Człowiek prostolinijny, mówiący wszystko to, co myśli - kariery w polityce nie zrobi.
Jest jednak różnica między politycznym przedstawianiem niekorzystnej rzeczywistości w korzystnym świetle, a bezczelnym łgarstwem w żywe oczy.
Kanclerz Kohl wmawiał Niemcom, że koszty zjednoczenia nie będą duże. Gdy mu to potem wymawiano, spokojnie odpowiedział: - Doskonale wiedziałem, że koszty będą olbrzymie. Ale jeżeli chciałem doprowadzić do zjednoczenia, nie wolno mi było tego mówić!
Jeżeli cel jest słuszny, a innego wyjścia nie ma, to polityk może kłamać w żywe oczy. Jak wygra, to wyborcy i historia mu to wybaczą. Zawsze jednak musi chodzić o sprawy absolutnie wyjątkowej wagi. A kłamliwa wersja musi być choć trochę prawdopodobna.
W niedzielę Jarosław Kaczyński powiedział, że wszyscy ci, którzy uważają, że przyjechał na Jasną Górę z przyczyn politycznych, to ludzie o złej woli. Tym samym zapisał do ludzi złej woli wszystkich tych swoich sympatyków, którzy nie pozwalają robić sobie wody z mózgu.
Dziennikarz „Rzeczpospolitej” Michał Szułdrzyński skomentował to tak: „Nawet przy największej dozie dobrej woli nie sposób jednak nie dostrzec, że trzy miesiące przed wyborami Kaczyński odnawia polityczny sojusz z odbiorcami mediów o. Rydzyka. Nie sposób nie odnieść przy tym wrażenia, że PiS na dobre porzuca centrum sceny politycznej”.
Tak na marginesie: zwróćmy uwagę na stylistyczne wygibasy Szułdrzyńskiego, który zamiast prostej riposty, dwukrotnie wybiera zawiłe podwójne zaprzeczenie, by osłabić swą krytykę.
A przecież wystarczyłoby, gdyby Kaczyński, zamiast kłamać w żywe oczy, powiedział, że względy polityczne też się liczyły, ale głównym powodem jego wizyty było… bla, bla, bla. I wtedy nawet najwięksi jego przeciwnicy nie mogliby się do tego przyczepić, a co dopiero poputczycy i ludzie neutralni.
Tak samo jest z najnowszymi wyborczymi spotami PiS, które rzecznik Hofman i spółka uparcie nazywają spotami „informacyjnymi” i mówią, że z wyborami nie mają one nic wspólnego, bo… oficjalnie kampania wyborcza jeszcze się nie rozpoczęła!
Chyba wiem, dlaczego politycy PiS są przeciwnikami posyłania 6-latków do szkoły. Bo chcieliby, żeby przynajmniej przedszkolaki uwierzyły w „informacyjność” tych spotów, a doskonale wiedzą, że sześcioletnie dziecko już się na to nie nabierze.
Jerzy Skoczylas



Komentarze
Pokaż komentarze (4)