies to zwierzę. Skoro człowiek ulega emocjom, skoro ludzie potrafią zachowywać się w sposób irracjonalny i często agresywny, dlaczego mamy odmawiać tego zwierzętom? A skoro tak, to dlaczego jest tolerancja dla psów biegających bez smyczy, a już zupełny jest brak reakcji na psy bez kagańca. Przecież rozwiązanie jest proste. Każdy pies znajdujący się poza terenem zamkniętym, w miejscu publicznym ma być wyprowadzany na smyczy i w kagańcu. I nie jest ważne, że to „taki malutki piesek”, czy „on nie gryzie”. Dla mnie, a przede wszystkim dla mojego małego dziecka jest bez znaczenia czy wpadł w jakiś szał piesek mały i pogryzł memu maluchowi nóżkę, czy jakiś wielki „niegryzący” zmasakrował twarz. Coraz to słyszymy o psach atakujących dzieci czy swoich właścicieli. A gdyby każdy pies bez smyczy, kagańca i właściciela był zabierany? Czy nie zmniejszyłoby się zagrożenie? Ktoś mówi, że na to potrzebne są pieniądze? A ja zapytam: ile warte jest zdrowie, czy życie TWOJEGO dziecka pogryzionego przez psa? Pieniądze mogłyby się znaleźć, gdyby po prostu karano tych, którzy nie przestrzegają prawa dotyczącego wyprowadzania psów. Bez smyczy? Bez kagańca? Mandat. Ale do tego potrzeba świadomości i obywateli i tzw. stróżów prawa. Tyle, że ci stróże bardziej przypominają takiego z czasów socjalistycznych stróża budowy, emeryta, co to siedział w kanciapce i nawet jak coś kradli to i tak nie wyszedł, bo by oberwał. A co do nas, obywateli…
Współdziałanie przeciw przestępczości
Z pewnością wszystkie służby cierpią na przerost administracji, na braki kadrowe zwykłych pracujących w terenie funkcjonariuszy. To fakt. Ale też prawdą jest, że nie mogą być wszędzie. My obywatele sami powinniśmy jeśli nie wzorem USA sami zadbać o swoje bezpieczeństwo w małych społecznościach, to chociaż pomóc przekazując informacje: o piratach drogowych, o źle parkujących, o psach bez kagańca czy srających na ulicy, żebrakach, chuliganach itd. Wtedy też te patrole nabiorą innego sensu. Wtedy dokładnie będą reagować w miejscu łamania prawa. Wtedy wspólnie możemy coś zrobić dla bezpieczeństwa i ochrony mienia. Grupka chuliganów dewastujących przystanek autobusowy byłaby mniej pewna siebie gdyby miała świadomość, że z każdego przejeżdżającego samochodu ktoś może zadzwonić na policję, która błyskawicznie zjawi się w miejscu zdarzenia. A tak wiedząc, że patrol przejeżdża raz na 4 godziny chuligani bawią się niszcząc mienie. A potem wyrażamy głębokie oburzenie, że drożeją bilety. Sami w jakimś sensie się do tego przyczyniacie Drodzy Państwo. Oczywiście powtórzę: tu musi iść w parze ścisłe współdziałanie służb i obywateli. Nie może być tak, że gdy policja czy straż miejska odbiera sygnał o zagrożeniu, o łamaniu prawa ignoruje go. To rodzi niechęć do współdziałania. I nie wyrażajcie potem Drodzy Pracownicy Różnych Służb zdziwienia, że nie ma społeczeństwa obywatelskiego, że zareagowalibyście gdybyście mieli sygnał. Sam doświadczam tego, że ok. 20-25 % moich telefonów pod numer 112 z informacją o łamiących prawo kierowcach na trasie przynosi efekt. Kiedyś nawet doszło do sytuacji, że jechałem za samochodem policyjnym, który… przejechał na czerwonym świetle. Zadzwoniłem pod numer 112 i co usłyszałem? „Przejechał na czerwony no i co z tego?” Prawie wszyscy mamy telefony komórkowe, czy to problem pstryknąć np. wyprzedzającego na podwójnej, a potem zadzwonić na policję? Tyle, że ta policja powinna reagować. Tyle, że my powinniśmy mieć świadomość, że takie działanie poprawia bezpieczeństwo nas wszystkich, że może kiedyś zginie na drodze ktoś z Twojej rodziny, bo było przyzwolenie na wyprzedzanie na podwójnej ciągłej linii… Kiedyś słyszałem, że w Szwajcarii takie zachowania, polegające na informowaniu przez obywateli odpowiednich służb są na porządku dziennym. Sam doświadczyłem tego, gdy na szwajcarskiej autostradzie pojawiło się ograniczenie do 90 km/godz. Jako że w Polsce na takich drogach raczej mało kogo to obchodzi, zwłaszcza jeśli nie ma znaku „Roboty drogowe”, a nade wszystko „fotoradar”, jechałem ok. 110 – 120 km/godz. Wyprzedzając po drodze parę samochodów i budząc politowanie połączone z dezaprobatą. I gdy wyprzedzałem czerwone (jakże by inaczej?) Ferrari ca brio w którym jechała jakaś młoda parka i młody człowiek (sic!) za kierownicą pokazał gest dezaprobaty, wskazują jednocześnie na mijany kolejny znak ograniczenia prędkości zrozumiałem, że po prostu łamię prawo, że tak nie wolno. Od tej chwili prędkościomierz w mym samochodzie nie rywalizował z tablicami pokazującymi ograniczenia prędkości. A tak przy okazji: czy możliwa byłaby w Polsce taka sytuacja, że W TAKIM samochodzie TACY pasażerowie jechaliby na autostradzie 90 km/ godz.? Ja stawiam, że mniej niż 200 km/godz. by „nie pociągnęli”.
Komu służy „rozmyte” prawo?
Ostatni przykład to „nieznaczna ilość narkotyków”. O jakże miło. Kolejna furtka. Pomijam już dyskusję co dla kogo jest nieznaczną ilością. Wiele padło słów na ten temat. W przeciwieństwie do naszego Premiera nigdy nie zażywałem narkotyków i nie wezmę z Pana D. Tuska przykładu, więc nie wiem ile to jest ta „nieznaczna ilość”. Ale przyzwolenie na kolejną arbitralność celem przypodobania się jakiejś części wyborców jest przerażające. Zamiast leczyć, a nade wszystko zamiast podejmować działania prewencyjne, edukować, rząd daje przyzwolenie na „nieznaczne ilości”, argumentując, że to ułatwi walkę policji, bo nie będzie ścigała narkomanów tylko dealerów. Ot, to straszny problem, mieć gdzieś w samochodzie zadekowane 100 porcji „nieznacznej ilości” a przy sobie posiadać jedynie nie podlegająca karze ilość, prawda? A czy ktokolwiek pomyślał ile zła wyrządzają ludzie, co tu kryć – chorzy, narkomani? Ile kosztuje ich leczenie? Ile kosztują szkody które wyrządzają, ot choćby na drodze? Już ze strachem widzę kolejny krok: „nieznaczny gwałcik”. Człowiek, który nieznacznie zgwałcił kobietę, nie powinien podlegać karze. Niby dlaczego? Miał ochotę, potrzebę gwałtu, stosunku, to zgwałcił. Już przecież słyszałem usprawiedliwienia typu: kobieta sama była sobie winna bo miała krótką spódniczkę. Czy to kpina z prawa czy z drwina z kobiet? Może jeszcze trzeba by zabronić kobietom np. noszenia czegokolwiek czerwonego? Wiadomo, przecież jak ten kolor działa. Proponuję mundurki a’la Mao Zedong. Nie będzie nikt prowokował. Ale idźmy dalej, przecież „nieznaczna przemoc” to też nic takiego, prawda? Mąż nieznacznie przywalił żonie pięścią w twarz. Dlaczego karać? Biedny, znerwicowany, ojciec, głowa rodziny. Nieznacznie tylko uderzył. A czy to koniec… hmmm… a może by tak nie karać za „nieznaczne zabójstewko”? Dlaczego by nie? Przecież zabił nieznacznie…
Polska krajem bezprawia?
A ileż jeszcze innych przykładów tolerancji na łamanie prawa? Deskorolkarze, przed którymi muszą uciekać przechodnie, rowerzyści którzy jadą na przejściu dla pieszych, szpecenie budynków/elewacji bo komuś tam wnęka balkonowa pasuje w różu, innemu w błękicie, a jeszcze komuś w żółci. Przedstawiłem jak już zaznaczyłem na wstępie mój subiektywny obraz nieprzestrzegania prawa. Na poziomie ulicy (bez pejoratywnych konotacji), wziętych z naszego powszedniego życia. Z pewnością każdy z nas zna wiele takich i podobnych sytuacji. I nie tylko takich małych, choć dla zwykłego człowieka uciążliwych, ale znacznie poważniejszych…
Tak oto wyszliśmy od wydawałoby się abstrakcyjnej sytuacji o nieprzestrzeganiu ograniczenia prędkości i tolerancji na łamanie prawa do innego absurdu. Niestety wciąż mamy w genach socjalistyczne: „przepisy są po to aby je łamać/omijać”. Czyż i tu nie ciśnie się na usta, że POLSKA UPADŁA?
Za tydzień: KORPORACJE.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)