fot. Grzegorz Kozakiewicz
fot. Grzegorz Kozakiewicz
Polska.Ma.Sens Polska.Ma.Sens
369
BLOG

Mellud - reaktywacja - muzyka ludowa żyje na nowo!

Polska.Ma.Sens Polska.Ma.Sens Kultura Obserwuj notkę 1

Muzyka ludowa zaczęła żyć na nowo! Przestała być skansenem pilnowanym przez zramolałych kustoszów i stała się na powrót żywym tworem

 

Jeśli zapytać Polaka czego nie lubi, to zapewne usłyszymy, że wszystkiego. Gdy zapytać bardziej szczegółowo, to o tej porze roku jest to na pewno ciepłe piwo i spocone kobiety, a tak w ogóle to chamstwo i góralskiej muzyka. Co do chamstwa trudno się jakoś dziwić, ale skąd niechęć do górskiej muzy? Na listach przebojów gości właśnie nowa piosenka Zakopower, a Golec uOrkiestra, czy Brathanki rozgrzeją niejedną imprezę masową w kraju. Cóż, powiedzonko jest dosyć stare i obecnie powtarzane najczęściej bezrefleksyjnie, ale jednocześnie oddaje jakoś prawdę dawno minionych lat. Komunistyczni włodarze dość szybko zorientowali się, że sprytnie podawane idee narodowe mogą służyć ich celom. Czyniono to na różnych polach, muzyki niestety nie oszczędzając. Robiono tak zresztą nie tylko u nas, ale także w innych krajach bloku wschodniego, co opisywał np. słynny czeski pisarz Milan Kundera. Muzyka ludowa oficjalnie popierana i wszechobecna w radiu (a program był tylko jeden!) stała się jednym z atrybutów propagandy. Przeciwna jej była inteligencja, bo nie była to jej tradycja. Nowa klasa robotnicza rodząca się właśnie z ludzi przybyłych ze wsi, pragnęła potwierdzenia swojego awansu społecznego i nie chciała z kolei, by przypominano jej zbyt natrętnie o własnych korzeniach. Wszystko to sprawiło, że muzyczna twórczość ludowa prezentowana oficjalnie tak naprawdę skierowana była do nikogo, a dodatkowo na jej straży stali wyspecjalizowani muzykolodzy. Pilnowali oni „czystości gatunku”, czyli tego, by muzyka była taka jak wtedy, gdy ją poznali, a najlepiej taką jaką opisał ją Kolberg. Jednym słowem – skansen, a przecież każda dziedzina sztuki, nawet ludowej, musi się zmieniać odpowiadając na wyzwania czasu, żeby pozostać wiarygodną. I nie pomogły próby złagodzenia wizerunku podejmowane przez twórców zespołów Mazowsza, czy Śląska. Przesłodzona, wyabstrahowana z rzeczywistości konwencja w końcu się osłuchała i zajęła miejsce obok rękodzielniczych wyrobów Cepelii. Na wsiach zaczęły zaś królować weselno – remizowe formacje grające ludowe przyśpiewki na prymitywnych instrumentach klawiszowych. Tak zaczęło kiełkować disco – polo, a prawdziwa tradycja uchodziła w mrok niepamięci. Właściwe to byliśmy bliscy tego, by stracić jakąś cząstkę naszej kulturowej tożsamości, gdy ratunek przyszedł z zupełnie nieoczekiwanej strony.



Pod koniec lat 60-tych ubiegłego wieku i w czasie następnej dekady na świecie tzn. przede wszystkim w Europie Zachodniej i w Stanach Zjednoczonych coraz większą popularnością zaczęła cieszyć się muzyka etniczna, tzn. muzyka oparta na tradycji najróżniejszych, najdziwniejszych i najodleglejszych rejonów świata. Odkryto brazylijską sambę i bossa novę, potem Miriam Makeba i Osibisa przybliżyli brzmienia afrykańskie, a na Wyspach Brytyjskich i w Irlandii młodzi ludzie zaczęli sięgać po pieśni swoich przodków. Odkrywali je na nowo w towarzystwie elektrycznych gitar i rockowych brzmień. Zresztą w Irlandii, której tradycją muzyczną zachwyca się obecnie cały świat, proces ten przebiegał niezwykle ciekawie. Jeszcze w latach 50-tych o swoich muzycznych korzeniach mało kto chciał pamiętać. Społeczeństwo „Zielonej Wyspy” w dużej mierze miało chłopskie pochodzenie i podobnie jak nowa polska klasa robotnicza awansując w okresie powojennej prosperity chciało akcentować swój awans społeczny, a nie przeszłość. Dopiero ich potomkowie, pozbawieni kompleksów przodków, mogli swobodnie czerpać z tradycji, a ich twórczość zaczęła zdobywać uznanie słuchaczy już nie tylko w rodzimym kraju. Trafiła też oczywiście do nas. 


W latach 80-tych mieliśmy w Polsce kilka całkiem niezłych kapel próbujących grać szanty i staroangielskie pieśni. Pojawiły się też zespoły, które odkrywały muzykę latynoską, czy andyjskich Indian. Wszystko niejako w zgodzie z tym, co działo się na Zachodzie, gdzie muzyka etniczna przestała już być tylko dodatkową ciekawostką, ale stała się osobnym, uznanym gatunkiem muzycznym i naturalnym źródłem inspiracji, po którą sięgali tak. znani twórcy jak Paul Simon, Peter Gabriel, czy Kate Bush. Co więcej niektórzy, jak wspomniany Gabriel, czy lider Talking Heads – David Byrne w swej miłości do muzyki innych kultur szli tak daleko, że zakładali własne wytwórnie płytowe, by tę twórczość promować. To już nie była tylko moda i niektórzy zaczęli mówić o muzyce etnicznej jako muzycei XXI wieku. Rockowy idiom zdawał się wyczerpywać, a tutaj wyrastało przecież nowe, przebogate i niezbadane źródło inspiracji. Nie bez znaczenia były także procesy globalizacji, czyli coraz większa łatwość podróżowania i coraz doskonalszy i szybszy proces przepływu informacji.

Dla nas, w tamtych czasach, informacja i dalekie podróże były trochę mrzonkami, ale i tak nasi twórcy zaczęli sięgać coraz dalej. Na tyle na ile mogli. Zaczęli patrzeć na wschód i na południe. Już muzyka ukraińska, czy huculska jawiły się jako egzotyczne, a że powstawały na ziemiach graniczących historycznie z naszymi, artyści zaczęli dostrzegać bogactwo i różnorodność pogranicza, a wreszcie i rodzimej tradycji. Prekursorami takiego właśnie powrotu byli muzycy założonego w połowie lat 80-tych Kwartetu Jorgi utworzonego z fascynacji muzyką irlandzką i szkocką. A jednak to dumki, obertasy i kołomyje grane już w zupełnie nowej odkrywczej stylistyce sprawiły, że zespół został zauważony i doceniony. Muzyka ludowa zaczęła żyć na nowo! Przestała być skansenem pilnowanym przez zramolałych kustoszów i stała się na powrót żywym tworem kształtowanym przez ludzi próbujących poprzez tradycję zdefiniować się artystycznie. Jeszcze w tej samej dekadzie powstała lubelska Orkiestra pod wezwaniem świętego Mikołaja z jej fascynacją łemkowszczyzną i mityczną krainą Bojnów. Za Orkietrą poszli kolejni – Werchowyna, Chudoba i inni. Wszyscy zapatrzeni we wschód. Śpiewający i grający dawne pieśni we własny daleki od kanonu sposób. Wielu wykonawców, którzy grali dotąd szeroko rozumianą muzykę świata zaczęło penetrować swoje własne okolice, a obszar inspiracji obejmował coraz to nowe tereny kraju. Wreszcie cały ten narastający ruch zauważyli też muzycy rozrywkowego mainstreamu. Jednym z pierwszych był Grzegorz Ciechowski, który dość bezceremonialnie odniósł się do ludowej tradycji. Jednak to co było już normalnymi poczynaniami gdzie indziej (vide twórczość formacji Deep Forest) u nas wywołało wręcz skandal. Muzyczni puryści rzucali gromy i żądali nawet jakiejś formy ekspiacji od muzyka. Na szczęście publiczność zagłosowała kieszeniami kupując płyty i zamiast pytania - „jak on mógł to zrobić?!” trzeba było odpowiedzieć na inne - „dlaczego ludzie tego chcą słuchać?”. Ano dlatego, że było współczesne. A że także ludowe? Komu to przeszkadza, skoro dobre? Jakiś czas potem na popowym rynku pojawili bawiący się konwencjami Brathanki, Golec uOrkiestra i kilka zespołów korzystających z ornamentyki muzyki góralskiej, zaś na scenie stricte folkowej muzycy poczynali sobie coraz śmielej. Przykładem niech będzie Kapela Ze Wsi Warszawa. Zespół grający tradycyjny repertuar z Mazowsza i Kurpiów robi to z tak rockową i transową ekspresją, że nadaje dawnym pieśniom absolutnie nowego charakteru. Nie przypadkiem zdobyli za swą twórczość szereg nagród z prestiżową BBC Radio 3 Awards for World Music na czele. Przy okazji warto też nadmienić o nowym projekcie jednego z muzyków Kapeli – Macieja Szajkowskiego, czyli formacji R.U.T.A. i płycie „Gore”. Repertuar dalej tradycyjny, ale ekspresja już zgoła punk rockowa i jeszcze ten dobór tekstów! To najdoskonalszy przykład tego, że w obrębie tej stylistyki czeka nas jeszcze wiele odkryć. 



Pozostaje sprawdzić samemu i wybrać się na jeden z coraz liczniejszych festiwali folkowych odbywających się w naszym kraju. Zanim jednak zaproszę muszę wyjaśnić co oznacza termin mellud zawarty w tytule dzisiejszego tekstu. Otóż krąży anegdota, że pewien znany muzyk pośród kilku pseudonimów zarejestrowanych w ZAiKS-ie zarejestrował właśnie ten. I odtąd każdy redaktor wypisujący po programie formularz z emitowanymi utworami wpisując mellud, przy anonimowym kompozytorze ludowym przesyłał tantiemy właśnie do owego muzyka, a nie na jakiś anonimowy fundusz. 

W robieniu pieniędzy najważniejszy jest pomysł! Czego i państwu życzę zapraszając jednocześnie na koncerty.


 

 

 

 

 

 

Piotr Czyż

Pragniemy skupić wokół siebie mądry entuzjazm ludzi twórczo zmieniających świat na lepsze. Redakcja nie boi się opisu zjawisk negatywnych, ale pielęgnuje myślenie pozytywne i walczy z czarnym postrzeganiem świata i Polski.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Kultura