Jakby to (zło)wieszczo nie brzmiało jesteśmy świadkami końca pewnej epoki muzycznej. Powodem nie jest piractwo, lecz legalne pliki mp3.
Krzysztof Cugowski – wokalista formacji Budka Suflera zapowiedział niedawno, że grupa kończy z nagrywaniem płyt, bo się jej to się nie opłaca! A że mówi to ktoś, kto razem z kolegami sprzedał ponad milion egzemplarzy krążka „Nic nie boli tak jak życie”, brzmi to co najmniej zastanawiająco.
Niby wszyscy wiemy: piractwo stało się już plagą, więc nakłady płyt spadają. Tym tłumaczymy kłopoty na rynku muzycznym. Problem leży jednak głębiej i jakby to (zło)wieszczo nie brzmiało, wydaje się, że jesteśmy właśnie świadkami końca pewnej epoki muzycznej.
Nakłady płyt spadają nie tylko u nas, ale na całym świecie i choć na naszym stosunkowo małym rynku piractwo może być groźne, to w skali globalnej winni są nie amatorzy darmowych plików z muzyką, ale same pliki. Te legalnie dostępne w internetowych sklepach.
Bo dziś fan nie kupuje już całego albumu, ale jedną, ewentualnie kilka piosenek wybranego artysty. Najczęściej zresztą, tak jak inżynier Mamoń, te które gdzieś już usłyszał. Artyści jeszcze z rozpędu nagrywają płyty, które są z w założeniu pewną muzyczną całością czy propozycją, ale niedługo pewnie zorientują się, że nie ma to już sensu.
Muzyka popularna stała się taką dzięki wynalezieniu nośnika do jej odsłuchiwania, czyli płyty gramofonowej. Rozwijała się i zmieniała razem z rozwojem i zmianami samego nośnika. Po płycie bakelitowej, która mogła pomieścić kilka minut muzyki, przyszły krążki winylowe, na których można było zmieścić znacznie więcej. Jazzmani, a później także muzycy rockowi zaczęli przedstawiać coraz dłuższe formy muzyczne – suity, rock opery, concept albumy. Płyta długogrająca pozwoliła na to, że muzyka popularna nie musiała już być tylko zbiorem piosenek, ale mogła nieść bardziej rozbudowane treści artystyczne. Jednocześnie przez swą pojemność (ok. 40 min. dla płyty winylowej i ok. 70 dla compactowej) wymuszała na artystach pewną dyscyplinę przekazu (swoją drogą – skądBeethoven wiedział, że symfonia winna mieć ok 40-u minut?). Teraz również w muzyce popularnej spełni się ponure proroctwo Umberto Ecco – internet to przecież raj dla grafomanów! Także muzycznych. Z kolei ci ambitni, którzy mieliby coś do przekazania, nie nagrają tego wszystkiego, co zamieściliby na płycie, bo trudniejszych partii słuchacz, nastawiony na pojedyncze utwory, po prostu nie kupi. Może i trudno mu się dziwić, że z pierwszej płyty King Crimson skusi się tylko na „Epitaph”, bo zamiast inwestować w inne dziwne dźwięki, może sobie kupić jeszcze pięć innych pięknych ballad. I będzie miał pięknie. A o to przecież chodzi.
Kasa podobna, towar gorszy
Co więcej: razem z płytami w przeszłość odchodzą także okładki. I nie chodzi tu wcale o obwolutowych fetyszystów, choć doskonale ich rozumiem, bo rytuał słuchania płyty to także obracanie w ręku okładki, wczytywania się nią, a nawet wąchania, bo płyta, jak książka, ma swój zapach! Rzecz natomiast w informacjach, zawartych na obwolucie. Dzięki nim można, na przykład, skojarzyć, że producent ma już na koncie kilka naszych ulubionych albumów. Albo, że piękne solo w którymś utworze zagrał muzyk zauważony gdzieś wcześniej bądź że niektóre utwory to już standardy. Dzięki temu tworzy się wiedza indywidualna, a później także zbiorowa o ważnym obszarze kultury. Muzyka z mp3 jest anonimowa i nie dziwi wcale pytanie młodego człowieka, który słysząc „All Along The Watch Tower” w wykonaniu Dave Matthewsa, pyta kto tak świetnie gra kawałek U2, choć w rzeczywistości to utwór Boba Dylana rozsławiony przez Jimiego Hendrixa. Ba, Hendrixa można nawet nie znać (choć to wstyd), ale o Dylanie można by przeczytać na okładce. Gdyby była...
Nie dziwi też ta niewiedza w kontekście zmian zachodzących w mediach. Spadek czytelnictwa gazet i magazynów to fakt. Komercyjne media elektroniczne, czyli radio i telewizja w walce o słuchaczy formatują swój przekaz, starając się zaspokoić jak najszersze gusta. Tyczy to zresztą także publicznej w założeniu TVP. W efekcie znikają dotychczasowe źródła informacji i zanikają kręgi opiniotwórcze. Nowe na razie nie powstają. Bo internet wciąż nie ukształtował swoich hierarchii. Dochodzi do tego, że istotnym źródłem wiedzy o tym, co ciekawe i dobre w muzyce stają się knajpy jako miejsca wolnej wymiany myśli i opinii. Oczywiście dopóki właściciele nie zaczną formatować muzyki w swych lokalach.
Wygląda to wszystko na zrzędzenie zgreda, którego świat odchodzi w przeszłość. Lecz choć trochę żalu w tym jest, to nie narzekam. Czekam nawet, by zobaczyć, jakie ramy przyjmie ta nowa rzeczywistość. Jeśli zaś można by na coś narzekać, to na samo mp3. Że jest to system kompresji, który obcina pewne pasma dźwięku, wszyscy wiemy. Problem w tym, że niektórzy producenci, ulegając trendom, nagrywają muzykę tak, by dobrze brzmiała przede wszystkim w tym formacie, a najlepiej na słuchawkach. Tyle że taka, zafałszowana już na początku muzyka, jest nieznośna przy słuchaniu na tylko trochę lepszym sprzęcie. Przykładem niech będzie płyta Timbalanda. Jeśli nie słuchamy tej muzyki na ulicy czy w autobusie z odtwarzacza mp3, basy po prostu charczą!
Na dodatek piosenki w internetowych sklepach, przeliczając na cenę płyty, wcale takie tanie nie są,. Wychodzi więc na to, że za podobną kasę otrzymujemy gorszy towar.
Przyszłość muzyki, przyszłość muzyków
Pytanie o przyszłość muzyki popularnej pozostaje otwarte. Pytanie o przyszłość muzyków znalazło już odpowiedź w słowach Cugowskiego. Koncerty! Tu pojawia się aspekt pozytywny. W końcu muzyka zawsze była też formą spotkania z odbiorcą, a ten akurat aspekt zaczął zanikać wraz z rozwojem technologicznym. Można wymienić rzeszę wybitnych muzyków, którzy, korzystając z dobrodziejstwa systemu opartego na płytach długogrających, unikali koncertowania. Teraz spadające nakłady zmuszają muzyków, by powrócili do tradycji wędrownych grajków.
Przekłada się to także na nasze podwórko. Jeszcze kilka lat temu przyjazd artysty światowego formatu był wielkim świętem dla fanów. Teraz przy odpowiedniej zasobności portfela i czasu wielkie gwiazdy możemy oglądać nawet trzy razy w tygodniu. W lecie fan może jeździć z jednego międzynarodowego festiwalu na drugi, a i tak wszystkich nie zdoła obejrzeć, bo niektóre się nakładają. A to dzięki festiwalom właśnie możemy zobaczyć najwięcej świetnych artystów za relatywnie małe pieniądze kasę – przeliczając małostkowo cenę biletu na liczbę „podmiotów wykonawczych”. Pozostając nadal w tej poetyce trzeba zadać pytanie, jak nas na to stać. W końcu pomimo coraz bogatszych i szczęśliwych obywateli, ciągle jesteśmy średnio zamożnym krajem w Europie Środkowej. Otóż wszystko dzięki mecenatowi! Nieoczekiwanie okazało się, że wielkie korporacje kochają rocka! Właściwie za każdym większym festiwalem stoi jakaś potężna firma. Opener to Heineken, Off Festival to T-Mobile, a nazwy „Tauron Nowa Muzyka” i „Coke Festival” mówią same za siebie. Oczywiście, powodem zaistnienia tych firm na rynku muzycznym są względy promocyjne. Choć mam też swoją, na razie nie udowodnioną teorię, że gdzieś tam górze siedzą teraz ludzie, którzy kiedyś jeździli do Jarocina albo chociaż słuchali z Kasprzaków Perfectu i Oddziału Zamkniętego i że także dzięki nim rock będzie żył.
*
W latach 80-tych młody nowojorski japiszon oprowadza jeszcze młodszego po nowym biurze. Pokazuje mu jego boks i komputer oraz oczywiście automat z kawą. Przy okazji rzuca: – Generalnie wszyscy tu są OK., nawet szefowie. Uważaj tylko na tych, którzy mają na biurku swoje zdjęcie z festiwalu w Woodstock. To największe skurwysyny. Trzeba mieć nadzieję, że Jarocin był pod tym względem lepszym festiwalem.
Piotr Czyż
www.PolskaMaSens.pl



Komentarze
Pokaż komentarze (2)