Jarosław Kaczyński chce nakręcić remake „Misia” Barei. A ponieważ nie jest zawodowym scenarzystą, postanowił zdać się na swój zaufany kolektyw.
Wie, że gdyby wprost zlecił Joachimowi Brudzińskiemu napisanie scenariusza, to dialogi brzmiałyby sztucznie. Ucieka się więc do podstępu.
Udaje zwykłą działalność szefa największej partii opozycyjnej. Wygłasza przemówienia, występuje w spotach wybor… pardon, informacyjnych, pisze listy otwarte. Dziennikarze nie wszystko z tego rozumieją. A raczej mało co rozumieją. Choć bowiem treść tych przemówień, spotów i listów pozornie nie odbiega od prezesowskiej normy, to jest o wiele bardziej – niż poprzednio – skondensowana. Treść ta jest – oczywiście – głęboko mądra, ale nie nadaje się do bezpośredniego zastosowania. Jest jak koncentrat, który przed użyciem trzeba rozpuścić. W tym wypadku – w zalewie słów objaśniających.
Dziennikarze nagabują więc najważniejszych współpracowników Jarosława Kaczyńskiego. W formie pytania cytują im co smakowitsze myśl i proszą o egzegezę.
No i Joachim Brudziński dostaje między oczy strzał od reżimowego dziennikarza TVN24: – Jak pan skomentuje słowa prezesa „sytuacja w polskim rolnictwie staje się tragiczna (…) zagrożone jest wręcz bezpieczeństwo żywnościowe Polaków”? Czy to nie przesada?
Brudziński nie wie, co odpowiedzieć, więc starym uczniowskim sposobem zamiast odpowiadać ściśle na pytanie, zaczyna pleść to, co mu ślina na język przyniesie: – Weźmy rolnika, któremu ostatnie nawałnice zniszczyły zbiory…
Dziennikarz-nauczyciel brutalnie przerywa: – Naprawdę Polsce grozi głód? Na to Brudziński: – Weźmy parę emerytów, którzy idą na targ i mają dylemat, czy za swoją skromną emerytuję kupić pomidory dwa czy ziemniaka jednego, a skąd potem wziąć na światło czy gaz mają?
I o to właśnie scenarzyście Jarosławowi K. chodzi! Toć to gotowe filmowe dialogi, jakby prostu z „Misia”: „A gdyby tutaj staruszka przechodziła do domu starców, a tego domu wczoraj by jeszcze nie było, a dzisiaj już by był, to wy byście staruszkę przejechali, tak?”
Prezes wie, iż malkontenci zarzucą mu plagiat, ale prezes malkontentami się nie przejmuje. On myśli pozytywnie i wie, że jego „Miś 2011” zrobi furorę. Już robi.
Jerzy Skoczylas



Komentarze
Pokaż komentarze (6)